Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 grudnia 2013

40/29


Urodziny minęły, czas leci, a ja nawet corocznej listy jeszcze nie opublikowałam. Ale tak się ostatnio składa, że na pisanie czasu nie ma, bo trzeba żyć. I w tym życiu do przeżycia jest więcej niż kiedykolwiek.
Rok temu, wcześnie rano, tudzież późno w noc, siedziałam na lotnisku w Singapurze, dokąd przyleciałam z Dhaki i czekałam, aż ruszy metro. Z głośników sączyły się w kółko irytujące dźwięki jednej i tej samej płyty z wyjątkowo sztucznymi, przesłodzonymi, elektronicznymi wersjami amerykańskich kolęd, które bardziej niż muzyką można by nazwać kompilacją paskudnych dzwonków telefonicznych.
Po Singapurze był Hong Kong. Macau. Minus pięć stopni w Pekinie. Powrót do kraju. Kilka ciężkich i niewesołych zimowych miesięcy. Wiatr w Dublinie. Wiosenna radość. Wygłupy z Zuźką w Tallinie. Chwilowe lenistwo. I od lipca – rollecoaster. Przyjechali moi Kubańczycy i wywrócili świat do góry nogami. Od lipca mam poczucie jakbym żyła na planie filmowym. Tylko scenariusz wciąż się zmienia , a ja dowiaduję się o tym jako ostatnia.



Pomogłam komuś zostać w Europie. Zajmuję się promocją dwóch zespołów. Poznałam w Warszawie więcej kubańskich opozycjonistów niż cztery lata temu w Hawanie. Przypomniałam sobie trochę hiszpańskiego, a ostatnio nawet odgrzebałam swój rosyjski. Zaangażowałam się w akcję pomocy Gorkiemu. Wkrótce po raz pierwszy mój artykuł ukaże się drukiem (i nie będzie to publikacja naukowa!). Poznaję mnóstwo wspaniałych ludzi. Szalałam w Brystolu (to dlatego spóźniłam się z urodzinowym postem). Zmarła moja babcia. Spotkałam starych znajomych ze szkoły średniej, którzy okazali mi się bardzo bliscy. Zaczęłam nowe studia. Prawie spłonęło nam mieszkanie. Z sąsiadką i wezwaną przez nią policją dobijałam się do jej mieszkania. Odkryłam, że Bydgoszcz jest całkiem przyjemnym miastem.
Nie nudzę się. Żyję. Chyba wreszcie pełnią życia. Tu, w Polsce. W Warszawie. Czegoś mi brak, czegoś mam w nadmiarze. Ale intensywność doznań wciąż wzrasta… Nie wiem czego sama sobie bym życzyła na ten ostatni rok przed trzydziestką. Moich planów podróżniczych już pewnie nie zrealizuję. Ale jestem pewna, że zrealizuję wiele rzeczy, których nigdy nie planowałam.
Jakiś czas temu ktoś mi powiedział, że nie odczuwa już potrzeby szukania odpowiedzi na pytanie o sens życia. Bo ten etap ma za sobą. Dla mnie to żaden etap. Każdy nowy dzień przynosi nową odpowiedź.



A oto lista:
1.Litwa
2.Łotwa
3.Finlandia
4.Szwecja
5.Norwegia
6.Dania
7.Niemcy
8.Czechy
9.Francja
10.Belgia
11.Holandia
12.Luksemburg
13.Hiszpania
14.Włochy
15.Słowenia
16.Słowacja
17.Węgry
18.USA
19.Kanada
20.Australia
21.Mauritius
22.RPA
23.Brazylia
24.Austria
25.Wielka Brytania
26.Wenezuela
27.St. Lucia
28.St. Vincent & Grenadines
29.Kuba
30.Rosja
31.Egipt
32.Ukraina
33.Rumunia
34.Mołdawia
35.Portugalia
36. Bangladesz
37. Singapur
38. Hong Kong / Macau (chińskie specjalne strefy ekonomiczne)
39. Irlandia
40. Estonia



My birthday has passed, time passes by and I haven’t even published my annual list yet. But so it happens lately that I have no time to write because I live. And I have more life to live now than ever.
A year ago, on the early morning or late at night I was seating in the airport in Singapore where I got from Dhaka and I was waiting for metro to start operating. The music coming from speakers was annoying – it was one record with kitsch and artificial, electronic versions of American Christmas Carols which resembled more of a terrible compilation of phone rings rather than music per se.
After Singapore there was Hong Kong. Macau. Minus five Celsius degrees in Beijing. Coming back to Poland. A few heavy and unhappy winter months. Wind in Dublin. Spring happiness. Mischief with Zuźka in Tallin. A moment of laziness. And Since July – rollercoaster. My Cubans have come and turned the world upside down. Since July I feel like if I were living on a movie set. It’s just the script that keeps changing and I am the last one to know.


I helped someone stay in Europe. I take care of promotion of two bands. In Warsaw I have met more Cuban dissidents than four years ago in La Habana. I have reminded myself my Spanish and lately – I have even dug up my Russian. I got engaged in the company of support for Gorki. Soon my first article will be published in paper (and it is not a scientific publication!). I meet loads of fascinating people. I got crazy in Bristol (that is why I am late with my birthday post). My grandmother died. I have met my old friends from high school who turned out to be very close to me. I have started new studies. Our flat has almost burnt down. With my neighbor and Police I was trying to get into her apartment. I have discovered that Bydgoszcz is quite a nice city.
I am not bored. I live. Maybe finally to the fullest. Here, in Poland. In Warsaw. I luck some things and have too many others. But the intensity of sensations is increasing… I have no idea what to wish myself for this last year of my twenties. My travel plans will probably stay unfulfilled.  But on the
Some time ago someone told me that He does not feel the Reed to ask himself about the sense of living. Because he is over this stage  of life. For me it is not a stage. Because each day brings me a completely new answer.


1.Latvia
2.Lithuania
3.Finland
4.Sweden
5.Norway
6.Denmark
7.Germany
8.Check Republic
9.France
10.Belgium
11.Netherlands
12.Luxembourg
13.Spain
14.Italy
15.Slovenia
16.Slovakia
17.Hungary
18.USA
19.Canada
20.Australia
21.Mauritius
22.Republic of South Africa
23.Brazil
24.Austria
25.UK
26.Venezuela
27.St. Lucia
28.St. Vincent & Grenadines
29.Cuba
30.Russia
31.Egypt
32.Ukraine
33.Romania
34.Moldova
35.Portugal
36. Bangladesh
37. Singapore
38. Hong Kong/Macau (Chinese special economic aerias)
39. Ireland
40. Estonia


piątek, 31 maja 2013

Z innej beczki – miejskiej beczki/Other Story – Urban Story


Poruszałam ostatnio trudne i istotne zagadnienia. I niewątpliwie do nich wrócę. Ale chciałabym, korzystając ze słońca za oknem, nawet jeśli przerywane jest ulewami, rozjaśnić trochę nastrój.
Dzisiaj mój kolega umieścił na swojej ścianie na facebooku zdjęcie graffiti. Wiedziałam doskonale, że ja też temu dokładnie rysunkowi zrobiłam zdjęcie, nie wiedziałam tylko gdzie. Sądziłam, że było to we Wrocławiu, ale gdy przeszukałam swoje archiwum, okazało się, że to jednak był Szczecin. Ustalenie tego zajęło mi dłuższą chwilę. Bo bez względu na to, gdzie się przez ostatnie lata znajdowałam i jakie tematy mnie w danej chwili pochłaniały, zawsze zachwycałam się jednym elementem wspólnej prawie każdemu miejscu na świecie. A była to sztuka ulicy. Graffiti, wlepki, rysunki na murach, chodnikach, oknach. Dzieła sztuki i buźki rysowane palcem na kurzu. Nic nie znaczące i mistrozwskie obrazy.
Dlatego postanowiłam swój stary album „Urban Art” z picasy przenieść na facebooka, uzupelnić elementami, które nigdy w nim nie zaistniały i zdjęcie po zdjęciu, dzień po dniu, prezentować Wam, moim czytelnikom, sztukę, która dla każdego jest na wyciągnięcie ręki. Sztukę przestrzeni miejskiej.
Zapraszam na profil Be_bronze na facebooku!



Lately I have been writing about topics both difficult and important. And I will most definitely get back to them. But I would also like to use the sun outside the window, even if it is disturbed by frequent rains and put some light into the atmosphere.
Today my colleague put on his facebook wall a picture of a graffiti. I knew exactly that I took a picture of this very drawing I just was not sure where it was. I guessed it was from Wrocław but after searching my archive I realized that it was in fact Szczecin. Finding this particular picture took me some time. Because no matter where I was during last few years and what topics were of interest to me I was always fascinated with one element common for almost all of the places in the world. The Street Art. Graffiti, stickers, drawing on the walls, pavements, windows. Masterpieces along with faces drawn with a finger on the dirt. Meaningless and works of art.
That is why I decided to transfer my old Picasa album untitled “Urban Art” to facebook, add elements which have never been shown yet and picture after picture, day by day, present to you – my readers – art which is available to everyone. The art of the urban space.

