Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 czerwca 2013

Żelazko / The iron


Jest pomarańczowo-białe, neonowe, tak wyraziste, że aż świeci. Ma jakąś super powłokę, samo czyści się z kamienia i samo wyłącza, jeśli zbyt długo jest włączone. Nie powiem, że brakuje mu wodotrysku, bo przecież wodotrysk też ma, na guziczek i do tego jeszcze podwójną funkcję parowania. Jest tak piękne, że postawiłam je na parapecie. Inna sprawa, że musiałam je podziwiać, skoro dałam za nie sto sześćdziesiąt złotych – za te pieniądze byłabym w stanie dolecieć do... Gruzji? Do Maroka... A po Europie starczyłoby na lot w dwie strony…

Wypróbowałam je na moim shalvar kameez... Prasuje jak złoto – wreszcie mogę moje bengalskie ciuchy ubrać do pracy.

Kupiłam też parasolkę. Bo nie mam już kurtki przeciwdeszczowej, poza tym nawet gdybym jakąś miała, to nie pasowałaby do butów na obcasie, ani do spódnic. Nie mogę tylko zrezygnować z plecaka, bo często noszę ze sobą mnóstwo dokumentów i gdybym nosiła je w torbie, jak wcześniej, to mój własny kręgosłup omówiłby się na randkę z kimś innym i odszedł ze słowami „nie chcę byś mnie nadal raniła”.

Bo noszę buty na obcasie i spódnice.
Nie żebym wcześniej takich rzeczy nie nosiła, ale teraz robię to na codzień.

Zastanawiam się nad kupnem lustra – wiem już, że nasza umowa na mieszkanie zostanie przedłużona, więc poczułam, że powinnam trochę zainwestować w mieszkanie i możliwość obejrzenia się w pełnym stroju. Potrzebna mi też lampka na biurko. I przydałyby się inne firanki, bo te wyglądają, jakby wisiały na moim oknie od dziesięciu lat. Do tego są szare od kurzu i sprawiają wrażenie, jakby miały rozlecieć się w praniu.
Nie przestaję tego wszystkiego przeliczać na możliwe podróże, ale... Mimo wszystko czuję, że to są potrzebne rzeczy. I muszę co chwila sprawdzać, czy dam radę wstać z krzesła, czy też będę musiała boleśnie odcinać korzenie.



It’s orange and white, neon like, so clear-cut that it almost shines. It has some super coating, it clears itself of the calc and turns itself off if it stays on for too long. I can’t say that the only thing missing is a fountain because it actually has one – turned on by a button and additionally – a double function for steam. It is so beautiful that I have put it on a windowsill. The other thing is that I actually had to admire it as I paid for it 160 PLN – and with those money I’d be able to fly to… Georgia perhaps? To Morocco… And in Europe I could actually fly both ways…

I tried it first on my shalvar kameez… It irons perfectly – now I can actually wear my Bengali clothes to work.

I have also bought an umbrella. Cause I don’t own a waterproof jacket anymore. An even if I had one it wouldn’t match my high-heeled shoes and skirts. O just can’t give up on my backpack as I often carry loads of documents and if I was carrying them in a hand bag, my own spine would decide to date someone else than me and leave with words “I can’t let you hurt me anymore”.

Cause I wear high-heeled shoes and skirts.
Not that I hadn’t done that before. But now it happens on the daily basis.

I am also wondering about buying a mirror – I know already that we can stay here for another year so I felt I should invest a bit into our apartment and the possibility of seeing myself fully. I also need a desk lamp. And maybe new curtains as the ones I have look like they have been hanging here for ten years or so. Plus they are grey cause of dust and it seems they will fall apart if try to wash them. I can’t stop converting it all into possible travels but… I still feel I need those things. And I need to check every day if I can actually get up from my chair without painfully cutting of the roots...

czwartek, 30 maja 2013

Yoani Sanchez


Gdyby cztery lata temu ktoś powiedział mi, że będę mieszkała w Warszawie i ze swojego mieszkania będę miała ledwie dziesięć minut drogi do Empiku, w którym odbędzie się spotkanie z Yoani Sanchez, promującą swoją książkę... Zdziwiłabym się.

Bo nie wiedziałam, że przeprowadzę się akurat tu.

Bo jeszcze nie zanosiło się na wydanie blogu Yoani w formie książkowej – ja dostałam go od niej na płycie CD.

Bo Yoani miała zakaz podróży.

Ale stało się. W poniedziałek, 27 maja 2013 roku w Empiku na Marszałkowskiej Yoani Sanchez opowiadała o swoim blogu i walce z systemem. Wiele rzeczy, które opowiadała pamiętałam z wywiadu, którego udzieliła mi niespodziewanie cztery lata temu w Hawanie, w swoim mieszkaniu na czternastym piętrze paskudnego wieżowca. Przygotowywałam się do tego wywiadu w poprzedzającą noc – jadąc na Kubę nawet nie śniłam, że mogłabym się spotkać z osobą tego formatu. Ale Claudia Cadelo, z którą miałam pierwszy kontakt, postanowiła, że muszę poznać Yoani i kropka. Umówiła nas (byłam z jedną z moich ulupionych podróżniczych partnerek – Kasią) na spotkanie, a Ciro Diaz, jej mąż, wytłumaczył nam jak tam trafić.

Byłam przeziębiona, przerażona i bardzo stremowana.

Pod blok dotarłyśmy za wcześnie. Krążyłyśmy po okolicy, starając się nie zwracać na siebie uwagi. I próbując nie zauważać urzędu kontroli obcokrajowców, który znajdował się naprzeciwko. Drzwi otworzył nam czternastoletni wówczas syn Yoani Sanchez, zupełnie niespeszony widokiem obcych twarzy i łamanym hiszpańskim, którym zapytałam go o mamę. A po chwili do pokoju weszła nieco jeszcze zaspana, najbardziej wpływowa blogerka świata.

Tamto spotkanie, dziwny wywiad, podczas którego ja mówiłam po angielsku, a ona po hiszpańsku, będę pamiętała do końca życia. To jedno z najważniejszych moich przeżyć. I będę o nim opowiadała przy niezliczonych okazjach – nie tylko dlatego, że jestem dumna z tego, że udało mi się ten wywiad przeprowadzić, że byłam w domu kobiety, która zmienia historię swojego kraju, ale również dlatego, że historie, które opisuje na swoim blogu są nadal niezwykle ważne.

Yoani Sanchez pisze o kubańskiej codzienności. Pisze w sosób brutalnie szczery. Nie wykrzykuje haseł, nie składa roszczeń – ot rozlicza swoją codzienność z anormalności. Pomijając już nawet wpływ, jaki ma na swoje otoczenie, jest niezwykle ważnym głosem, który pozwala zrozumieć ludziom z zewnątrz, na czym polega historyczna pomyłka, jaką jest komunizm.

Urodziłam się w Polsce, w roku 1984, dzięki czemu wciąż jeszcze pamiętam świat zza żelaznej kurtyny. Nie doświadczyłam go boleśnie, bo byłam dzieckiem. Kochanym, dopieszczanym i zadbanym. A to, co było dookola mnie zdawało się być naturalne. Moją wizją świata była Polska drugiej połowy lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Musiało minąć wiele lat od przełomu i ja musiałam zobaczyć wiele krajów, by zrozumieć, że moje dzieciństwo nie upływało w normalnym miejscu. Ale dzięki moim doświadczeniom myśląc o Kubie ani przez chwilę nie wachałam się, po której stronie muru się opowiedzieć – po stronie rządowej, czy opozycyjnej. Bo wiedziałam, w jaki sposób fałszuje się obraz tego kraju w oficjalnych przekazach i rozumiałam czym jest strach blokujący głosy tych, którzy znali rzeczywistość. To wszystko było dla mnie oczywiste.

Ale ludzi z tej strony żelaznej kurtyny jest na świecie ograniczona liczba. A pozostali często nie są w stanie nawet wyobrazić sobie, jak wygląda życie w dyktaturze. Porównują kraje socjalistyczne, do kapitalistycznych, ale po prostu bardzo biednych. Nie rozumieją, ze kraje komunistyczne są biedne ze względu na prowadzoną w nich politykę, a nie niedostatek zasobów. I że nie posiadają one warstwy uprzywilejowanej ze względu na bogactwo, do której można dostać się swoją pracą, sprytem i pragnieniem. Nie wiedzą, że w kraju komunistycznym ludzie uprzywilejowani to ci, którzy jak roboty potrafią powtarzać jedynie słuszne hasła i poglądy. Że ludzie wartościowi, chcący się kształcić i rozwijać nie mogą przyczynić się do dobrobytu swojego kraju na przykład dlatego, że myślą inaczej, albo mieli w rodzinie kogoś, kto był władzy niewygodny. Nie rozumieją strachu, który obezwładnia każdego człowieka, który ma odwagę myśleć swoje własne myśli...



