Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuba. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 lutego 2014

STALINOWSKA POKAZÓWKA NA „RAJSKIEJ” WYSPIE


Wieczorem 30 września 2013 roku Gorkiego wraz z Renayem zatrzymano, gdy szli na imprezę do znajomych. Znaleziono przy nim dwie tabletki leku na epilepsję, na którą Gorki choruje od czasu szkoły średniej. Spędził w więzieniu dwa dni bez lekarstw. Gdy wychodził, usłyszał zarzuty nielegalnego posiadania substancji kontrolowanych. Tego dnia rozpoczęła się wielomiesięczna gehenna.

Leki zostały przepisane przez meksykańskiego lekarza podczas pobytu Gorkiego u jego siostry w Veracruz. Recepta została oczywiście w aptece podczas zakupu. Dwa miesiące trwała procedura przygotowania dokumentów. Rodzina Gorkiego w Meksyku zdobyła zaświadczenie od lekarza, który leki przepisał. Jednak taki dokument nie był wystarczający. Zaświadczenie musiało zostać poświadczone notarialnie. Aby przedstawić je na Kubie należało dokonać pełnej „legalizacji” dokumentu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Meksyku. Kuba jest bowiem jednym z niewielu krajów na świecie, które nie podpisały konwencji haskiej dotyczącej międzynarodowego standardu „apostille”, dzięki któremu dokumenty przeznaczone do przedstawienia poza granicami kraju, który je wystawił mogą zostać „zalegalizowane” szybciej i taniej. Dzięki pomocy kilku organizacji międzynarodowych udało się zdobyć pięniądze i niezbędne konsultacje prawne.

Jednak nawet poświadczenie przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych Meksyku nie jest wystarczające dla kubańskich sądów. Zatem dokumenty należało następnie przedstawić w konsulacie kubańskim w Meksyku, aby ten potwierdził, zgodnie ze słowami Gorkiego „że istnieje taki lekarz, notariusz, Ministwerstwo, a w końcu państwo Meksyk”. Zaświadczenia dotarły do Hawany w otwartej przez służby przesyłce kurierskiej.
Gorki nie ma stałego dostępu do internetu. Korzysta z łącza udostępnianego w jednej z ambasad europejskich. Jego dzień to poniedziałek, w okolicach 14:00 czasu lokalnego. Jednak na okres świąt i do połowy Stycznia większość ambasad jest zamykana. Gdy rozmawialiśmy po raz ostatni, w drugiej połowie grudnia 2013 roku, Gorki nadal nie znał dokładnej treści zarzutów, które usłyszy przed sądem, ani nawet przybliżonej daty procesu.

11 grudnia jest Międzynarodowym Dniem Praw Człowieka. Z tej okazji niezależna kubańska organizacja Estado de Sats, której liderem jest Antonio Rodilles, przygotowała cykl prezentacji i spotkań, w których uczestniczyć mieli najwybitniejsi intelektualiści, opozycjoniści i artyści. Obchody zaplanowano na kilka dni. 10 grudnia rozpoczęły się aresztowania. Zatrzymano między innymi wspomnianego Antonio Rodillesa. Po południu dostalam smsa „u nas wszytko dobrze, martwimy się Rodillesem”. Gorki udał się pod jego dom, aby wraz z innymi prostestować przeciwko aresztowaniom. Został zatrzymany przez policjantów w cywilnych ubraniach i brutalnie pobity (otrzymał kilka ciosów w głowę, co skończyło się atakiem migreny). Znowu siedział dwa dni. Informację tym incydencie dostałam w jednozdaniowym mailu od Ciro Diaza.
Pod koniec stycznia Gorki wrócił online. Rozmawialiśmy o planach na przyszły rok, ewentualnych koncertach w Europie, o nowym materiale, który tworzy wraz z Porno para Ricardo i osobnym projekcie muzycznym, który ma ujrzeć światło dzienne w połowie roku. Dyskutowaliśmy o kolejnych kamerach instalowanych przed domami opozycjonistów (Gorki miał „swoją” przed domem jako jeden z pierwszych).