So I invite you to Be_bronze profile on facebook!


czwartek, 30 maja 2013

Yoani Sanchez


Gdyby cztery lata temu ktoś powiedział mi, że będę mieszkała w Warszawie i ze swojego mieszkania będę miała ledwie dziesięć minut drogi do Empiku, w którym odbędzie się spotkanie z Yoani Sanchez, promującą swoją książkę... Zdziwiłabym się.

Bo nie wiedziałam, że przeprowadzę się akurat tu.

Bo jeszcze nie zanosiło się na wydanie blogu Yoani w formie książkowej – ja dostałam go od niej na płycie CD.

Bo Yoani miała zakaz podróży.

Ale stało się. W poniedziałek, 27 maja 2013 roku w Empiku na Marszałkowskiej Yoani Sanchez opowiadała o swoim blogu i walce z systemem. Wiele rzeczy, które opowiadała pamiętałam z wywiadu, którego udzieliła mi niespodziewanie cztery lata temu w Hawanie, w swoim mieszkaniu na czternastym piętrze paskudnego wieżowca. Przygotowywałam się do tego wywiadu w poprzedzającą noc – jadąc na Kubę nawet nie śniłam, że mogłabym się spotkać z osobą tego formatu. Ale Claudia Cadelo, z którą miałam pierwszy kontakt, postanowiła, że muszę poznać Yoani i kropka. Umówiła nas (byłam z jedną z moich ulupionych podróżniczych partnerek – Kasią) na spotkanie, a Ciro Diaz, jej mąż, wytłumaczył nam jak tam trafić.

Byłam przeziębiona, przerażona i bardzo stremowana.

Pod blok dotarłyśmy za wcześnie. Krążyłyśmy po okolicy, starając się nie zwracać na siebie uwagi. I próbując nie zauważać urzędu kontroli obcokrajowców, który znajdował się naprzeciwko. Drzwi otworzył nam czternastoletni wówczas syn Yoani Sanchez, zupełnie niespeszony widokiem obcych twarzy i łamanym hiszpańskim, którym zapytałam go o mamę. A po chwili do pokoju weszła nieco jeszcze zaspana, najbardziej wpływowa blogerka świata.

Tamto spotkanie, dziwny wywiad, podczas którego ja mówiłam po angielsku, a ona po hiszpańsku, będę pamiętała do końca życia. To jedno z najważniejszych moich przeżyć. I będę o nim opowiadała przy niezliczonych okazjach – nie tylko dlatego, że jestem dumna z tego, że udało mi się ten wywiad przeprowadzić, że byłam w domu kobiety, która zmienia historię swojego kraju, ale również dlatego, że historie, które opisuje na swoim blogu są nadal niezwykle ważne.

Yoani Sanchez pisze o kubańskiej codzienności. Pisze w sosób brutalnie szczery. Nie wykrzykuje haseł, nie składa roszczeń – ot rozlicza swoją codzienność z anormalności. Pomijając już nawet wpływ, jaki ma na swoje otoczenie, jest niezwykle ważnym głosem, który pozwala zrozumieć ludziom z zewnątrz, na czym polega historyczna pomyłka, jaką jest komunizm.

Urodziłam się w Polsce, w roku 1984, dzięki czemu wciąż jeszcze pamiętam świat zza żelaznej kurtyny. Nie doświadczyłam go boleśnie, bo byłam dzieckiem. Kochanym, dopieszczanym i zadbanym. A to, co było dookola mnie zdawało się być naturalne. Moją wizją świata była Polska drugiej połowy lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Musiało minąć wiele lat od przełomu i ja musiałam zobaczyć wiele krajów, by zrozumieć, że moje dzieciństwo nie upływało w normalnym miejscu. Ale dzięki moim doświadczeniom myśląc o Kubie ani przez chwilę nie wachałam się, po której stronie muru się opowiedzieć – po stronie rządowej, czy opozycyjnej. Bo wiedziałam, w jaki sposób fałszuje się obraz tego kraju w oficjalnych przekazach i rozumiałam czym jest strach blokujący głosy tych, którzy znali rzeczywistość. To wszystko było dla mnie oczywiste.

Ale ludzi z tej strony żelaznej kurtyny jest na świecie ograniczona liczba. A pozostali często nie są w stanie nawet wyobrazić sobie, jak wygląda życie w dyktaturze. Porównują kraje socjalistyczne, do kapitalistycznych, ale po prostu bardzo biednych. Nie rozumieją, ze kraje komunistyczne są biedne ze względu na prowadzoną w nich politykę, a nie niedostatek zasobów. I że nie posiadają one warstwy uprzywilejowanej ze względu na bogactwo, do której można dostać się swoją pracą, sprytem i pragnieniem. Nie wiedzą, że w kraju komunistycznym ludzie uprzywilejowani to ci, którzy jak roboty potrafią powtarzać jedynie słuszne hasła i poglądy. Że ludzie wartościowi, chcący się kształcić i rozwijać nie mogą przyczynić się do dobrobytu swojego kraju na przykład dlatego, że myślą inaczej, albo mieli w rodzinie kogoś, kto był władzy niewygodny. Nie rozumieją strachu, który obezwładnia każdego człowieka, który ma odwagę myśleć swoje własne myśli...



Zaledwie tydzień temu moja Kochana Ciocia zaprosiła mnie na spotkanie ze swoją rodziną. Poznałam jej Ciocię, lat pewnie siedemdziesiąt, w której zakochałam się bez pamięci (jakżeż ja chciałabym mieć tyle energii i młodości w sobie, będąc w takim wieku) i córkę Cioci – niezwykle sympatyczną Panią, której mąż jest Amerykaninem i w Stanach mieszkają. I męża już zdecydowanie nie pokochałam. Nie przeszkadzała mi jego niechęć do własnego kraju – polityka zagraniczna USA jest co najmniej dyskusyjna, imperialistyczne praktyki również. Ale żeby robić z Fidela Castro bohatera światowego, który uchronił Kubę przed pazernością Stanów i wprowadził na światłą ścieżkę socjalizmu... To już jest gruba przesada.

Facet podważał każde moje moje słowo. Że uważam, że na Kubie jest źle, bo rozmawiałam tylko z krytykami systemu (jakby łatwo było z takimi porozmawiać...), że krytykuję Fidela, bo nie chcę przyjąć jego dobrych intencji i wizjonerstwa (już chciałam powiedzieć, że dobrymi chęciami to piekło jest co najwyżej wybrukowane), że wszystko widzę czarno, bo... Bo, bo bo...

Bobo. Inaczej berbeć.

Kiedy zaczął mi mówić, ze Fidel jest dobry, ponieważ na Kubie jest najniższy odsetek analfabetów w Ameryce Łacińskiej, parsknęłam śmiechem.

- Dobry Wujek Fidel nauczył ciemnotę czytać, żeby móc jej lektury wybierać i szerzyć polityczną indoktrynację.  – w odpowiedzi zostalam zmierzona spojrzeniem, które mówiło mi, że jestem kosmitką.

Następne było wychwalanie szpitali i edukacji medycznej. Pan widział dwa szpitale, które w latach dziewięćdziesiątych były lepiej wyposażone, niż przeciętny szpital w USA. Zapytałam, kto go oprowadzal po szpitalach i wyspie. Oczywiście rządowi przedstawiciele. Nie było mu jak wytłumaczyć, że widział maleńki wycinek rzeczywistości dla partyjnych funkcjonariuszy. Że przeciętny mieszkaniec musi się zadowolić samym łóżkiem w szpitalu bez lekarzy (bo większość z nich została wysłana na misje do Wenezueli, albo Boliwii), bez pościeli i bez leków. I że to nie jest jak w Bangladeszu, że jak masz pieniądze, to rodzina ci przywiezie pościel i wykupi leki, bo na Kubie apteki sprzedają zioła i jak nie masz znajomości partyjnych albo dostępu do czarnego rynku, to nawet za grube pieniądze nic nie załatwisz.

Ludziom z wolnego świata te absurdy socjalistycznej codzienności w ogóle nie przechodzą przez głowę. Dlatego blog Yoani Sanchez jest ważny nie tylko dla Kubańczyków – ale i dla tych wszystkich, którzy w przywódcach socjalistycznej rewolucji widzą wybawców od kapitaliscztynego zła. Żeby mogli zrozumieć, ze chociaż kapitalizm nie jest wesoły, a demokracja idealna – naprawdę nic lepszego się stworzyć nie da.
Czytajcie zatem blogi kubańskich dysydentów i książkę „Cuba Libre. Notatki z Hawany”. Czytajcie i polecajcie znajomym. Na zdrowie!