Zaledwie tydzień temu moja Kochana Ciocia zaprosiła mnie na spotkanie ze swoją rodziną. Poznałam jej Ciocię, lat pewnie siedemdziesiąt, w której zakochałam się bez pamięci (jakżeż ja chciałabym mieć tyle energii i młodości w sobie, będąc w takim wieku) i córkę Cioci – niezwykle sympatyczną Panią, której mąż jest Amerykaninem i w Stanach mieszkają. I męża już zdecydowanie nie pokochałam. Nie przeszkadzała mi jego niechęć do własnego kraju – polityka zagraniczna USA jest co najmniej dyskusyjna, imperialistyczne praktyki również. Ale żeby robić z Fidela Castro bohatera światowego, który uchronił Kubę przed pazernością Stanów i wprowadził na światłą ścieżkę socjalizmu... To już jest gruba przesada.

Facet podważał każde moje moje słowo. Że uważam, że na Kubie jest źle, bo rozmawiałam tylko z krytykami systemu (jakby łatwo było z takimi porozmawiać...), że krytykuję Fidela, bo nie chcę przyjąć jego dobrych intencji i wizjonerstwa (już chciałam powiedzieć, że dobrymi chęciami to piekło jest co najwyżej wybrukowane), że wszystko widzę czarno, bo... Bo, bo bo...

Bobo. Inaczej berbeć.

Kiedy zaczął mi mówić, ze Fidel jest dobry, ponieważ na Kubie jest najniższy odsetek analfabetów w Ameryce Łacińskiej, parsknęłam śmiechem.

- Dobry Wujek Fidel nauczył ciemnotę czytać, żeby móc jej lektury wybierać i szerzyć polityczną indoktrynację.  – w odpowiedzi zostalam zmierzona spojrzeniem, które mówiło mi, że jestem kosmitką.

Następne było wychwalanie szpitali i edukacji medycznej. Pan widział dwa szpitale, które w latach dziewięćdziesiątych były lepiej wyposażone, niż przeciętny szpital w USA. Zapytałam, kto go oprowadzal po szpitalach i wyspie. Oczywiście rządowi przedstawiciele. Nie było mu jak wytłumaczyć, że widział maleńki wycinek rzeczywistości dla partyjnych funkcjonariuszy. Że przeciętny mieszkaniec musi się zadowolić samym łóżkiem w szpitalu bez lekarzy (bo większość z nich została wysłana na misje do Wenezueli, albo Boliwii), bez pościeli i bez leków. I że to nie jest jak w Bangladeszu, że jak masz pieniądze, to rodzina ci przywiezie pościel i wykupi leki, bo na Kubie apteki sprzedają zioła i jak nie masz znajomości partyjnych albo dostępu do czarnego rynku, to nawet za grube pieniądze nic nie załatwisz.

Ludziom z wolnego świata te absurdy socjalistycznej codzienności w ogóle nie przechodzą przez głowę. Dlatego blog Yoani Sanchez jest ważny nie tylko dla Kubańczyków – ale i dla tych wszystkich, którzy w przywódcach socjalistycznej rewolucji widzą wybawców od kapitaliscztynego zła. Żeby mogli zrozumieć, ze chociaż kapitalizm nie jest wesoły, a demokracja idealna – naprawdę nic lepszego się stworzyć nie da.
Czytajcie zatem blogi kubańskich dysydentów i książkę „Cuba Libre. Notatki z Hawany”. Czytajcie i polecajcie znajomym. Na zdrowie!

Na zakończenie chciałam jeszcze wspomnieć o Claudii Cadelo. Claudia przestała prowadzić swój blog dwa lata temu. Zapytałam o nią Yoani Sanchez i w odpowiedzi usłyszałam, że Claduii zabrakło wsparcia rodziny i bliskich i że jej odwaga została zduszona. Nie chcę nawet myśleć o tym, jak okropne rzeczy ktoś zrobił, by tę wspaniałą, młodą kobietę złamać. Pamiętam Claudię, jej energię, pełne żaru i wiary słowa, jej zapał i wojowniczość… Czytajcie więc też po to, aby nigdy więcej żadnej dziewczynie nie odebrano już błysku z oka.



If four years ago I were told that I would be living in Warsaw and it would be only ten minutes walk to Empik in which there would be a meeting with Yoani Sanchez promoting her book… I’d be rather surprised.

Becuse I didn’t know that I’d move here.

Cause no one was expecting that Yoani’s blog would be published as a book – I got it from her on CD.

Because Yoani was forbidden to travel.

Yet it happened. On Monday, May 27th 2013 in Empik on Marszałkowska Yoani Sanchez was talking about her blog and her struggle with the system. I remembered many of those things from an interview I made with her unexpectedly four years ago in Havana in her flat on the fourteen floor of the ugly block. I was preparing for it during the preceding night because while I was going to Cuba I did not even dream about having a possibility of talking with such a meaningful person. Luckily Claudia Cadelo who I contacted as first person on the island, decided that I have to meet Yoani and that was it. She contacted us (I was there with one of my favorite travel partners – Kasia) and Ciro Diaz, Claudia’s husband explained us how to find the place.

I had a cold, I was scared and frightened.

We reached the block of flats too early. We walked around the neighborhood trying not to be too visible. And trying not to see the office of foreigners’ control which was situated just on the opposite side of the street. The doors were open by a then fourteen years old boy - Yoani’s son. He didn’t seem puzzled with the view of two strange faces and my bad Spanish when I asked him about his mom. And a moment later a still sleepy, most influential blogger in the world entered the room.

That meeting and a strange interview in which I was asking questions in English and was given answers in Spanish – I will remember for the rest of my life. It is one of my most important experiences. And I will keep talking about it on various occasions – not only because I am proud of it or because I managed to talk to her and even because I visited the house of the woman who keeps changing the history of her country but mostly because the stories she describes at her blog are still extremely important.

Yoani Sanchez writes about Cuban everyday life. And she writes with a brutal honesty. She does not scream out any slogans or voice any claims – she simply settles her everyday life for its abnormality. Even if we forget her impact on her own surrounding – she is still an extremely important voice which lets the people from outside Cuba understand what kind of historical mistake communism is.

I was born in Poland in the years 1984 thanks to which I still remember the world from behind the iron curtain. I did not experience it painfully as I was just a child. A loved, taken care of child. And what was around me felt simply very natural. Many years had to pass since the break and I had to see many countries to understand that my childhood was not spent in a normal place. But thanks to my experiences when started thinking of Cuba I had never hesitated to which side of the wall I shall choose – the governmental or oppositional. Because I knew exactly how the official media manipulate the vision of this country and I understood the fear blocking the voices of those who knew the reality. It was quite obvious to me.

But the number of people from behind the iron curtain in the world is limited. And most of the time all the others cannot even imagine what the life in dictatorship looks like. They compare countries which are communistic and those simply very poor. They do not understand that usually the poverty in communist countries is not a result of a shortage of some resources but simply a result of politics. Those countries do not have a wealthy class to which one can get by hard work, cleverness and wanting. They do not know that in a communist country privileged people are those who can change themselves into robots repeating the only right slogans and views. That brilliant people who want to educate and develop themselves cannot help their country because of e.g. different thinking or having in a family a person who was brave enough to think his or her own thoughts…



Just a week ago my lovely aunt invited me to the meeting with her family. I met her aunt, probably seventy or so years old in whom I fell in love with from the first sight (I’d do anything to have such an energy and youth in myself in her age). I also met this woman’s daughter – very nice person married to an American and living in States. And with the husband I most definitely did not fall in love with. I couldn’t be bothered with his antipathy towards his own country as US foreign policy is at least discussible same as imperialistic practices. But to make out of Fidel Castro a world hero who saved Cuba from US greediness and led his country on the enlighten pave of socialism… That is way too much…

The guy contested my every word. That I was thinking that Cuba’s situation is bad because I only talked to the critics of the system (like if it was so easy to speak to them…), that I criticize Fidel because I do not want to accept his good intentions and visions (I was about to say that hell is paved with good intentions) that I see all in black, cause… Because, because, because…

When he started saying that Fidel is so good because Cuba has the lowest number of illiterate people in the whole Latin America I burst out with laughter.

- Good Uncle Fidel taught them to read to get the chance to choose their reading and spread political indoctrination. – as an answer I received a look telling me that I am an alien.