31 Stycznia znów dostałam jednozdaniowego maila od Cira „Gorki ma datę procesu – 11 lutego”. Postanowiłam się nie martwić. Sam pomysł stawiania przed sądem chorego człowieka za to, że się leczy i po prostu próbuje żyć normalnie, jest dla mnie, osoby żyjącej w wolnym i demokratycznym świecie, tak absurdalny, że ciężko mi uwierzyć w jego realność. Wiedziałam ponadto, że dokumentacja jego choroby i leczenia jest już skompletowana. Jednak najgorsza informacja uderzyła kilka dni później. „Jucio sumario” – bo tak określany jest proces podczas którego Gorki będzie sądzony – to wzorowana na stalinowskich rozprawach z lat trzydziestych ubiegłego wieku pokazówka. Obrona nie otrzymuje dostępu do aktu oskarżenia, nie ma zatem szans na przygotwanie linii obrony. Gorki został już uznany za winnego. Czy zostanie skazany i jeśli sprawy przybiorą fatalny obrót – na ile – zależy wyłącznie od zanteresowania sprawą społeczności międzynarodowej.

W ciągu ostatniego tygodnia obserwowałam wiele aktów solidarności, bezinteresownej pomocy i wsparcia. Wiele osób podpisuje petycję do władz kubańskich w sprawie oczyszczenia Gorkiego z zarzutów (choć nawet ich naprawdę nie znamy). Działacze przesyłają zdjęcia i filmy ze słowami poparcia, dzielą się informacjami. Sam Gorki nagrał video z oświadczeniem o swoim procesie i prośbą o wsparcie. Próbuje zachować swobodę, ale każdy, kto zna go choć trochę, od razu zauważy, że Gorki się boi. To nie przelewki. A jeśli ten czterdziestopięcioletni facet (wielu z nas zapomina, że Gorki nie jest już nastolatkiem)  trafi do więzienia, bez możliwości kontunowania leczenia, ta sprawa może zakończyć się tragicznie. Bo nie wiadomo, czy nasza solidarność sprawi, że uda się go stamtąd wydobyć zanim epilepsja zrobi swoje...

Zmoblilizujmy się zatem. Do procesu zostały ledwie trzy dni. Pokażmy kubańskim władzom, że patrzymy im na ręce. Że choroba i „zakazane piosenki” to niewystarczający powód, aby wydawać na człowieka wyrok możliwej śmierci. Gorki nie zrobił nic złego. On tylko śpiewa i głośno mówi, co myśli. A poza tym przecież niesie z sobą zawsze same pozytywy – żarty, dobre słowo, śmiech, pozytywną energię. Ciężko mi uwierzyć, że ten facet, który wszystkich dookoła wkółko namawia do uprawiania seksu, kokietuje każdą dziewczynę, na której zawiesi wzrok, żartuje z każdym napotkanym człowiekiem czasem mimo bariery językowej, ma ponieśc karę tylko za to, że ma odwagę myśleć po swojemu… Niestety taka jest reczywistość. I tylko od naszej solidarności zależy, czy uda mu się wyjść z tej opresji cało.

Podpisujecie petycję. Udostępniajcie zdjęcia, filmy i informacje. Piszcie do Gorkiego, żeby wiedział że nie jest sam.