Na zakończenie chciałam jeszcze wspomnieć o Claudii Cadelo. Claudia przestała prowadzić swój blog dwa lata temu. Zapytałam o nią Yoani Sanchez i w odpowiedzi usłyszałam, że Claduii zabrakło wsparcia rodziny i bliskich i że jej odwaga została zduszona. Nie chcę nawet myśleć o tym, jak okropne rzeczy ktoś zrobił, by tę wspaniałą, młodą kobietę złamać. Pamiętam Claudię, jej energię, pełne żaru i wiary słowa, jej zapał i wojowniczość… Czytajcie więc też po to, aby nigdy więcej żadnej dziewczynie nie odebrano już błysku z oka.



If four years ago I were told that I would be living in Warsaw and it would be only ten minutes walk to Empik in which there would be a meeting with Yoani Sanchez promoting her book… I’d be rather surprised.

Becuse I didn’t know that I’d move here.

Cause no one was expecting that Yoani’s blog would be published as a book – I got it from her on CD.

Because Yoani was forbidden to travel.

Yet it happened. On Monday, May 27th 2013 in Empik on Marszałkowska Yoani Sanchez was talking about her blog and her struggle with the system. I remembered many of those things from an interview I made with her unexpectedly four years ago in Havana in her flat on the fourteen floor of the ugly block. I was preparing for it during the preceding night because while I was going to Cuba I did not even dream about having a possibility of talking with such a meaningful person. Luckily Claudia Cadelo who I contacted as first person on the island, decided that I have to meet Yoani and that was it. She contacted us (I was there with one of my favorite travel partners – Kasia) and Ciro Diaz, Claudia’s husband explained us how to find the place.

I had a cold, I was scared and frightened.

We reached the block of flats too early. We walked around the neighborhood trying not to be too visible. And trying not to see the office of foreigners’ control which was situated just on the opposite side of the street. The doors were open by a then fourteen years old boy - Yoani’s son. He didn’t seem puzzled with the view of two strange faces and my bad Spanish when I asked him about his mom. And a moment later a still sleepy, most influential blogger in the world entered the room.

That meeting and a strange interview in which I was asking questions in English and was given answers in Spanish – I will remember for the rest of my life. It is one of my most important experiences. And I will keep talking about it on various occasions – not only because I am proud of it or because I managed to talk to her and even because I visited the house of the woman who keeps changing the history of her country but mostly because the stories she describes at her blog are still extremely important.

Yoani Sanchez writes about Cuban everyday life. And she writes with a brutal honesty. She does not scream out any slogans or voice any claims – she simply settles her everyday life for its abnormality. Even if we forget her impact on her own surrounding – she is still an extremely important voice which lets the people from outside Cuba understand what kind of historical mistake communism is.

I was born in Poland in the years 1984 thanks to which I still remember the world from behind the iron curtain. I did not experience it painfully as I was just a child. A loved, taken care of child. And what was around me felt simply very natural. Many years had to pass since the break and I had to see many countries to understand that my childhood was not spent in a normal place. But thanks to my experiences when started thinking of Cuba I had never hesitated to which side of the wall I shall choose – the governmental or oppositional. Because I knew exactly how the official media manipulate the vision of this country and I understood the fear blocking the voices of those who knew the reality. It was quite obvious to me.

But the number of people from behind the iron curtain in the world is limited. And most of the time all the others cannot even imagine what the life in dictatorship looks like. They compare countries which are communistic and those simply very poor. They do not understand that usually the poverty in communist countries is not a result of a shortage of some resources but simply a result of politics. Those countries do not have a wealthy class to which one can get by hard work, cleverness and wanting. They do not know that in a communist country privileged people are those who can change themselves into robots repeating the only right slogans and views. That brilliant people who want to educate and develop themselves cannot help their country because of e.g. different thinking or having in a family a person who was brave enough to think his or her own thoughts…



Just a week ago my lovely aunt invited me to the meeting with her family. I met her aunt, probably seventy or so years old in whom I fell in love with from the first sight (I’d do anything to have such an energy and youth in myself in her age). I also met this woman’s daughter – very nice person married to an American and living in States. And with the husband I most definitely did not fall in love with. I couldn’t be bothered with his antipathy towards his own country as US foreign policy is at least discussible same as imperialistic practices. But to make out of Fidel Castro a world hero who saved Cuba from US greediness and led his country on the enlighten pave of socialism… That is way too much…

The guy contested my every word. That I was thinking that Cuba’s situation is bad because I only talked to the critics of the system (like if it was so easy to speak to them…), that I criticize Fidel because I do not want to accept his good intentions and visions (I was about to say that hell is paved with good intentions) that I see all in black, cause… Because, because, because…

When he started saying that Fidel is so good because Cuba has the lowest number of illiterate people in the whole Latin America I burst out with laughter.

- Good Uncle Fidel taught them to read to get the chance to choose their reading and spread political indoctrination. – as an answer I received a look telling me that I am an alien.

What followed was praising of hospitals and medical education. Guy saw two hospitals in the nineties which were better equipped that regular hospitals in US at that time. I asked him who showed him around those places. Naturally those were governmental representatives. It was impossible to explain him that he saw just a very small fragment of the reality accessible only for functionaries of the party. And that a normal citizen can only get a bed in a hospital without doctors (because most of them were send for missions in Venezuela or Bolivia), without sheets or medicines. And that unlike in Bangladesh where if you at least have money, the family can bring you sheets and buy medicines. Because in Cuba drug stores sell only herbs and even if own a fortune (which is more than rare) without the access to the black market or friends from the party you are not able to get anything.

People from the free world simply cannot process the absurd of socialistic reality. And that is why Yoani Sanchez’ blog is so important and not only for Cubans but also for those who in the leaders of communistic revolution see the rescuers from the capitalistic evil. To let them understand that although capitalism is not the best and democracy is not ideal – it is really not possible to create anything better.

So read the blogs of Cuban dissidents and the book „Cuba Libre. Notes from Havana”. Read it and pass it to your friends. Let it bless you!

In the end I wanted to mention Claudia Cadelo. Claudia stopped writing her blog two years ago. I asked Yoani Sanchez about her and I was answered that Claudia did not get enough family support and her bravery was stifled. I do not even want to imagine what someone must have done to break this amazing young woman. I remember Claudia very well – her energy, her words full of fire and faith, her eagerness and bravery… So read also to stop people from taking the light off another girl’s eyes. 




czwartek, 9 maja 2013

O przewadze Tallina nad Dublinem/About the win of Tallin over Dublin



Jest trzydziesty kwietnia. Siedzę w pracy i kombinuję, jak to zrobić, żeby skończyć o czasie, a najlepiej - wyjść wcześniej. Autobus mamy o 21:40, jestem niespakowana, nie mam obiadu ani jedzenia na drogę. Ze wszystkim się spieszę, nie mam nawet chwili, żeby się ucieszyć, że wyjeżdżam. Nawet gorzej – czuję, że wolałabym zostać w domu.

Wszyscy straszą mnie rosyjską mafią. Że trzeba uważać, że kradną, że jest niebezpiecznie, a w ogóle to wszyscy mówią tylko po rosyjsku. Rosyjski… mój nie jest najlepszy. Ostatnie spotkanie z Antonem – moim konwersa torem – odwołałam, wybierając randkę, a tymczasem partner nie dotarł i zostałam z butelką Lambrusco  i krótkim fragmentem „One Eye Red” Khemiriego, który znalazłam w internecie po rosyjsku. Strasznie się męczylam, co drugie zdanie sięgając do słownika.

Ale chwila… Khemiri po rosyjsku! No jasne, gdzie mafia, tam i rosyjskojęzyczne księgarnie! Czyli jednak mam po co jechać i nie muszę ze łzą w oku spoglądać na zamek w drzwiach.

Zuźka jest od początku tak pełna optymizmu. Pisze do Sergieja, który ma nam otworzyć hostel – bo ten okazuje się być pustym mieszkaniem z dwoma kuchniami, łazienkami i sporą ilością łóżek w pokoju, bez obsługi i na razie bez gości. Witam, będziemy za trzydzieści minut, Sergiej za chwilę oprowadza nas po mieszkaniu w wielkim, drewnianym budynku. Popatrzcie na mapę, o tu jesteśmy, a na rogu ulicy jest sklep z alkoholem. Parskamy śmiechem – a to dlatego, że my z Polski jesteśmy, czy zawsze tak zaczynasz.

- Bo jesteście młode – uśmiecha się Sergiej.



W monopolowym pani też mówi po rosyjsku. Wielka dama z poprzedniej epoki, o nieco przybladłej urodzie, która dwadzieścia lat i dziesięć kilo temu przed czasem zaczerwienionej od procentów, samotnej twarzy zapewne była urodziwą dziewoją. Blond włosy i czerwone usta i czarna sukienka i złota biżuteria.

- Dawno nie byłam w Polsce. A Warszawa taka ładna, duża. O Polacy przystojni, oj przystojni. Tylko Kraków mi się nie podobał, mały, taki ciasny, powietrza brakowało. Muszę znowu pojechać do Polski.