What followed was praising of hospitals and medical education. Guy saw two hospitals in the nineties which were better equipped that regular hospitals in US at that time. I asked him who showed him around those places. Naturally those were governmental representatives. It was impossible to explain him that he saw just a very small fragment of the reality accessible only for functionaries of the party. And that a normal citizen can only get a bed in a hospital without doctors (because most of them were send for missions in Venezuela or Bolivia), without sheets or medicines. And that unlike in Bangladesh where if you at least have money, the family can bring you sheets and buy medicines. Because in Cuba drug stores sell only herbs and even if own a fortune (which is more than rare) without the access to the black market or friends from the party you are not able to get anything.

People from the free world simply cannot process the absurd of socialistic reality. And that is why Yoani Sanchez’ blog is so important and not only for Cubans but also for those who in the leaders of communistic revolution see the rescuers from the capitalistic evil. To let them understand that although capitalism is not the best and democracy is not ideal – it is really not possible to create anything better.

So read the blogs of Cuban dissidents and the book „Cuba Libre. Notes from Havana”. Read it and pass it to your friends. Let it bless you!

In the end I wanted to mention Claudia Cadelo. Claudia stopped writing her blog two years ago. I asked Yoani Sanchez about her and I was answered that Claudia did not get enough family support and her bravery was stifled. I do not even want to imagine what someone must have done to break this amazing young woman. I remember Claudia very well – her energy, her words full of fire and faith, her eagerness and bravery… So read also to stop people from taking the light off another girl’s eyes. 




środa, 8 maja 2013

PORNO PARA RICARDO W POLSCE!!!/PORNO PARA RICARDO IN POLAND!!!

Zdjęcie/Photo: Materiały Festiwalu w Jarocinie/Materials of Jarocin Festival

Pamiętacie jeszcze mój wywiad z Ciro Diazem, który przeprowadziłam w Hawanie parę lat temu? Ciro opowiadał o problemach, jakie zespół miał i ma nadal, o tym, że nie mogą nawet zagrać koncertu, że policja wciąż interweniuje i każda próba grania może się skończyć aresztowaniem? Wyglądało na to, że muzycy nigdy nie opuszczą wyspy i nigdy nie wyjdą z podziemia...
A jednak.
W lipcu ten najbardziej antyreżimowy zespół punkowy na Kubie przyjedzie zagrać w Polsce, na festiwalu w Jarocinie. Nie sądziłam, że ten moment nastąpi. Kiedy zobaczyłam tę informację na facebooku Cira, nie mogłam uwierzyć. Ale tak - to prawda. Mam gęsią skórkę. Cieszę się jak dzieciak. I cóż... Jadę w lipcu do Jarocina!!!!

You cannot remember my interview with Ciro Diaz because it was published only in Polish. I talked to the guitar player of Porno Para Ricardo a few years back in Havana. He was telling me of the problems the band had and is still having, of the inability to play a normal concert because of constant police interventions and denger of being arrested each time. It seemed that the musicians will never leave the Island or get out of the underground...
Yet it happened.
In July the most anti-regime punk rock band in Cuba is coming to Poland to play the concert at the Jarocin Festival. I didn't expect this moment to come. So when I saw the news on Ciro's facebook I had difficulty with believing. But it's true. I have real goose bumps. I am happy as a kid. And well... In July I am going to Jarocin!!!

wtorek, 7 maja 2013

Tragedia w Savar cz.4./Savar Tragedy part 4

http://www.avaaz.org/pl/crushed_to_make_our_clothes_loc/?tPqYPab

Avaaz ruszył z akcją zbierania podpisów pod petycją do firm odzieżowych takich jak H&M i GAP, w której proszą o to, aby firmy te podpisały umowę w sprawie zapewnienia w Bangladeskich fabrykach prawdłowej ochorny przeciwpożarowej i zapewnienia bezpieczeństwa. Czy akcja odniesie skutek - ciężko przewidzieć, ale sądzę, że to dobry sposób na to, aby pomóc obywatelom Bangladeszu w zmianie ich kraju na lepsze...
Klikając na powyższy link przejdziecie na stronę, na której możecie podpisać petycję.

https://secure.avaaz.org/en/crushed_to_make_our_clothes_loc/?fp

Avaaz has started an action of collecting signatures under the petition to clothing companies like H&M or GAP in which they ask the managers of those companies to sign the agreement on fire and building safety in Bangladeshi factories. If the action has any effect is hard to guess but I still believe it is a good way of helping the citizens of Bangladesh in changing their country for better...
By clicking the above link you will enter the page where you can sign the petition.

Tragedia w Savar cz.3/Savar tragedy part 3



Trochę to potrwało zanim pieniądze wreszcie trafiły tam, gdzie powinny. Okazało się niestety, że bank w Dhace nie przyjmuje przelewów w PLN (brak możliwości bezpośredniego przewalutowania). Podniosłam zatem kwotę do 100 USD, opłaciłam przelew i nareszcie się udało!

It took some time until the money finally reached it's destination. it turned out that unfrotunatelly that the bank in Dhaka could not accept the transfer in PLN because of no possibility of a direct conversion. I raised the amount to the exact of 100 USD, I paid for the transfer and it finally went through!

wtorek, 30 kwietnia 2013

Tragedia w Savar-kontynuacja/Tragedy in Savar-continuation

Podczas piątkowej prezentacji o Bangladeszu uzbierałam od darczyńców 305,67 PLN (około 7-8k BDT) na rzecz ofiar tragedii w Savar, koło Dhaki.. Kwotę zaokrągliłam do 320 PLN i opłaciłam koszty przelewu. Przelew oczekuje na realizację w moim banku. Potwierdzenie zamieszczę na blogu jak tylko zostanie on zrealizowany (wyjeżdżam na kilka dni do Tallina, więc może to trochę potrwać).

Według najświeższych danych liczba potwierdzonych ofiar śmiertelnych sięgnęła liczby 384. Nadal zaginionych jest 900 osób, a w 35-cio stopniowym upale, po pięciu dniach od tragedii nikt nie spodziewa się już odnalezienia w gruzach żywych ludzi.

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy zdecydowali się wspomóc ofiary tragedii. W powyższym zrzucie z ekranu jest nr konta, nazwa banku oraz imię i nazwisko mojego przyjaciela, Jamsheda, właściciela Shomriddhi Foundation, której głównym aktualnym celem jest wspomożenie ofiar tragedii. Jeżeli ktoś jeszcze zechciałby pomóc - może dokonać przelewu we własnym imieniu, wpisując w tytule "for Savar".


During the Friday presentation on Bagladesh I collected from donors 305,67 PLN (around 7-8k BDT) for the victims of Tragedy in Savar near Dhaka. I made it 320 PLN and I paid for the transfer. The transfer awaits realization on my bank account. I will post the confirmation as soon as I get it (as I am going for a few days do Tallin it might take some time).

According to the newest information there are 384 confirmed deaths. 900 people are still missing and in 35 degrees heat, five days after the tragedy rescuers do not expect to find anyone alive under the debris.

I would like to thank anyone who decided to help the victims of the tragedy. In the above print screen you can find the bank account no, name of the bank and name of my friend Jamshed who is the owner of Shomriddhi Foundation The main actual goal of the foundation is to help the victims of the tragedy. If anyone of you would like to help you can transfer the money on your own behalf, just please title the transfer "for Savar".

środa, 24 kwietnia 2013

Tragedia w Savar/Savar Tragedy


Nie sądziłam, że tak się to smutno ułoży...
Właśnie skończyłam obrabiać zdjęcia z Cmentarza Banani, w Dhace, kiedy przeczytałam o tragedi w Savar, które jest nieco na zachód od jednego z centrów Dhaki - Uttara i na północny zachód od Banani właśnie.

W polskich mediach póki co nie zauważylam nawet najmniejszej wzmianki o tym, co się stało.
Dziś rano zawalił się budynek fabryki, których w tej okolicy jest wiele. Wszystkie są wielopiętrowe. W tej chwili wydobyto 108 ciał. Rannych jest do 600 osób...

Kiedy byłam w Dhace w innej fabryce w okolicy - w dzielnicy Gazipur - spłonęło prawie dwieście osób. Ci, którzy przeyli opowiadali to, co i tym razem - że pomimo wcześniejszego wykrycia problemów - zostali zmuszeni do kontynuowania pracy.
Może zabrzmię, jakbym była nieczuła, ale dlaczego nasze media krzyczą o kilku osobach, które zginęły w dowonym mieście Europy, czy USA, a tragedie tak masowe pomijają milczeniem? Czy mieszkańcy Azji Południowej cierpią mniej? Mniej zasługują na współczucie?