Nie chcemy iść spać, mimo zmęczenia to jeszcze nie pora, więc Zuźka z naturalnie wbudowanym GPSem w swoim kształtnym tyłeczku prowadzi nas przez starówkę. I pierwszy raz od dawna nawet nie rejestruję kierunku, idę jak ciele prowadzona przez brukowane uliczki, gapiąc się na pięknie, choć nie do końca odrestaurowane budynki. Jedyne, co próbuję zapamiętać, to mijane po drodze księgarnie – jest pierwszy maja, na połowie globu to samo święto, więc wszystko zamknięte i Khemiri musi na mnie poczekać do jutra.
Na starym mieście raj – kocich łbów, starych budynków, vlepek, graffiti, sztuki ulicznej. Trafiamy na czarno-białą postać kobiety naklejoną na mur, obie robimy zdjęcia, po powrocie Zuźka dowie się, że to ślad po Banksym, we własnej osobie, jego sztuka w Tallinie, można dotknąć ręką.

Idziemy dalej, coraz bardziej głodne – po drodze, po piwie, po pierwszych przeżyciach. I nagle trafiamy na afrykańską arkadię w centrum północno-wschodniej Europy, która chyba jest bardziej na północ, niż na wschód, bo choć wszyscy rzeczywiście mówią po rosyjsku, to jakoś trąci Skandynawią, jest taka bardziej porządna, czystsza, uporządkowana i jeszcze żąda zapłaty w Euro.

W środku jest ładnie, ceny są znośne, by nie powiedzieć – bardzo przyzwoite, talerze w zebrę, na ścianach maski, a jedzenie pyszne. I już same nie wiemy, czy dobre, bo jesteśmy głodne, czy dobre, bo jednak ciekawe, egzotyczne i te przyprawy - choć jak wszystko w Europie – koło ostrego, mimo ostrzeżeń na karcie, nawet nie leżało.

Powoli wracamy do hostelu. Nogi już nie koniecznie chcą nas dalej nosić. Wracamy do naszej damy, chociaż nieco naokoło, po drodze mijając coś między barem, a mała knajpą, ciężko by to było nazwać restauracją.

- Oni mają soliankę – mówi Zuza i wyjaśnia, że to tutejsza, narodowa, zupa rybna. Jutro nie będziemy szły do żadnej modnej knajpy, jutro zjemy jak ludzie w miejscu, które przypomina zakurzony bar mleczny, kiedyś pewnie aspirujący do miana miejsca dla elegantszej klienteli.

W monopolu znów wita nas dama. Ma w lodówce cydr. Dużo cydru. Sporo tańszego niż w Dublinie. Widoczna przewaga Tallina nad Dublinem.
A czy wspominałam już, że to czterdziesty odwiedzony kraj?
Więcej zdjęć w albumie.



It’s April 30th. I am still at work wondering what shall i do to finish on time Or better – sooner than that. Our bus leaves at 9:40 in the evening and I had no time to pack my stuff, I have no dinner ready and no food for the road. I am rushing everything and I have no time to get happy about the trip. Even worse – I start feeling like staying home.

Everybody is trying to scare me with Russian mafia. That one has to be very careful, that they still, it’s dangerous and generally everybody speaks Russian. Russian… mine’s not best. I cancelled my last meeting with Anton – the guy I have conversations in Russian with – cause I was supposed to have a date. But my partner couldn’t show up so I ended up with a bottle of Lambrusco and a short part of Russian translation of “One Eye Red” by Khemiri which I had found on the internet. I had it tough – looking up words in dictionary every second sentence.

But wait a sec… Khemiri in Russian! Sure – where is Russia mafia there must be Russia bookshops! So after all I have a goal of the trip and I do not have to look at the lock in my doors with sentiment.

Zuźka is full of optimism since the very beginning. She texts Siergiey who is about to open the hostel for us. The place turns out to be an empty apartment with two kitchens and bathrooms and bang beds. The only untypical thing is the luck of reception desk or any guests. Hi, we’re gonna be there in thirty minutes and in the moment Sergiey is showing us around the apartment in a big wooden building. Take a look at the map, that’s where we are and here, on the corner, is a shop with alcohol. We burst out with laughter – is it because we are from Poland or do you always start with that.

“ It’s because you are young” smiles Sergiey.



Lady in a liquor store speaks Russian as well. Like a real lady from the previous times, slightly faded beauty who twenty years and ten kilograms ago before the age of face reddened with alcohol and loneliness must have been a catch. Blond hair, red lips, black dress and golden jewelry.

„It’s been a while Since I were in Poland for the last time. And Warsaw is so nice, big and pretty. And Polish men are handsome, so handsome. I just didn’t like Krakow – too small, cramped and lucking air. I need to go to Poland again.”

We do not feel like sleeping yet, though we’re tired it’s not the time yet so Zuźka with the default GPS in her shapely ass is leading me through the streets of Old Town.  And for the first time in a long time I do not even register the direction we’re following, I am being walked through paved streets and I just stare at not fully but still beautifully renovated buildings. The only thing I am trying to remember is where the bookshops are located – after all it’s May 1st and the same celebrations in half of the countries on this globe so everything’s closed and Khemiri must wait for me until tomorrow.

The Old Town is a paradise – of cobblestones, old buildings, stickers, graffiti, street art. We find a back’n’white figure poster pasted on the wall, we both take pictures and after we’ll be back Zuzka wii find out that it was a trace of Banksy himself, here, in Tallin Estonia.

We keep on going, more and more hungry – after all the way, Beer and first impressions. And then we spot an African Arcadia in the center of North-East Europe which seems to be more northern rather than eastern as although most people really speak Russian, it’s somehow much alike Scandinavia – it’s so clean, tidy and organized and it wants us to pay in Euros.

The inside is nice, prices ain’t high and plates have the zebra pattern, there are masks on the walls and the food is amazing. And it’s hard to tell if it’s good cause we’re hungry or it’s good because it’s interesting, exotic and those spices – though like everything in Europe – it has nothing to do with hot (though the menu states otherwise).

We’re slowly getting back to the hostel. It’s harder and harder to walk our feet stop corresponding. We go back to our lady, a bit circling around and passing by something that is nether a bar nor a restaurant.
„They have solyanka” Zuza says and explains that it’s local, national, fish soup. Tomorrow we’re not gonna walk into any fancy restaurant but we will come here – to the place where locals eat and which looks like dusted old bar though probably at the very beginning it was thought for more elegant clientele.

In the alcohol store we’re greeted again by the lady. She’s got cider in the fridge. And it’s much cheaper than in Dublin. That’s a real win of Tallin over Dublin.
Have I mentioned yet that it is the fortieth visited country?
More pictures in the album.


środa, 8 maja 2013

PORNO PARA RICARDO W POLSCE!!!/PORNO PARA RICARDO IN POLAND!!!

Zdjęcie/Photo: Materiały Festiwalu w Jarocinie/Materials of Jarocin Festival

Pamiętacie jeszcze mój wywiad z Ciro Diazem, który przeprowadziłam w Hawanie parę lat temu? Ciro opowiadał o problemach, jakie zespół miał i ma nadal, o tym, że nie mogą nawet zagrać koncertu, że policja wciąż interweniuje i każda próba grania może się skończyć aresztowaniem? Wyglądało na to, że muzycy nigdy nie opuszczą wyspy i nigdy nie wyjdą z podziemia...
A jednak.
W lipcu ten najbardziej antyreżimowy zespół punkowy na Kubie przyjedzie zagrać w Polsce, na festiwalu w Jarocinie. Nie sądziłam, że ten moment nastąpi. Kiedy zobaczyłam tę informację na facebooku Cira, nie mogłam uwierzyć. Ale tak - to prawda. Mam gęsią skórkę. Cieszę się jak dzieciak. I cóż... Jadę w lipcu do Jarocina!!!!

You cannot remember my interview with Ciro Diaz because it was published only in Polish. I talked to the guitar player of Porno Para Ricardo a few years back in Havana. He was telling me of the problems the band had and is still having, of the inability to play a normal concert because of constant police interventions and denger of being arrested each time. It seemed that the musicians will never leave the Island or get out of the underground...
Yet it happened.
In July the most anti-regime punk rock band in Cuba is coming to Poland to play the concert at the Jarocin Festival. I didn't expect this moment to come. So when I saw the news on Ciro's facebook I had difficulty with believing. But it's true. I have real goose bumps. I am happy as a kid. And well... In July I am going to Jarocin!!!

piątek, 19 kwietnia 2013

Chittagong i wieszaki z Tesco/Chittagong and hangers from Tesco




Dupa ci odmarza i ciągle kichasz. Nie powinnaś narzekać, bo i tak jedziecie specjalnie wynajętym busem i jest ci wygodnie, ale ciągle wszystkim za gorąco i krzyczą z tyłu, Robin, Sharna, podkręćcie klimę! I wiesz, że jesteś w mniejszości i nie chcesz się skarżyć, bo Mama uczyła, że masz być grzeczna, ale wiesz już, że w Chittagong na pewno kupisz sobie koc.

Bo Bengalczycy nie znają umiaru. Jak już jest klima, to musi być na full, inaczej znaczy – żadna klima, tylko jakiś tani nawiew i co to, w ogóle za badziew.

Stajecie na stacji benzynowej i idziesz na słońce, żeby zapalić papierosa i stajesz koło grupki facetów i wiesz, że cię obgadują przy swoich fajkach i jest ci od razu lepiej. Ktoś idzie do kibla i ucieka z niego z krzykiem, bo pewnie nie widział jeszcze kibli na Ukrainie i myśli, że taki syf to tylko tutaj. Kamran kupuje przekąskę w gazecie i się śmiejesz – o, jak w Rosji, tylko jeszcze lepiej smakuje, bo w Rosji nie dodają chilli, a ty kochasz chilli i jak chcesz zaszpanować w Bengalskim towarzystwie, to jesz je na surowo „i rany, ty jesteś z Europy, tak to nawet my nie jemy”, a ty pękasz z dumy i po kryjomu popijasz Sprite’a.

Nagle ze stacji wypada na ciebie facet, który właśnie odszedł od dystrybutora i krzyczy „no smoking, no smoking here” i Robin się śmieje, że możesz go olać, bo i tak chciał się tylko pochwalić, że umie coś powiedzieć po angielsku.

Wsiadacie z powrotem i mówią, że Chittagong już blisko, ale mina ci rzednie, jak widzisz korek przed wami, bo właśnie weekend się kończy i wszyscy wracają do domu, a drogi są tak wąskie jak w Polsce powiatowej i już wiesz, że prędko nie dojedziecie i jeszcze możesz zęby stracić, jak będziesz nimi szczękać z zimna.



Aż w końcu jesteście w domu brata Robina i szybko, szybko, bo szwagierka zrobiła lunch, a przed odjazdem autokaru chcę wam jeszcze fabrykę pokazać. Siadacie do stołu i szczęki opadają wam coraz niżej, kiedy widzicie ile potraw wjeżdża na stół. I szwagierka tłumaczy

- Przepraszam, za skromny poczęstunek, nie miałam czasu się przygotować.

Czujesz się, jakby była Wigilia i tylko choinki w kącie brakuje, bo potraw jest więcej niż dwanaście, bo i ryby i mięsa i owoce morza i sałatki i curry i resala i cholera wie, co jeszcze. I wiesz, że jak choćby spróbujesz wszystkiego, to już nie wstaniesz od stołu, bo nie będziesz w stanie poderwać swojego przeciążonego tyłka, a „na deser przygotowałam ciasta i jogurt”.  I nawet nie masz czasu podziękować za choćby połowę tego wszystkiego, bo nie gadajcie teraz, trzeba jechać dalej, a ty próbujesz sobie przypomnieć, kiedy ci nadano tytuł królewski, że takie czekają na ciebie przyjęcia.

Bengalczycy to najbardziej gościnny naród świata. I nigdy im nie dorównamy.

Wychodzicie kłaniając się w pas w podziękowaniach, chociaż naprawdę trudno wam się zginać i wsiadacie do samochodu. Jedziecie do fabryki tekstyliów, która ma jakiś związek z  bratem Robina, ale nie do końca wiesz jaki i już nie pytasz, bo Robin zmienia temat i strasznie mu przykro, że bratanek jest w szkole i że nie może go zobaczyć, bo strasznie kocha tego dzieciaka. I widać, że chciałby już mieć własne dziecko i to jest jeszcze bardziej egzotyczne od wszelkich widoków za oknem, bo nie wiesz, jak to jest, chcieć mieć dziecko, a palmy i przeludnione ulice już przecież nie raz widziałaś i to na różnych kontynentach.

Chittagong jest jeszcze mniejszy niż Dhaka i ma węższe uliczki, ale ludzi też żyje tu mnóstwo. Wyglądasz za okno i wyciągasz szyję, żeby zobaczyć skrawek wody i łodzie rybackie i widzisz czasem gdzieś w oddali statki handlowe, ale nie tak wielkie, jak te, które znasz i czujesz nostalgię, bo jednak jesteś wodnym stworzeniem i nie przypadkiem przyjaciele twoich rodziców zastanawiali się, jak to możliwe, że się urodziłaś bez błon między palcami. A potem wjeżdżacie w interior i wody już nie widać, za to wszędzie na ulicach ktoś tłucze cegły i właściwie nie wiesz po co i dlaczego, ale nie ma kogo zapytać, bo poruszacie się w żółwim tempie i Robin ciągle wysiada, żeby z kimś porozmawiać, Kamran jest zajęty Alicią i Michelle, a Sharna w kółko rozmawia przez telefon, bo co z tego, że ma wolne, w tym kraju wolne nie istnieje, jak nie pracujesz, to pracujesz, tylko na odległość.



I w końcu dojeżdżacie i zapraszają was do środka i wszyscy się uśmiechają i się czujecie jak jakaś ważna delegacja, bo wszyscy są tacy mili i mówią, że im przykro, ale akurat jest przerwa na lunch i rzeczywiście w środku ludzi jest mało i przy maszynach prawie nikogo nie ma i nawet nie chcesz sobie wyobrażać, jaki tu musi być huk, kiedy to wszystko pracuje, wre i aż krzyczy.

Światła jest mało, bo okna pozasłaniane i tylko jarzeniówki nieśmiało świecą pod sufitem i sobie myślisz, że chyba jak tu jest więcej ludzi, to zapalają ich więcej, bo w takim oświetleniu przy tych wszystkich maszynach, igłach i niciach to wzrok można stracić po tygodniu. Kierownicy was oprowadzają i opowiadają bardzo dużo, tak dużo, że nic nie jesteś w stanie zapamiętać, bo twój mózg już nie przetwarza natłoku informacji. I tylko strasznie cię śmieszy, że widzisz te same bluzki, które widziałaś w Tesco, a jeszcze lepsze są kartony pełne charakterystycznych wieszaków z rozmiarami. I przeżywasz jakieś dziwaczne deja vu, aż w końcu prawie gwiżdżesz z podziwu (gwizdać nigdy się nie nauczyłaś i tłumaczysz, że to dlatego, że na jachtach gwizdać mogą tylko ci, którzy opłynęli Horn, a oni też mogą sikać pod wiatr i ty się nie zniżysz do takiego poziomu), kiedy widzisz etykietki z cenami w funtach i myślisz o tym, że w Dhaka City College Market zapłaciłabyś za to samo jedną dwudziestą ceny.

Prowadzą was do małego pomieszczenia, gdzie jest kontrola jakości i wykładają na stół różne swetry, bluzki i cholera wie, co jeszcze  i mówią wybierzcie sobie coś, na pamiątkę, our treat. I wszyscy oponują i nikt nie chce nic brać i oni tylko donoszą kolejne ubrania, aż Robin syczy, no weźcie coś, bo nigdy stąd nie wyjdziemy.

I nie trzeba drugi raz powtarzać, bierzesz największy, rozpinany, brązowy sweter i się cieszysz, bo wiesz, że nie zdążyłabyś już kupić koca, a tak, może uda ci się nie zamarznąć w autokarze i może dzięki temu nie wrócisz do Dhaki z zapaleniem płuc. A w ogóle, to będzie niezły szpan, założyć taki sweter z Tesco, ale prosto z fabryki, jeszcze bez metki Made in Bangladesh i wszystkim opowiadać, że widziałaś, jak to się robi.
A potem wypadacie z tej fabryki, bo autokar jest za czterdzieści minut i jeżeli będzie miał tylko godzinę standardowego opóźnienia, to macie mało czasu. Zabieracie rzeczy od szwagierki Robina i pędzicie na dworzec i kierowca zakręca busem w niedozwolonym miejscu i zatrzymuje was policja, ale widzi pięć białych twarzy w środku i mówi, możecie jechać, a Robin dodaje “that’s thanks to you guys”. Bo Bengalczycy przyjezdnych traktują lepiej niż siebie nawzajem.

Aż dojeżdżacie na dworzec i wielkie zaskoczenie, bo autokar odjechał prawie o czasie i nikt nie rozumie, jak to się mogło stać. Ale staje w jeszcze jednym miejscu w Chittagong, więc musicie gonić, a goń tu kogokolwiek, jak wszystko stoi, nic się nie porusza, a trąbią wszyscy, więc to nie tak, że ktoś was usłyszy. I przestaje być śmiesznie, bo chcesz już do Dhaki, bo chcesz już do S., do jego ciała i głosu, do tego cudnego, chudego tyłeczka i jego długich włosów, które są piękne, chociaż on wcale o nie nie dba, bo już tęsknisz i jeszcze nie wiesz, że za kilka miesięcy nie będziesz chciała go więcej znać. Bo jeszcze wciąż miłość i ćwierkanie i motyle w brzuchu i mogłabym dla ciebie umrzeć.