Tu znajdziecie więcej informacji na ten temat, niestety tylko w języku angielskim (zdjęcia jednak mówią same za siebie):
http://rt.com/in-vision/bangladesh-building-collapsed-rescue/

http://www.dailymail.co.uk/news/article-2313974/Bangladesh-Rescuers-use-massive-strips-cloth-escape-chutes-textile-factory-collapses-killing-96-people.html

http://bdnews24.com/bangladesh/2013/04/24/workers-say-they-were-forced-into-rana-plaza

http://bdnews24.com/bangladesh/2013/04/24/savar-building-collapse-deaths-cross-100



I had no idea of such a sad coincidence...
I have just finished processing my pictures from Banani Graveyard in Dhaka when I read about the tragedy in Savar which is places a bit to the West from one of Dhaka centers - Uttara and to the North-West from Banani.

In Polish media I haven't notices even the smallest news about what happened.
Today one of the many few stories high factories has collapsed. This area is famous for it's vertical factories. Until now there were 108 bodies found. Up to 600 people are injured...

When I was in Dhaka a similar situation had place. In one of the factories in a nearby district Gazipur nearly 200 people burned down. Survivors were telling similar stories - that also problems were detected earlier - they were forced to continue their work.
Maybe I will sound insensitive but why does our media scream about a few people who died in any place in  Europe or USA but they go silent about such mass tragedies? Do inhabitants of South Asia suffer less? Are they not worth our grieve?

Here you will find more information on the topic (and pictures speak for themselves):

http://rt.com/in-vision/bangladesh-building-collapsed-rescue/

http://www.dailymail.co.uk/news/article-2313974/Bangladesh-Rescuers-use-massive-strips-cloth-escape-chutes-textile-factory-collapses-killing-96-people.html

http://bdnews24.com/bangladesh/2013/04/24/workers-say-they-were-forced-into-rana-plaza

http://bdnews24.com/bangladesh/2013/04/24/savar-building-collapse-deaths-cross-100



środa, 30 stycznia 2013

Sisterhood is global!



Udział w manifestacji (pardon! – spacerze) pod Sejmem w ostatnią niedzielę zbiegł się w czasie ze zmianą lektury. Skończyłam właśnie „Czerwony pył” chińskiego autora Ma Jiana (która to pozycja zasługuje na odrębny post) i zabrałam się za książki, które przywiozła mi KasiaBe. A wśród nich były dwie pozycje Agnieszki Graff. Na pierwszy ogień poszła najnowsza „Magma”.
Stali czytelnicy być może pamiętają, że w swoich pierwszych postach z Bangladeszu powoływałam się na Agnieszkę Graff i jej „Świat bez kobiet”. Do dziś pamiętam, jak silne wrażenie na mnie wywarła. Ciężko tu mówić o objawieniu, ale muszę pryznać, że otworzyły mi się oczy na pewne „oczywiste oczywistości”, których jest wokół nas pełno i których nie dostrzegałam. Oczywistości jawnie krzywdzące. Jak chociażby łatka przypięta do slowa „feministka”... Ileż ludzi namiętnie powtarza, że „feminizm” to nienawiść do mężczyzn?!
A ja czuję się feministką i feministką się określam, chociaż nikt mi nie może zarzucić, że mężczyzn nie lubię... A już na pewno, że ich nienawidzę. Nienawiść to w ogóle jest mocne słowo i nawet wobec najgorszych wrogów łatwo nim nie szafuję.
Koleżanka (bardzo fajna dziewczyna) zadała mi niedawno pytanie „czy dotknęła cię kiedyś dyskryminacja?” Bez namysłu rzuciłam kilka przykładów i... musiałam się powstrzymać przed słowotokiem. Bo mogłabym je niestety mnożyć.
Stąd też wziął się pewien pomysł. Zaproponowałam to już mojej przyjaciółce z Bangladeszu, która na szczęście przyjęła go z wielkim entuzjazmem. Pragnę stworzyć nowego bloga. Oddzielnego od tego i tematycznego. Bloga o dyskryminacji kobiet. Bloga, na którym pisać nie będę sama, a dziewczyny z każdego miejsca na ziemi – wszystkie te, które poczują chęć stukania w klawiaturę. Chciałabym stworzyć forum dla kobiet, które znam i które dopiero poznam, na którym mogłyby się dzielić swoimi problemami związanymi z dyskryminacją ze względu na płeć, a następnie pomysłami, jak można dany problem rozwiązać. Żyjemy w różnych miejscach i mamy różne doświadczenia, choć wspólne bolączki – warto się nimi wymienić, aby być może odkryć, że w jakimś zakątku świata dana kwestia była już poruszona i rozwinięta. Warto wymieniać się pomysłami – abyśmy mogły sobie wzajemnie pomóc. Bo tak pojmuję feminizm – jako wspólną walkę o to, by żyło nam się nie gorzej niż naszym męskim współlokatorom na tej niewielkiej planecie.
Krótki spacer pod Sejmem przypomniał mi, że warto działać. Warto rzucić ideę i pozwolić jej się rozwijać. Warto czasem wyjść z domu – choćby tylko po to, by być kolejną głową do policzenia w tłumie protestujących. A jeszcze lepiej – aby wspólnie się zastanowić, jak stać się kimś więcej.
Dlatego dziewczyny – zapraszam Was do dzielenia się przemyśleniami, ideami. Bloga, którego wraz z moją bengalską przyjaciółką postanowiłyśmy nazwać „Transcontinental sisters” (korzenie samego hasła „Sisterhood is global” sięgają lat 80-tych ubiegłego wieku, ale nic nie straciło ono na aktualności), mam nadzieję otworzyć w przeciągu tygodnia – dwóch. I będę bardzo szczęśliwa, jeśli zechcecie dorzucić tam swoje posty i komentarze.

The participation in a manifestation (pardon! – it was just a walk) under the Parliament on last Sunday happened around the time when I changed books. I had just finished “Red Dust: A Path Through China” by the Chinese author Ma Jian (which deserves a separate post) and started reading books brought by KasiaBe. And what I found among them were two books by Polish feminist writer Agnieszka Graff. I started with her latest book “Magma”.
My constant readers might remember that in my first posts from Bangladesh I was quoting Agnieszka Graff and her “World Without Women”. I still remember how strong impression it had on me. It’s hard to talk about a revelation but I still have to admit that I opened my eyes on some “obvious obviousness” which the world is full of and which I haven’t noticed. The obviousness openly harmful. Like the common understanding of a word “feminist” as “a woman who hates men”.
And I find myself a feminist and I describe myself so although no one could ever say about me that I don’t like men… And surely no one can accuse me of hatred. Hatred is a strong word anyways and I don’t use easily it even against my worst enemies.
A friend of mine (a very cool chick) asked me some time ago “have you ever experience discrimination?” Without giving it a second thought I told her a few examples and… I had to shut myself up not to start a tirade. Because I could prepare a very long list of examples.
That is how I got an idea. I already told about it to my Bangladeshi friend who luckily accepted it with a huge enthusiasm. I want to create a new blog. Separate from this one and thematic. A blog about discrimination of women. A blog not only written by me but by girls from every corner of the planet – whoever would feel like using their keyboard. I would like to make it a platform for women I know and those I will meet where they would share their problems connected with a gender discrimination and then – their ideas about solving them. We live in different places and we have different experience though same worries – it’s worth a while to exchange them to maybe discover that some of those worries are felt elsewhere and already somehow are taken care of. It’s great to exchange ideas about how we can help each other. Because that is my definition of feminism – a common fight for our lives – so that they wouldn’t be worse than those of our male “planetmates”.
The short walk around the Parliament reminded me that it’s worth to act. To give an idea and let it grow. It’s worth to go out – even if just to be another head in the crowd of protesters. Or better – to jointly wonder how to be something more.
So girls – I invite you to share your thoughts and ideas. I hope to start a blog which with my Bengali friend we decided to call “Transcontinental sisters” (the slogan “Sisterhood is global” was invented in eighties but is still valid) in a week or two. And I will be very happy if you decide to publish there your posts and comments. 

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Rzeczkatolicka Polska / Rescatolica Polonia


Poszłyśmy wczoraj z KasiąBe i Zuzią pod Sejm. Pod Sejm kraju, który chwilowo gotowa jestem nazwać Rzeczkatolicką Polską. Dlaczego? Bo słowo "pospolita" znaczy wspólna. A sądząc po wypowiedziach naszych posłów, którzy w piątek odrzucili możliwość dalszych prac nad Ustawą o Związkach Partnerskich, wspólna ta "Polska Rzecz" nie jest.