Ale udaje się. Zdążyliście przed autokarem na kolejny przystanek. I masz jeszcze czas, żeby zapalić papierosa...



Your ass freezes off and you sneeze all the time. You shall not complain – after all you ride with a specially rented car and you are comfortable but everyone is always too hot and they scream from the back, Robin, Sharna, turn up the AC! And you know you’re in the minority so you try not to whine cause mom taught you to be a nice girl but you already know that in Chittagong you will have to buy a blanket.

Cause Bengalis know no moderation. If there is an AC it has to work to the extreme otherwise it is not AC but some cheap ventilation and what the hell is that shit.

You stop on some gas station and you go towards the sun to have a ciggie and you stand next to the group of some men and you know they’re talking about you smoking their cigarettes and you feel better immediately. Someone goes to the toilet and runs back screaming cause he has probably never seen toilets in Ukraine and he thinks that such mess is possible only in here. Kamran and Sharna buy some snacks packed in a gazette and you laugh – like in Russia but it tastes better cause in Russia they don’t use chilli and you love chilli and when you want to swagger among your Bengali friends you eat it raw and “seriously are you from Europe cause even we don’t eat it like you” and you’re so proud and you drink some Sprite in hiding.

Suddenly a guy runs toward you from the gas station and he just stepped away from the distributor and he yells “no smoking, no smoking here” and Robin laughs and tells you not to worry cause the guy just wanted to show off and prove that he can say something in English.

You get back to the car and they say Chittagong is close but you turn nervous when you see the traffic jam in front cause the weekend is about to end and everybody is coming back home and roads are as narrow as in county Poland and you already know that it’s gonna take time and you still can lose your teeth if you continue to chatter them out of cold.



And finally you are at Robin’s brother home and quickly, quickly cause my sister-in-law prepared lunch and before the bus to Dhaka leaves I want to show you a factory. You sit at the table and your jaws are getting lower and lower when you see how much food is being served. And Robin’s sister-in-law is explaining

- I am so sorry for such a plain meal but I had no time to prepare myself.

And you feel like on Christmas Eve and just Christmas tree is missing because there is more than twelve dishes and there are fish and all kinds of meat and sea food and salads and curry and resala and what-a-not. And you know that if you just try all of this you will not be able to move away from the table because of your overloaded ass and “for dessert I prepared yoghurt and cakes”. And you don’t even have time to say thank you for at least half of it cause “don’t talk right now, we need to go" and you just try to remind yourself when was it that you got a queen title so that now such a reception is awaiting you.

Bangladeshis are the most hospitable nation in the world. And we will never match them.

You leave the house bowing as low as you can though it’s really hard to do and you pack yourselves into the car. You are going to the textile factory  which has some connection with Robin’s brother but you don’t really know what kind of relation that is but you don’t ask cause Robin has just changed a subject and talks about how sorry he is that he can’t see his nephew cause the nephew’s at school and he loves the kid so so much. And it’s obvious that he would like to become a father himself and it is even more exotic than the views outside the window cause you really don’t know how it feels to want to have a baby but you have already seen many palm trees and overcrowded streets on quite a few continents so far.

Chittagong is even smaller than Dhaka and streets are more narrow but there is still loads of people. You look outside the window and you try to see at least some water and fishermen’s boats and sometimes you catch a glimpse of merchant ships, maybe smaller than those you are used to but you feel nostalgic – after all you are a water creature and your parents’ friends had some reason to ask how is it possible that you were not born with interdigital webbing. And then you go deeper into the land and you cannot see the water anymore but everywhere on the streets someone is smashing bricks and you don’t know why or what for and there is no one to ask cause Robin gets off the car all the time to talk to someone, Kamran is busy with Alicia and Michelle and Sharna talks on the phone constantly – who cares that she is on vacations, in this country there is no vacations and even when you are not working – you are working but from the distance.



And finally you reach the place and they invite you in and everybody’s smiling and you feel like some VIPs –they are so nice and tell you that they are so sorry because it is the lunch break and there is just a few people inside and there is no one working and you do not even want to imagine how loud it must get when all those mashines are on and boiling and screaming.

There is very little light cause windows are curtained and only glow-tube lamps give some shy light from under the ceiling and you think that hopefully when there is more people they turn on more lights cause in this light next to those machines, needles and threads people must go blind after a week. Directors show us around and they talk a lot and you are not even able to remember all those information – your brain simply does not process them anymore. And it just seems so funny that you see here same blouses you saw in Tesco and the only thing that is better are boxes full of characteristic hangers with sizes written on them. And you feel like if it was some weird déjà vu and finally you almost whistle out of admiration (though you can’t really whistle – you have never learned and you always say that it’s because on yachts only people who sailed around Horn can whistle but they can also pee against the wind and you are not going to lower yourself like that) when you see labels with prices in British Pounds and you realize that in Dhaka City College Market you would be able to pay one twentieth of that for the same thing.

But here they walk us to the small room of the quality check and they start putting on table all kinds of blouses and sweaters and god only knows what else and they say, choose something, take it as a souvenir, our treat. And everybody opposes and doesn’t want to take anything and they keep to bring new clothes and Robin just whispers, c’mon take something or they will never let us out.

And there is no need to repeat again and you take the biggest, brow cardigan and you are happy cause you know that there would be no time to buy a blanket and now maybe you will not freeze to death on the bus and you might actually get back to Dhaka without pneumonia. And what a way it will be to show off by wearing a cardigan from Tesco but the one straight from the factory which doesn’t yet have the Made in Bangladesh  label and you will be able to tell everyone that you know how it’s done.
And then you run out from the factory because there is only forty minutes until the bus leaves and if it is about to be only one standard hour late than you really have very little time. You take your stuff from the sister-in-law and you hurry towards the station and the driver takes turn in the wrong place and you end up stopped by the police. But the police sees five white faces in the car and they let you go and Robin says “that’s thanks to you guys”, because Bengalis treat foreigners better than themselves.

You reach the station and you are so very surprised because the bus left almost on time and no one understands how it could happen. But it has another stop in Chittagong so you need to run and catch it but how is it possible to chase anyone or anything when everything is standing, nothing moves and everybody is horning so it’s not like you can make yourselves hearable. And it’s not funny anymore cause you want to get back to Dhaka, to S., to his body and voice and his awesome, skinny ass and his hair long and beautiful although he never takes care of them. You want back cause you miss him and you do not realize that in a few months you will not even want to know him anymore. Cause now it’s still love and twitting and butterflies in your stomach and I would die for you.

You make it. You Reach the stop before the bus. And you even have the time to smoke your cigarette…




środa, 17 kwietnia 2013

Cox's Bazaar (do I write in Khemirish?!)



Wychodzisz na plażę, jak każdy turysta. Klapki nabierają piasku, stopy się zpadają. Chce ci się biec, bo Zatoka Bengalska jest tak blisko, ale za dużo kosztuje to wysiłku. To przyspieszasz, to zwalniasz, walcząc z oporem miękkiego podłoża. I nie wiesz, czy zdjąć te klapki i brnąć na bosaka, czy może jednak unikać poparzeń od rozgrzanego piasku.

Jest pora sucha. Deszczu nie było od dawna.

Dopadasz w końcu brzegu i nurzasz palce w chłodnej wodzie. Fal prawie nie ma. Rzucasz w pośpiechu rzeczy na jeden z plastikowych foteli i biegniesz przed siebie. Woda tak przyjemnie chlodzi. Dziwnie się czujesz, bo musisz biec w ubraniu, tu nikt nigdy się nie rozbiera. Tu nawet na basenie nikt nie używa kostiumów kąpielowych. Wszyscy wchodzą do wody w ubraniach - kobiety w sharee i shalwar kameez, mężczyźni w T-shirtach i dżinsach i tylko naprawdę maleńkie dzieci, jeszcze bezradne bez pomocy dłoni rodziców, mogą poczuć nagość i słońce na mikroskopijnych plecach.

A na plaży nikt się nie kąpie. Wbiegasz coraz dalej, a masz wrażenie, jakbyś stał wciąż przy brzegu. Dobrze wiesz, że to szelf kontynentalny, więc głębokośc zmienia się nieznacznie. Mógłbyś tak iść w nieskończoność i wciąż czuć grunt pod stopami. Ale nagle ktoś woła cię z tyłu, przekrzykując szum morza, odwracasz się i chcesz wrócić, bo nie rozróżniasz słów i tylko n-tym zmysłem wyczuwasz, że kierowane są do ciebie.

I zaczynasz rozumieć.
Prąd znosi cię w lewo i odciąga od brzegu.
Już wiesz dlaczego nikt się nie kąpie.

Czujesz, jakby wzywał cię ocean, jakby nagle postanowił, że należysz do niego i że brzeg już ci niepotrzebny. Może się stęsknił? - myślisz, wspominając trzy miesiące, które spędziłaś na jego wodach i parskasz śmiechem na myśl o tym absurdzie.