Ustawa przepadła? Trudno - demokratycznie wybrani posłowie tak zadecydowali. Prędzej, czy później przejdzie, bo taka jest kolej rzeczy. Oby prędzej niż później. Ale nienawiść wobec ludzi, którzy chcą mieć wolność wyboru i możliwość z godnością powiedzieć światu mam partnera/partnerkę i proszę to uszanować była tak przerażająca, że chciało się swój wobec tego sprzeciw wykrzyczeć na całe gardło.


A jednocześnie to niedzielne spotkanie pod Sejmem było bardzo piękne. Bez wulgarnych haseł, bez nienawiści, bez złości. Tak wyobrażam sobie manifestację poglądów w demokratycznym państwie.



We went yesterday with KasiaBe and Zuzia under the Parliament. Under the parliament of the country which I am ready to temporarily call "Rescatolica Polonia". Why? Because "publica" means common. And judging from the comments made by the deputies who on Friday rejected the continuation of works on the Act on Civil Partnership our "Res" is not really "Publica".


The act was rejected? Well - that happens - our democratically chosen deputies decided so. Sooner or later it will be voted through because that is the direction we evolve to. Let's just hope it will happen sooner rather than later. But the pure hatred against people who want a free choice and a possibility to tell the world with dignity - I have a partner and please respect that - was so frightening that one wanted to scream his protest out loud.


And at the same time this Sunday meeting under the Parliament was beautiful. Without any vulgar slogans, without hatred or hostility. That is how I see the manifestation of one's opinions in a democratic society.










czwartek, 17 stycznia 2013

Kategoryczny Blog Roku / Categorical Blog of the Year

Zanim przejdę do meritum muszę się pochwalić, ze uzupełnilam album ze zdjęciami bombek, trąbek i światełek. Jak mi coś jeszcze wpadnie podczas przekopywania stosów zdjęć, to dorzucę.
Dostalam dziś maila z redakcji konkursu Blog Roku 2012. Zakwestionowano mój wybor kategorii i zaproponowano zmianę na „Lifestyle” lub „Pasje i zainteresowania”. Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego start w kategorii „Ja i moje życie” może budzić wątpliwości, tym bardziej, że startuję z osobami piszącymi o odchudzaniu, rzucaniu palenia, walce z depresją, tworzącymi poezję i facetem, który pisze o tym, że żona go zdradzała. Jednym słowem mydło i powidło, sieczka i młockarnia. Ale, żeby raz na zawsze wyjaśnić, co kierowało moim wyborem, przytoczę moją odpowiedź:
Z radością wyjaśnię mój wybór kategorii. Blog w kategorii "lifestyle" według polskiego tlumaczenia tego terminu powinien, jak rozumiem, być związany ze stylem życia. Mój blog ma w przeważającej częsci charakter, jak Paśtwo zauważyli - podróżniczy. A podróże moim stylem życia nie są. Kiedy nie jestem w trasie, prowadzę całkiem ustabilizowane i "stacjonarne" życie, ktore również częściowo opisuję. Nie zarabiam na podróżowaniu, nie jeżdżę codziennie, nie zarobiłam też jeszcze tyle, aby wyłącznie podróżom się poświęcić. Podróże można by określić jako moją pasję.
Ale znowu kategoria "Pasje i zainteresowania" została zdefiniowana następująco: "Jeśli prowadzisz bloga w całości poświęconego swojej pasji, ta kategoria jest dla Ciebie. Cokolwiek zajmuje Cię bez reszty, powinno ujrzeć światło dzienne. Dołącz do kategorii!". Mój blog nie jest w całości poświęcony podróżom. Oczywiście - jeśli ktoś spojrzy jedynie na wpisy z ostatnich trzech miesięcy, to takie odniesie wrażenie, bo cały ten czas spędziłam w Azji. Jednak przed tą podróżą przebywałam w kraju ponad półtora roku jeżdżąc jedynie na trasie Gdynia - Warszawa. I cały czas pisałam - o wszystkim - począwszy od pracy, przez opisy miast w których mieszkałam, po sprawy nieco bardziej osobiste. Dlatego uważam, że mój blog nie mieści się w żadnej z proponowanych przez Państwa kategorii. A że najliżej mu po prostu do dziennika - kategoria "ja i moje życie", mimo iż sugerująca autora zajmującego się jedynie własną osobą, pasuje tu według mnie najlepiej.
Oczywiście, jeśli się Państwo z moją intepretacją nie zgadzają - dokonam zmiany. I również liczę na odpowiedź, abym wiedziała, czy mój wybór został zaakceptowany.
Szczęśliwie pozwolono mi zostać tam, gdzie jestem...

Before I start with the right topic of today post I’d like to mention that I added more pictures to the album with the pictures of glitter balls, lights and all the other jazz. If I find anything more I will naturally add it as well.

Today I got a mail from the editorial stuff of the Blog of the Year contest. They questioned my choice of category and offered a change for either “Lifestyle” or “Passions and interests”. I can understand why my blog taking part in the category “Me and my life” might be questionable – there are also blogs of people writing about weight reduction, giving up smoking, overcoming depression, poets and a guy who writes about how he was cheated on by his wife. So to say – everything’s there and it makes a total mess. But to explain once and for good why I chose this particular category – I will quote my answer:
I will be happy to explain my choice of category. Blogs in “Lifestyle” category shall be as I understand connected with one’s style of living. My blog is mostly, as you have noticed, about my travels. But I cannot say that travels are my lifestyle. When I am not on my way I lead a very stabilized and stationary life which I also do write about. I do earn my living on travels, I do not travel every day and I haven’t yet earned enough to only travel. You can describe it as my passion.
Still – the category „Passions and interests” was defined as follows: „if you write a blog completely dedicated to your passion, this category is for you. Whatever feels up your time shall be brought to reader’s attention. Join this category!” But my blog is not completely dedicated to travelling. Naturally – if someone reads only posts from last three months he might expect it to be because I spent all this time in Asia. But before this trip I have spent in Poland over 1,5 year travelling only between Gdynia and Warsaw. And I was writing all this time about everything – starting with my work, through descriptions of the cities I lived in and more personal matters.
That is why I believe my blog does not fit in any of the proposed categories. And as it’s closest to the diary – the category “me and my life” although it suggests an author concerned only with himself seems to be the right choice.
Naturally if you find my interpretation wrong – I will change it. And I am looking forward to your reply as I would like to know if my choice was accepted.
Luckily I was allowed to stay where I am…

środa, 16 stycznia 2013

Karnawał trwa / The carnival is on



Zanim przejdę do meritum, pragnę podkreslić, co pewnie niektórzy już zauważyli, że po prawej stronie pojawił się nowy baner. Ten blog zgłosiłam do konkursu blog roku. Baner jest jednocześnie linkiem od kategorii i moich w niej wypocin. Głosowanie zacznie się dwudziestego czwartego stycznia i oczywiście liczę na to, że wesprzecie starą be_bronze.
Dlaczego kategoria „ja i moje życie”? Z bardzo prostej przyczyny – nie dopasowalam lepszej. Lifestyle to to nie jest. „Pasje i zainteresowania” niby brzmią bardziej prawidłowo, ale w opisie kategorii podano, że aby blog spełniał kryteria, musi być w całości poświęcony konkretnemu zagadnieniu. A ja jednak nie tylko przecież o podróżach piszę. Czasem nawet zdażają mi się cąłkiem prywatne wycieczki...


A wracając do tematu dzisiejszego posta – karnawał trwa w najlepsze. Dlatego korzystając z faktu, że jeszcze nie jest za późno, pragnę Wam pokazać nieco wschodnioazjatyckich dekoracji świątecznych. Przy ichnim stężeniu kiczu stara Europa nawet w najbardziej skomercjalizowanych i turystycznych miejscach zdaje się być ostoją dobrego gustu.
Ani w Singapurze, ani w Hong Kongu nie ma możliwości, aby wejść do centrum handlowego, czy choćby większego sklepu i uniknąć cukierkowo - pozytywkowych nagrań z anglojęzycznymi kolędami. Najgorsze były te grane na lotnisku w Singapurze – choćby dlatego, że musiałam jednej płyty powtarzanej w kółko słuchać przez prawie cztery godziny.


Mimo kiczu ciężko jest jednak oderwać wzrok – przy pierwszym zetknięciu z tym bogactwem lampek, bombek i sztucznych choinek – człowiek chce sfotografować wszystko. Ten stan mija dopiero około drugiego dnia zwiedzania. Dlatego zdjęć mam sporo i będę je dorzucała to tego albumu. Tylko dajcie mi trochę czasu J


Before I start with the right topic, I’d like to stress the fact that on the right side you can see a new banner. It says that this blog is taking part in Polish blog of the year contest. Banner contains a link to the category I compete in and the position of my blog in it. Voting will commence on January 24th. And of course I am counting on your support for old be_bronze.