Jednak śmiech na chwilę zamiera, bo wiesz, że powrót do brzegu to będzie walka. Powoli przesuwasz nogi i nie idziesz prosto, tylko trochę na prawo, żeby zrównoważyć mimowolny dryf. Po dłuższej chwili docierasz na bezpieczne wody, gdzie prąd już nie ma prawa cię porwać bez twojej woli. A przynajmniej nie za daleko.

Skaczesz jeszcze chwilę w nikłych falach przyboju. Cieszysz się każdą chwilą, aż woda niecnie zaczyna ściągać ci spódnicę i chcesz już wyjść, bo masz wrażenie, że ściągasz zbyt wiele spojrzeń. Wyskakujesz na brzeg, wracasz do przyjaciół. Wszyscy ociekając zderzają się ze sobą. Chcesz się przebrać ale nagle dookoła robi się za ciasno. Już nie masz przestrzeni. Wokół zebrał się tłumek gapiów. Jakiś facet wyciąga komórkę, staje naprzeciw ciebie, dosłownie dwa kroki, możesz go dotknąć, jeśli tylko wyciągniesz rękę, a on robi zdjęcie. Ktoś inny błyska fleszem zza pleców kolegi.

I ludzie stoją dookoła was, bez słowa, wymieniają tylko ciche komentarze między sobą i śledzą każdy wasz ruch. Nie są nieprzyjaźni, ale rzadko się uśmiechają. Zakrywasz się bardziej, bo mokre ubrania przylegają mocno do ciala, a przecież jesteś w muzułmańskim kraju. Wyciągasz aparat. I ci, którzy przed chwilą robili ci zdjęcia nagle stają przed tobą w roli modeli. Odpłacają za to, że nie uciekłaś - ani ty, ani twoi przyjaciele. I na twarzach wykwitają uśmiechy.

Bengalczycy uwielbiają się gapić. Ale i uwielbiają pozować.

Siedzicie tam jeszcze chwilę, aż w końcu ktoś czuje się za bardzo skrępowany i “idźmy już stąd”. Więc idziecie. Wieczór spędzacie na dachu hotelu. Po drodze próbujecie kupić flaszkę, ale 90 euro za 0,7 litra Johny’ego Walkera to za dużo, może nie na kanadyjską, ale na pewno na polską kieszeń.

Kolejnego dnia nawet nie wiecie, co was czeka. Nagle Robin mówi - jedziemy na prawdziwą plażę. Więc idziesz za Adą, albo ona za tobą, bo kolejność traci znaczenie.Wsiadacie do półciężarówki, na pakę przystosowaną do przewozu osób, z niebieskim rusztowaniem nad wami. Kierowca rusza, depcząc na gaz, jakby wiał przed policją. I trąbi, trąbi bez przerwy, jak wszyscy w tym kraju i musicie krzyczeć do siebie, co sił w płucach, żeby powiedzieć, ładny widok, tam - po prawej. i jedziecie, czując się jak jakaś bananowa młodziez, w tym kraju, gdzie mało kto może doświadczyć takiej radości. I macie wiatr we włosach i słońce świeci wam w oczy, a wy nie chcecie się niczym przejmować. Nawet tym, że paskudne hotele zamieniają się w jakieś klecone chatki po drodze. Cox’s Bazaar i tak nie jest biedne.



Jedziecie i co chwila chcecie się zatrzymać, żeby zrobić zdjęcia, o tu jest, kurwa, naprawdę pięknie, ale kierowca udaje, że nie rozumie, albo że nie doslyszał, bo chce tylko jak najszybciej dojechac na miejsce. I w końcu jesteście, tam gdzie diabeł mówi dobranoc, ale za to jak pięknie to mówi, to już tylko wy wiecie, bo widok jest taki, że każdy by wam pozazdrościł.

Bo i łódki rybackie o kształcie, jak łodzie Wikingów i wypozyczalnia czarnych parasoli, żeby się za bardzo nie opalić i targ z kokosami i biegające wokół dzieciaki - wszystko, ale to wszystko jest piękne.

Idziecie w kierunki morza i dzieci biegną za wami. I nie rozumiecie, czego chcą, więc robicie zdjęcia i uśmiechacie się najszerzej jak potraficie, aż w końcu zaczynacie rozumieć, bo gest jest międzynarodowy i ponad podziałami - wyciągnięta ręka. I powtarzacie z uporem maniaka “nei, nei, nei”, za waszymi Bengalskimi przyjaciółmi, więdząc, że to znaczy nie i jest wam przykro i bardzi głupio, ale przecież wiecie i ty wiesz doskonale, bo nie razu już byłaś w tej sytuacji, że paroma taka świata nie naprawisz i że te pieniądze i tak dzieciakom nie zostaną i żałujesz tylko, że nie masz chociaż cukierków, bo wszyscy dookoła mówią “tylko nie dawajcie im pieniędzy”.

Ale wasi bengalscy przyjaciele coś tam wyciągają, jakieś drobne, na złotówki to parę groszy może wyjdzie i pytasz, czy ja mogę, ale nie i przestań robić zdjęcia, bo się nigdy nie odczepią.

I już nie chcesz o tym myśleć, więc wskakujesz do oceanu, tym razem w samym kostiumie, bo ludzi dookoła mało, prawie w ogóle ich nie ma i same dzieci, a one przecież jeszcze wstydu nie znają.

Ale pamiętasz o przybrzeżnych prądach i już masz więcej rozsądku i dokazujesz, ale z umiarem, bo fale są większe i potrafią cię przewrócić i pamiętasz jeszcze, jak parę late wcześniej prawie cię porwały za archipelag, kiedy nurkowałaś kolo rekina “bo on nie ludojad”. I się niby nie boisz, ale masz wyrzuty sumienia, a te są prawie jak strach, więc stąpasz ostrożnie i już nie dokazujesz jak dzień wcześniej. I potem wybiegasz znowu na brzeg. I cieszysz się, jak ci się krab wkopie spod nogi, bo już się go ni boisz i nie narobisz wrzasku, jak kiedyś, gdy zdazylo się to pierwszy raz. Bo wiesz, że tylko pierwsze razy bywają straszne, a reszta to już tylko kwestia przywyczajenia...

Dlaczego pytam, czy piszę w “Khemirish”? Bo skończyłam przedwczoraj powieść Jonasa Hassena Khemiriego pt. “Montecore”. I od tego momoentu, gdy tylko pisze po angielsku (czytałam angielski przeklad), a nawet po polsku, mama wrażenie, że kradnę. Khemiri jest bardzo przystojnym mężczyzną. A pisze jeszcze lepiej niż wygląda. i zastanawiam się, jaki bóg tak to wymyślił, że niektórzy mają piękne i to, co w środku i to,co na zewnątrz. Jeśli ten facet nie skończy z Noblem, to możecie mnie pochować i to w obecności księdza - niech mnie pośle do piekła, jak się należy ateistce.

I niech mnie Jonas Hassen Khemiri pozwie do sądu - mam jego powieść w pdfie i prześlę każdemu, kto poda mi e-mail, bo w Polsce się jego książki, jedynej tłumaczonej na angielski, kupić nie da, więc będę rozprzestrzeniać wirusa “khemirzimu”. Na swoje usprawieldiwienie mam tylko tyle, że robię, co mogę, żeby zainteresować nim odpowiednie osoby i doprowadzić do stworzenia polskiego przekładu...

Więcej zdjęć tutaj


You go on the beach like any other tourist. Flip-flops start gathering sand and your feet sink. You wanna run cause Bengali Bay is so, so close but it costs you too much effort. Once you speed up, once slow down fighting the resistance of a soft ground. And you don’t know any more if you shall take off you flip-flops and carry on barefoot or maybe you’d rather avoid burns from the hot sand.

It’s the dry season and there has been no rain for quite some time now.

You finally reach the shore and put your fingers into the cool water. There are almost no waves. You quickly throw your things on one of the plastic chairs and you run straight ahead. Water cools you down so nicely. It feels weird cause you need to run in your clothes – no one takes off their clothes in here. Here even in the swimming pool most people bath fully dressed – women in sharees or shalwar kameez and men in their jeans and T-shirts. Only truly small children, helpless without their parents caring hands can feel being naked and warmth of the sun on their microscopic backs.
 
And on the beach no one is bathing at all. You run deeper and deeper into the sea but it feels like if you were still standing just next to the shore. You know well that it’s because of the continental shelf – the depth is changing very slowly. You could walk like this forever and still feel the ground under your feet. But suddenly someone is calling you from behind, trying to make himself hearable despite the waves and you turn around and try to come back because you cannot differ the words and you just sense with your nth sense that words are directed towards you.
 
And you begin to understand.
Current is pushing you left and pulls you away from the shore.
Now you know why nobody’s bathing.