I chose the category “me and my life”. Why? Cause there was none more suitable. It’s not a lifestyle blog. And “passions and interests” was described as a category for blogs fully concerned with one topic. And although I am writing mostly about my travels – it’s not my only topic. Sometimes I write (maybe even too much) about myself.
And coming back to the topic of today’s post – the carnival is fully on. And I am about to use the fact that it is not too late yet and show you some of the East Asian Christmas decorations. Compared with the amount of kitsch on their streets the old Europe, even in the most commercialized and turistuc spots seems to be an oasis of the good taste.


Neither in Singapore nor in Hong Kong can one walk into the shopping mall or even any bigger shop and avoid listening to the English versions of Christmas Carols in most cheap and sweet arrangements. The worst for me were four hours at the airport in Singapore – mostly because I had to listen to them for four consecutive hours.
Despite the kitsch all around it’s hard not to watch it all with amusement. Once you enter this world of lights, glitter balls and plastic trees you want to photograph them all. You can stop yourself no sooner than on the second day of the trip. And that is why I have really many pictures and I will kep uploading them into this album. Just give me some time J


poniedziałek, 14 stycznia 2013

Umarł król, niech żyje król! / The King is dead, long live the King!


Widok z okna mojego pokoju w domu Rodziców - w ten weekend śniegu było o wiele więcej./The view from my room at parent's place-last weekend there was much more snow.

Ciężko uwierzyć, że żyję w m iejscu, które zniknęło pod śniegiem. W tym roku przy minus dziesięciu stopniach ubieram na siebie tyle warstw, co w zeszłym przy minus trzydziestu. Nie mogę przywyknąć do zimna.
Niecały miesiąc temu zakończyłam moją podróż, która trwała prawie trzy miesiące. Dwa tygodnie temu zakończyłam znajomość, która trwałam ponad dwa lata. Pierwsze, bo skończył mi się czas i pieniądze, drugie, bo skończyła mi się cierpliwość. I zaczynam wszystko od nowa.
Świadomość, że buduje się własne życie na gruzach starego, w znanym miejscu, ale jednak w zupełnie innych warunkach jest oczyszczająca. Można wyrzucić to, co niepotrzebne, a nawet toksyczne i zrobić miejsce na nowe. Jak wiosenne porządki w domu. Moje są zimowe. Porządki w życiu.
Jeszcze nie myślę o kolejnym wyjeździe – musze najpierw zakończyć spokojnie relację z tego, ktory właśnie się skończył. Muszę od nowa zgromadzić oszczędności  i zapracować na to, aby nadal mieć dokąd wracać. Świadomość, że ma się dokąd wracać nieco ogranicza fantazję, ale i daje poczucie bezpieczeństwa. Kiedy nie ma się nic do stracenia, człowiek popada w desperację, a ja desperatką być nie muszę – wiem już, ze potrafię sobie w życiu zapewnić to, czego mi trzeba.
Mam tylko jedno postanowienie noworoczne – żyć dla siebie. Egoizm poprawia mi nastrój.
Moja relacja z podróży jeszcze się nie skończyła. Jeszcze wrócę do Bangladeszu i do Hong Kongu. Może nawet ponownie zahaczę o Singapur. A. napisała, żetęskni za moim blogiem. Jest ode mnie bardziej konsekwentna (swoją drogą – czytajcie Corporate Skirts!).
W Nowym Roku życzę Wam wszystkim jednego – podarujcie sobie czas dla siebie. Nawet jeżeli mielibyście go przeznaczyć na pracę w kilku mijescach na raz, żeby zarobić na wyjazd marzeń (tylko potem koniecznie pojedźcie!).

Sztuczny śnieg przed centrum handlowym na Orchard Street w Singapurze./The fake snow in fornt of a shopping mall on the Orchard Street in Singapore.

It’s hard to believe that I am living in a place which is completely covered with snow. This year with minus ten outside the window I put on the same amount of clothes as last year with minus thirty. I can’t get used to the cold.
Almost a month ago I have finished the trip which took a bit less than three months. Two weeks ago I have finished a relation which lasted over two years. The first one because I ran out of time and money and second because I ran out of patience. And I am starting everything over.
The awareness that you build a new life on the debris of the old one in a place that is known but under absolutely new conditions is liberating. You can trough out what’s not needed or even toxic and make the space for new. It’s like a spring-cleaning. But my happen in the winter and not in house but in my life.
I’m not even thinking yet about a new trip. First I want to finish the report from the last one. I need to gather my savings back and work on still having a place to come back to. The awareness of having a place to come back to limits one’s fantasy but gives a feeling of being secure. Once you have nothing to loose you become desperate and I don’t need to be desperate anymore because I know exactly how to get what I need.
I have only one New Year Resolution – to live for myself. Egoism makes me feel better.
My trip report is not finished yet. I will get back to Bangladesh and Hong Kong. Maybe I will even mention Singapore again. A. wrote that she misses my blog. She is way more consequent than me (btw-guys, remember to read Coporate Skirts!).
For the New Year I have only one wish for you guys – give yourself the time just for you. Even if you are about to use it working in a few places at the same time to save up for your dream trip (but then – go for the trip, damn it!). 

Świąteczny Hong Kong./Holiday Hong Kong

niedziela, 2 grudnia 2012

Little things

Kocia muzyka from Be_bronze on Vimeo.


This post will be written in English and English only. Because the person it is meant for does not speak Polish anyways. And it’s a post about little things.
There are many people in Bangladesh whom I shall thank. And I tried to thank them as I could. But there is also one person without whom I wouldn’t come here in the first place. S.
So – thank you for all these little things that made me smile. For fuchka. For my birthday. For playing on the glasses filled with water. For your shows. For taking care of me. For holding my hair when I was vomiting. For the moments in the morning when you go ballistic cause you’re not fully awake yet. For all the trips we had. Finally for inviting me here.  For all the beautiful moments. They made me the happiest woman in the universe.
I don’t know the future. Neither do you. But I was and still am happy. And I know that so are you. 
Chiuma-chiuma

środa, 7 listopada 2012

Dziewczyna z tatuażami / A girl with the artistic tatoos



Nie jestem wielką miłośniczką malowania ciała (no chyba że jest to element performansu). Myślałam kiedyś o tatuażu jako formie kroniki wypisanej na moim ciele, ale i ten pomysł zarzuciłam – cholera wie, czy za parę lat by mi się to nie znudziło, a myśl o długotrwałym i bolesnym usuwaniu śladów starych pomysłów odrzuca mnie kompletnie.
Niemniej jednak postanowiłam spróbować tego uczucia chociaż na krótki moment i zobaczyć siebie wymalowaną henną. A. zabrała mnie do domu siostry swojej przyjaciółki, której szesnastoletnia córka pokrywa malowidłami dłonie i stopy wszystkich, którzy tego chcą, a nawet tych, którzy wcale nie mają na to ochoty. Ona po prostu to kocha.


Kiedy patrzyłam, jak fragment po fragmencie małe wzroki łączą się w efektowną całość, byłam zafascynowana. Tasfia malowała najpierw każdy palec osobno, tworzyła fragmenty wzoru na różnych częściach dłoni, by potem zgrabnymi ruchami połączyć wszystko w jeden obraz. Jej wyobraźnia zdaje się nie mieć ograniczeń, śmiało łącząc geometryczną prostotę z wysublimowanymi, kwiatowymi wykończeniami.
Ozdobiła moje dłonie, stopy, przedramiona, a nawet kark. Gdyby nie fakt, że znajdujemy się w Bangladeszu, a Tasfia ma ledwie szesnaście lat, to rozebrałabym się przed nią mówiąc „wybierz sobie fragment mojego ciała, albo ozdób całość”. I nie chodziło wyłącznie o to, jak ja będę później wyglądać – samo obserwowanie tego procesu wciąga. Patrzenie, jak ciało centymetr po centymetrze jest pokrywane brązowymi szlaczkami, liniami. Ozdabianie mnie zajęło trzy godziny. Tasfia cierpliwie nakładała hennę i nie chciała ani chwili przerwy. Bawiła się równie dobrze, jak ja.