You feel like if the ocean was calling you, like i fit has just decided to keep you in and that shore is no longer among your needs. Maybe he missed me? – you think reminding yourself three months you once spent on its’ waters and you start laughing on this absurd thought.
But then your laughter dies for a moment because you know that getting back to the shore will be a battle. You move your legs slowly and you do not even try to walk straight but turn yourself a bit to the right so as to counterbalance involuntary drift. After a longer while you reach the safer water where the current no longer has the power to pull you back against your will. Or at least it can’t pull you far.

You keep on jumping in the small waves of the breaker for a little while longer. You enjoy every second until the water starts to pull off you skirt and you feel like going out because it seems you attract a bit too many glances. You jump on the shore and get back to your friends. Everybody is soaked and crashes together. You want to change but suddenly it’s too crowded around and you luck the space. There is a crowd of people staring at you. Some guy takes his mobile and stands just in front of you, so close that you could easily touch him if you only straight your arm and takes a picture. Someone else flashes a camera from behind his friends’ back.

And people are standing around you, speech less they just exchange quiet comments between themselves. They are not unfriendly but they rarely smile. You cover yourself better because your wet clothes are suddenly way to tight and after all you are in a Muslim country. You take out your camera and start shooting pictures and those who were photographing you just a while ago now become your models. They pay you back for not running away – neither you nor your friends. And they start to smile.

Bengalis love to stare. And they love to pose as well.

You sit there for another quarter Or so until someone starts feeling too uneasy and “let’s go from here”. So you go. You spend the evening on the rooftop of the hotel. On the way you try to buy a bottle of Johny Walker but 90 Euros per 0,7 litter is too much maybe not for Canadians but surely for Polish chicks.

You do not even realize what awaits you the next day. Suddenly Robin says – we go to the real beach. So you go after Ada or she goes after you – it does not really matter anymore. You take an open truck adjusted for carrying people. The driver takes off, stepping heavily on the gas pedal like if he was running away from the police.. And he horns, he horns without a stop like everyone in this country and you have to scream to each other as loud as you can to say, hey look, it’s a nice view there on the right. And you ride feeling like the kings of the life in this country where not many can feel so happy. And you have the wind in your hair and the sun shines in your eyes and you simply don’t want to worry about anything right now. Not even about the fact that ugly hotels are removed by some fixed huts on the way. After all Cox’s Bazar is not that poor.


You ride and every few seconds you want to stop to take pictures – here, here it’s so fucking beautiful but the driver pretends not to understand or not to hear cause he only wants to reach the place as soon as he can. And then you come – to the place where devil says goodnight but how beautifully he says that – only you know because the view is so that everyone would be jealous.

And there are fishermen’s boats shaped like those Viking boats and there is a rental of black umbrellas so that you do not get suntanned too much and a market with fresh coconuts and children running around and everything just everything is amazing.

And you walk towards the sea and children run after you. And you do not know what they are asking for or about so you just take pictures and smile as wide as you can until you start to get it cause the gesture is international and goes above the borders – the straighten hand. And you keep repeating like crazy monkeys “nei, nei, nei” after your Bengali friends knowing it means “no” and you feel sorry and so silly although you know very well because it doesn’t happen for the first time to you that few taka will never reaper the world and that those money will not stay with the children. And you just wish you had some sweets on you because everyone around keeps repeating “just don’t give them any money”.

But your Bengali friends pull something out, some change and you ask if you can do it too but no, and stop taking pictures otherwise they will never leave us alone.

And you don’t want to think about it anymore so you just jump into the ocean this time only in your swimming suit because there is no one around except for children and yet children don’t know the shame.

But you remember the coastal tides this time and you are more reasonable and you play but a little bit less cause the waves are bigger and they manage to put you down and you still remember how a few years ago they almost pulled you out of the archipelago when you where snorkeling with a shark “cause this one never eats people”. And you are not scared but you feel remorse and it is like fear so you step carefully and you don’t act crazy like the day before. And you run back on the shore. And you are so happy when a crab digs up from under your foot because you are no afraid of him anymore and you will not scream like once upon the time when it happened for the first time and you made people around you laugh. Now you know that only those first times are scary and all the rest is just a matter of habit…

Why do I ask if I am writing in „Khemirish”? Because the day before yesterday I finished a novel “Montecore” by Jonas Hassen Khemiri. And since then whenever I write in English (I was reading English translation) or even in Polish I feel like if I was stealing. Khemiri is a very handsome man. And he writes even better than he looks. And it makes me wonder what got made it so that some people have it all beautiful – on the outside and on the inside. If this guy doesn’t end up with a Nobel Prize you can bury me down in the presence of a priest so that he can send me to hell as every damned atheist deserve...

And let Jonas Hassen Khemiri sue me – I have his novel in a PDF and I will send it to everyone who gives me his e-mail. Because it is impossible to buy his book – the  only translated into English - in Poland (or in Bangladesh for a matter of fact) so I need to spread the virus of “khemirism” on my own. In my defence I can only say that I do my best to interest the right people with this book and make them publish Polish translation…

More pictures here


poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Bandarban



Na skraju dżungli, w mieście Bandarban stoi kompleks bambusowych chatek. Są pięknie wykończone, świeżo wyremontowane. Główny budynek, murowany, został właśnie rozbudowany. W środku znajduje się jadalnia, na zewnątrz jest taras z pięknym widokiem na dolinę i daleką Złotą Świątynię – jedną z niewielu buddyjskich stup, rozsianych po okolicy. Szczęśliwie starcia mniejszości etnicznych nie dotarły aż do Bandarban i świątynia nie uległa spaleniu.
Kompleks to Hillside Resort należący do The Guide Tours Ltd. Jeśli będziecie wybierać się kiedyś do Bandarban, to musicie zatrzymać się właśnie tam. Na miejscu spotkacie jednego z trzech właścicieli firmy, który osiadł tu z żoną na stałe. Wszyscy mówią do niego mama – wujku. Jak będzie miał dobry nastrój, a wy go odpowiednio zagadacie, to opowie wam o okolicy, doradzi, gdzie warto pójść, a może nawet poczęstuje miejscowym bimbrem z ryżu (straszne paskudztwo, ale kopie jak trzeba, a nawet lepiej).


Na wycieczkę po Bandarban wystarczy wam właściwie jeden dzień – żeby zobaczyć Złotą Świątynię i różne okoliczne miejsca kultu. Warto, bo w Bangladeszu buddyjskie stupy należą do rzadkości i są zazwyczaj skromne. Takich perełek jak Złota Świątynia w innych miejscach prawie nie ma. Pogranicze z Birmą to właściwie jedyne miejsce, gdzie żyje buddyjska mniejszość i nawet jeśli mieszkają też w innych częściach kraju, to raczej się ze swoją filozofią nie obnoszą.
Poza miastem możecie też pójść na spacer po dżungli (a właściwie drogą, która przez nią prowadzi, po samej dżungli bez doświadczenia lepiej nie łazić, chyba że ma się przewodnika – szczególnie jeśli ktoś brzydzi się pijawek). Niestety podczas naszego pobytu w Bandorban miałyśmy ledwie jeden słoneczny dzień, a przez resztę czasu właściwie ciągle lało. Inna sprawa, że tam się nie da nudzić. Podglądanie wielkich owadów, gekonów i innych egzotycznych żyjątek starcza za rozrywkę nawet na kilka dni.



On the verge of the jungle in the town of Bandarban there is a complex of small bamboo huts. They are beautifully finished and freshly renewed. The main building – the only brick one – has just been enlarged. Inside there is a dining room and a terrace with a spectacular view of the valley and distant Golden Temple – one of the few Buddhist stupas in the surroundings. Luckily the ethnical conflicts did not reach as far as to Bandarban so it has not been burned down.
This complex is Hillside Resort belonging to the Guide Tours Ltd. If you ever go to Bandarban you shall stay exactly there. On the place you will most probably meet one of the three owners of the company who decided to stay there with his wife permanently. Everybody addresses him mama– uncle. And if he is in a good mood and you start a conversation he will tell you about the neighborhood and advise you on where to go or even – if he likes you – he will treat you with the local bootleg rice alcohol which tastes terribly but has a very right kick (or even better).



The trip to Bandarban itself will not take more than a one day – you will visit the Golden Temple and some of the surrounding places of cult. It’s worth it cause Buddhist stupas are rare in Bangladesh and they are usually way more modest. Such pearls as the Golden Temple are practically inexistent. The borderland next to Myanmar is practically the only place in the country where the Buddhist minority lives and it’s hard to meet them elsewhere as they do not show of their philosophy.
Beside the town you may also go for a walk around the jungle (or actually take the road through it cause walking the jungle without any experience is not the best idea, especially if you are not particularly in love with leeches – unless you have a guide). Unfortunately while we stayed in Bandarban we had only one sunny day and the rest was taken by the storms and heavy rainfalls. But the truth is that it is hard to get bored in there. Watching large bugs and geckos or other exotic forms of life is entertainment enough for quite a few days.