Później pokazała nam jej inne prace – rysunki, obrazy, szkice. Jest oczywiste, że ma talent. Kopiuje wiernie, idealnie. Może z czasem rozwinie własny styl.
Mniej przyjemna jest druga część procesu – ciało powinno pozostać pokryte henną przez całą noc. Stwardniałe kawałki farby odpadają z niego przez cały czas, tworzą wokół powłokę czekolado podobnego pyłu. Drapią i kłują. Musiałam zdrapać wszystko wcześniej, bo S. nie chciał mnie wpuścić do łóżka. Ale przynajmniej wewnętrzna część dłoni zabarwiła się na ciemno brązowy kolor, co według bengalskiej tradycji oznacza, że będę miała bardzo kochającego męża. Pokażcie mi tego naiwniaka…


Jeżeli będziecie kiedyś w Dhace i zamarzą Wam się „tatuaże” z henny – napiszcie do Tasfii. Jej adres e-mail to: wiztas@gmail.com. Jak będziecie mieli szczęście, to może zechce i Was ozdobić – i pamiętajcie – nie negocjujcie ceny, bo jej umiejętności warte są każdych pieniędzy.
WSZYSTKIE ZDJĘCIA ZROBIŁA A., BO JA NIE MOGŁAM RUSZYĆ PALCEM...
Zdjęcia w poście Wszystko... (1) też przedstawiają tatuaże wykonane przez Tasfię.



I am not a big fan of body painting (unless it is a part of performance). But I had once this thought of having a tattoo which would be a private chronicle written on my body. I gave it up though – who knows if in a few years I wouldn’t be sick and tired with it. And an idea of long and painful process of removing leftovers of old ideas puts me off completely.
Nonetheless I’ve decided to try this feeling even if just for a short period of time and see myself painted with henna. A. took me to the house of her friend’s sister whose sixteen years old daughter paints hands and feet of all the people who lets her and even of those who are reluctant. She simply loves it.
When I was watching how piece after piece little patterns are being joined into picturesque unity I was overwhelmed. Tasfia painted each finger separately, created small fragments of pattern to join them in one painting by fast moves of her deft fingers. Her imagination seemed limitless. She resolutely bound geometrical simplicity with sublime, flowery endings.


She decorated my hands, feet, arms and back of the neck. If it wasn’t for the fact that we are in Bangladesh plus Tasfia is only sixteen, I would have got naked in front of her saying “choose whichever part of my body you like or even decorate it all”. And it wasn’t only about the way I would look afterwards – just simple observation of this process was involving. Looking how the body is being covered one centimeter after the other with lines and circles. Decoration took three hours. Tasfia patiently applied henna and didn’t want to stop even for a short brake. She had as much fun as I did.
Later she showed us other of her works – drawings, paintings, sketches. It’s obvious that she has a gift. She copies in an ideal way. Maybe with time she will develop her own style.


The only less fascinating part of the process comes later – body shall be covered with henna all night long. Hard pieces of paint peel off all the time creating a chocolate-like coating everywhere around. They itch and irritate. And I had to scratch everything of earlier than I was supposed to because S. didn’t want to let me into bed. But at least the inner side of my hands were covered with deep brown color which according to Bengali tradition means that I will have a very loving husband. No show me this naive man…
So if you are ever to come to Dhaka and dream of henna “tattoos” – wrote to Tasfia. Her e-mail address is: wiztas@gmail.com. If you get lucky she might want to decorate your skin as well. And remember – do not negotiate the price because her skills are worth all the money. 
ALL PICTURES BY A. - I COULDN'T MOVE A FINGER!
Pictures in the post "All that you would like... (1)" also show tatoos made by Tasfia. 


sobota, 15 września 2012

Ucieczka do kina „Wolność”/Escape to the „Freedom” cinema



Z kina zwiać się w tej chwili nie da. Można zwiać do kina. A nawet nie tyle do kina, co przede wszystkim na film – będzie nosił tytuł „azjatyckie perypetie przygłupiej masochistki”. Streszczenie i recenzja każdej pojedynczej sceny pojawi się nie gdzie indziej, jak właśnie tu.
Przez ostatni tydzień trwały celebracje. Po pierwsze przeprowadzki – mieszkamy teraz w kamienicy z sufitami na wysokości prawie czterech metrów. Dziwny wpływ ma na mnie to mieszkanie. Muzyczny. Wpływ – w sensie. Ta gigantyczna kubatura (odziedziczyłam porządne głośniki po właścicielu) pozwala na słuchanie li tylko i wyłącznie opery. Tudzież muzyki klasycznej, ale tylko tej potężnej i nie kiczowatej. Z powodu braku miejsca na kicz – odpada Wagner. Z powodu braku miejsca na wszystko, co nie jest potężne – odpada Mozart. W ogóle wszystko, co związane z językiem niemieckim chwilowo odpada, bo ten nie podoba mi się bardziej niż zazwyczaj. I to z kilku powodów. No – to nagrzałam atmosferę i sobie teraz uprzejmie zamilknę.
Drugi powód celebracji jest nieco bardziej prozaiczny. Zakończyłam pracę numer cztery. Za tydzień będę już pracowała tylko w dwóch miejscach. A za dwa i pół w ogóle pracę będę miała w nosie, żeby nie powiedzieć, że na trzy miesiące upchnę ją jeszcze głębiej w pewnych ciemnych otworach fizjologicznych. I nareszcie mam czas oddychać. I podrapać się po dupie, którą ostatnio pięknie zapuściłam – z braku ruchu i przyjemności, jaką daje gotowanie…
No… To z okazji celebracji opowiem wam, jak wyglądała rozmowa o urlopie z moją szefową, bo tego kwiatka jeszcze nie słyszeliście (no bo i jak, skoro od dwóch miesięcy nie napisałam prawie słowa? Poza tym jeszcze taki kwiatek chyba nie powstał, którego dałoby się usłyszeć, ale pierdolę dziś stylistyczną kurtuazję).
Akcja dzieje się rano. Świeci sobie słoneczko, ptaszki ćwierkają, lekki wiaterek sobie skądś dokądś popierdziela. A ja idę do szefowej.
- Pani M. sprawa jest… Ale tak mi jakoś przez gardło, no nie tego…
- Co narozrabiałaś i ile mnie to będzie kosztować?
- O ile mi wiadomo, to nie dość, że nic, to jeszcze Pani zaoszczędzi.
- To mnie zainteresowałaś… Siadaj dziecię marnotrawne.
- Bo ja to bym tak chciała… No chciałabym, chciała.. Na urlop znaczy się bym chciała.
- No to masz wpisany, w październiku. A co, spieszy ci się?
- Pośpiechu to nie ma, ale na dłużej bym chciała.
- Na dłużej to znaczy, na ile? Pół roku? Rok?
- Nie no, tylko trzy miesiące.
- No to jedź. A dokąd jedziesz?
- A no do Bangladeszu Pani M.
- To weź mnie zabierz ze sobą, co?
I tak dalej w tym tonie pogawędziłyśmy jeszcze może ze dwie minuty. Ma ktoś zajebistszą szefową? No śpiewać ptaszki wy moje. Nie, nie ma nikt lepszej. Taką to tylko ja mam. I nie zawaham się użyć…
I tak za dwa i pół tygodnia będę się za te swoje grzechy smażyć w islamskim piekle. A potem odetchnę już nieco bliżej cywilizacji. A o koncercie GB też kiedyś napiszę – pewnie, jak mi się jakiś kolejny przydarzy…
A tymczasem powracam do marnego zachwytu nad codziennością. Jadę właśnie do Gdyni. Na dworcu autobusowym młody, na oko trzydziestoletni facet rozklejał dziś ogłoszenia o tym, że niedawno dostał jakieś prochy, został po tych prochach zgwałcony, a nagranie poszło do sieci. Prosił o pomoc przy szukaniu wszystkiego, co wylądowało online. (Strach się bać?)
Z mniej przyziemnych tematów – oglądałam przed chwilą kolejny koreański dramat z mojej listy – rzecz jasna, jak to w „Artystycznym Kinie Azjatyckim” – z odpowiednią ilością „momentów”. A obok mnie siedział gość i czytał sobie o nieskończoności boga. Chrząkał tak głośno i często, że dla dobra współpasażerów zmieniłam repertuar… ot uroki transportu publicznego w dobie wszechobecnej techniki…


Right now it’s hard to escape from the cinema. It only seems possible to escape inside. Even more – to escape for  a movie which is going to be untitled “Asian story of a dumb masochist”. The shortcut and review of  each and every scene will be published nowhere else but here.
During the whole last week I’ve been celebrating. Firstly – because of the fact that we moved. Right now we live in an old building with ceiling almost four meters high. This apartment has a weird influence on me. Musical influence. This giant space (I inherited damn good speakers after the owner) allows me only to listen opera. Along with classical music but only the monumental and non-kitsch one. Because of no space for kitsch – Wagner ain’t allowed in. because of the luck of space for anything non-monumental – Mozart ain’t allowed in. Basically anything connected with la lingua alemána  is temporarily forbidden because I dislike this language more than usual. For quite a few reasons. Ok – so I heated the atmosphere up and will shut myself up in all the right moment.
The second reason for celebration is way more prosaic. I finished the job no 4. In a week I will be working only in two places at the time. And in two and a half weeks I will be forget about the fact that I have any job at all. Finally I have time to breathe. And scratch my ass (which is getting bigger and bigger again) whenever I feel like it.
So… As for celebration I will tell you guys about the conversation I had with my boss about my vacations. This story you haven’t heard yet (not that I gave you any chance with me not writing a word for almost two months).
The action takes place in the morning. The sun is shining, birds are singing, the wind is slowly blowing. And I am going to my boss.
- Mrs. M. there is something i need to talk to you about. But somehow it ain’t that very easy.
- What is it that you messed up and how much Is that going to cost me?
- For as much as I know not only it will not cost you a cent but also you might be able to save up.
- You have my full attention. Take a seat kiddo.
- Because I wish… Oh I wish, I wish… I wish I could go for vacations.
- And if I remember well you have vacations planned for October. Or maybe you are in a hurry?
- No, there is no hurry. But a need for some more time exists.
- More time meaning what? Half a year? A year?
- Oh no, I wouldn’t dare… Just three months.
- Ok. So go. But where are u gong?
- To Bangladesh Mrs. M.
- So take me with you dear. Will you?
And so we continued for another minute of two. So does any of you have a more fucking fabulous boss? Tell me sweethearts. No. None of you have a better boss. Only I have one. And will not be afraid to use this fact…
And so in two and a half weeks I will be burning in Islamic hell for my sins. And then will have time to catch some air somewhere closer to the civilization. And about GB concert I will also write one – probably after the next one I will go to.
And in the meantime I shall get back to doubtful enjoying of the reality. I am on the bus to Gdynia. At the station a young guy was hanging posters saying that he was given some medicaments, raped and recorded. The tape naturally went online. He was asking for help in finding all published materials.
From slightly lighter topics – a moment ago I was watching another Korean drama from my list – with (as it has to be in “Artistic Asian Cinematography) a right amount of sex scenes. And next to me was seating a guy reading about the Infinity of God. He was meaningfully “coughing” so often and loud that I had to change the movie. Just a “taste” of public transport in the era of surrounding technique… 


wtorek, 3 lipca 2012

Pretty Woman


Moje życie – cały ten burdel. I w środku ja. Wciąż z patosem powtarzająca deklarację osobistej niezależności. Wieczna ofiara socjopatycznych męskich dziwek.
Biegam ulicami Warszawy – bo albo zapierdalam do celu, albo po prostu sunę swoim tempem. A mam 1,82 m wzrostu. I dobrze ponad metr nóg. To więcej niż większość ludzi. Więcej niż pierdolona Pretty Woman.
Pamiętacie scenę w wannie? Też tak kiedyś usiadłam w wannie z nogami wokół śniadego przystojniaka. Owinęłam te swoje wszystkiego razem dwa metry dwadzieścia wokół niego i mówię:
- Nawet Julia Roberts by ci tak dobrze nie zrobiła, wiesz?
- Czy to oznacza, że teraz będę musiał Ci płacić?
Teraz to on chce, żeby mu dziewczyny płaciły. Jeśli jeszcze nie europejską walutą, to przynajmniej uległością i uwagą. I wciąż pamięta moje dwa metry dwadzieścia wokół jego drobnej talii.

Biegnę znowu ulicą, nie do niego, raczej od niego. W upale z mokrego nosa wciąż zjeżdżają mi okulary. Nerwowym ruchem podciągam je do góry. Uciekam. Od rachunków, od faktur, dokumentów, mężczyzn, którzy mają skórę tak jasną, że widać na niej każde obtarcie, każdego pryszcza. Od moich dwudziestu siedmiu lat, coraz bliżej do urodzin. Tracę na wartości z każdym miesiącem.
Wkurwiają mnie ludzie, którzy idą wolnym krokiem. Narzekają na upał, wachlują się wszystkim – od kartek, ulotek, przez gazety po chińskie wachlarze, pięć złotych za sztukę, na ulicznych straganach drożej. Wymijam ich wywrzaskując swoje „przepraszam” tonem mówiącym „spierdalaj z drogi, bo cię zamknę w saunie wstrętny pokurczu”. Bozia dłuższych nóżek nie dała. Może dała co innego – kasę, szczęście, urodę, ja mam tylko swoje długie nogi i zamierzam zrobić z nich pożytek.

Jutro będę udawała nastolatkę. W Trójmieście podobno jest ledwie kilkanaście stopni, ale i tak założę swoją kusą czerwoną mini, tak obcisłą, że należałoby ją nosić bez majtek, żeby nie odznaczały się grubą linią na tyłku. Albo niech się odznaczają, niech patrzą. Oprócz długich nóg mam jeszcze niezły tyłek.
Z tysiącami w błocie będę wrzeszczeć pod sceną. Nie zawaham się zapiszczeć. Kolejnego dnia muszę odebrać wizytówki – w piątek mam prezentację w Koszalinie, koniec beztroski. Rzeczywistość narzuconej metryką dorosłości.
Dziś w autokarze obejrzę film. Jeszcze nie wiem jaki. Nawpieprzam się chrupek z czekoladą, żeby jutro płakać, że mi brzuszek lekko wystaje. Pogapię na paznokcie u stóp wymalowane ni to czerwonym, ni to różowym lakierem. Obok siedzą chyba Czesi, rozumiem pojedyncze słowa, ale nie całość, ciężko ich ignorować, wbijają się w świadomość co kilkadziesiąt sekund – czas ich zagłuszyć ścieżką dźwiękową z „Hype!” – ściągnęłam ją sobie po ostatnim poście.
Przejeżdżamy koło ulicy na której pracuję. Męczcie się! Ja pomęczę się za was w przyszłym tygodniu. Ale dzisiaj już cisza. Pretty Woman spuszczona ze smyczy. Dwa metry dwadzieścia gotowe do zagospodarowania.


My life – all this mess. And me inside Constantly and bombastically repeating my declaration of self independence. Constant victim of sociopathic male whores.
I run the streets of Warsaw – either loping to the goal or just pounding In my own rhythm. And I’m 1,82 m tall. And I have well over one meter long legs. It’s more than most of the people. More than a fucking Pretty Woman.
Do you remember the scene in the tub? I also sat like that once with my legs wrapped around a dark handsome guy. I wrapped those all together two meters twenty around him and said:
-          'Even Julia Robert wouldn’t do you that good.'
-         ' Does it mean that I have to pay you now?'
Now he wants to be paid by other girls. If not in an European currency than in submission and care. And he still remembers my two meters and twenty wrapped around his skinny waist.

I run through the street again not to him but rather away from him. In the heat my glasses are drawing of my wet nose. With a nervous gesture I put them back. I run away. Away from invoices, bills, documents and men with skin so pale that every tiny sore or spot is visible. Away from my twenty seven years – birthday is coming closer and closer. I lose my value with each month.
People piss me off – those who walk slowly. They complain about the heat and fan themselves with anything they can find – from pieces of paper, leaflets trough papers to Chinese fans five zloty a piece and on street markets more. I pass by them screaming my “excuse me” as if I was saying “get the fuck out of my way you damned runt or I’m gonna put your guts in the sauna”. God didn’t give you long legs but maybe it gave you something else – money, happiness, beauty – I have only my long legs and I’m gonna use them.

Tomorrow I will pretend to be a teenager. In Gdynia it’s Just sixteen degrees but I will wear my short red dress anyway – so tight that it should be worn without any panties so that they would not be visible underneath. Or maybe I shall let them be visible – let people watch. Apart from long legs I also have a nice ass.
With thousands I will be screaming in the mud under the stage. I will even squeak. And the next day I need to pick up my brand new name cards – on Friday I have a presentation in Koszalin, the end of carelessness. The reality dictated by the year of birth.
Today on the bus I’m gonna watch a movie. I don’t know which one yet. I’ll eat crisps with chocolate and cry tomorrow that my belly is visible. I will stare at my toes nails painted in some colour between pink and red. Check guys are sitting next to me. I understand singular words but not all . it’s hard to ignore them – they make their way into consciousness every twenty seconds – it’s high time to roar them down with the “Hype!” soundtrack that I downloaded after my last post.
We pass by the street I work on. Suffer guys! Next week I will suffer for you. But today – just silence. Pretty Woman on the loose. Two meters twenty ready to be used.