Aleksandra Peszkowska

poniedziałek, 30 września 2013

O chorych pomysłach kubańskich władz / About sick ideas of Cuban authorities


O chorych pomysłach kubańskich władz
Gorki Aguila od lat jest symbolem oporu przeciwko totalitarnemu reżimowi panującemu na Kubie. Na swoją aktualną pozycję “głównego zbuntowanego” pracował kilkanaście lat. Bo Gorki nie jest już nastolatkiem. Lista schorzeń wynikających z jego dwuletniego pobytu w kubańskim więzieniu, wiecznego boju z systemem oraz trybu życia punkowego muzyka, który się nie oszczędzał jest pewnie równie długa jak lista kubańskich więźniów politycznych ostatniego dziesięciolecia. Po Europie podróżował z workiem leków większym niż moja babcia. Czego nie omieszkałam wówczas złośliwie skomentować, za co chciałabym móc teraz Gorkiego przeprosić… Ale nade wszystko Gorki jest epileptykiem.
Cytując tylko pierwszych kilka zdań z wikipedii: “Padaczka (inaczej epilepsja, historycznie kaduk), w klasycznym języku greckim: ἐπιληψία (epilēpsía) – choroba o złożonej, różnej etiologii, cechująca się pojawianiem napadów padaczkowych. Napad padaczkowy zaś jest wyrazem przejściowych zaburzeń czynności mózgu, polegających na nadmiernych i gwałtownych, samorzutnych wyładowaniach bioelektrycznych w komórkach nerwowych. Biochemicznymi przyczynami pojawiania się tych wyładowań mogą być:
zaburzenia równowagi pomiędzy neuroprzekaźnikami pobudzającymi i hamującymi;
obniżony próg pobudliwości neuronów spowodowany np. zaburzeniami elektrolitowymi;
zaburzenia pracy pompy sodowo-potasowej, wynikające z niedoboru energii.”
To jest bardzo ciężka choroba, której nie leczy się witaminami. Leczy się ją bardzo mocnymi lekami psychotropowymi. I takie leki przy Gorkim znaleziono w nocy z soboty na niedzielę.
Jak chory pomysł na rozprawienie się z człowiekiem, którego jedyną winą jest to, że głośno wyraża swoje zdanie trzeba mieć, aby zarzucić mu “posiadanie niedozwolonych substancji” w momencie, gdy ma on przy sobie leki, które pozwalają mu normalnie żyć?
Jak chory jest pomysł władz kubańskich? Postawić go przed sądem za to, że leki nie pochodzą z Kuby, tylko z Meksyku, że przepisał je lekarz w innym kraju? Pozbawić go leczenia? Żeby powoli umierał wykańczany kolejnymi napadami w ciemnej celi kubańskiego pierdla?

Gorkiego próbowano już uciszyć na wiele sposobów. To nie jest pierwsze zatrzymanie. Przy ostatnich zarzutach “zagrożenia społecznego” postawionych w 2008 roku udało się go uratować dzięki naciskowi międzynarodowej opinii publicznej. Niemniej jednak zarzut “stanowienia zagrożenia dla społeczeństwa” zdaje się być tylko niegroźnym absurdem w porównaniu do pomysłu aby karać człowieka chorego za to, że próbuje po prostu żyć…
Pomóżmy Gorkiemu - krzyczmy tak, jak on to robi od wielu, wielu lat.



About sick ideas of Cuban authorities
 
Gorki Aguila has been a symbol of a resistance against the totalitarian regime in Cuba for many years now. He has worked for his current position of the “main rebel” for more than dozen years. Because Gorki is not a teenager any more. The list of diseases connected with his stay in Cuban prison for two years, the constant fight with the system and a lifestyle of a punk rock musician who has not taken much care of himself  is probably as long as the list of the Cuban political prisoners of the last ten years or so. Around Europe he was traveling with the bag of medications bigger than the one owned by my grandmother. Which I naturally couldn’t help but comment on in a quite malicious manner. For which I would now like to have a chance to appologise…. But most of all, Gorki is an epileptic. 
To quote just a few first sentences from Wikipedia: Epilepsy is a common and diverse set of chronic neurological disorders characterized by seizures. It is a paroxysmal behavioral spell generally caused by an excessive disorderly discharge of cortical nerve cells of brain and can range from clinically undetectable (electrographic seizures) to convulsions. Some definitions of epilepsy require that seizures be recurrent and unprovoked, but others require only a single seizure combined with brain alterations which increase the chance of future seizures. In many cases a cause cannot be identified; however, factors that are associated include brain trauma, strokes, brain cancer, and drug and alcohol misuse among others.
Epileptic seizures result from abnormal, excessive or hypersynchronous neuronal activity in the brain.About 50 million people worldwide have epilepsy, and nearly 80% of epilepsy occurs in developing countries. Epilepsy becomes more common as people age. Onset of new cases occurs most frequently in infants and the elderly. Epileptic seizures may occur in recovering patients as a consequence of brain surgery.
This is a very serious disease which cannot be treated with vitamins. It is treated with heavy psychoactive medications. And such medications were found on Gorki on the early Sunday morning.
How sick idea of defeating a man whose only falut is the tendency to speak out loud his mind shall one have to accuse him of “possession of illegal substances” at the moment when he is just carrying medications which let him live normally?
How sick is the idea of Cuban authorities? To put him on trial for the fact that he brought his medications not from Cuba but from Mexico, that they were prescribed by a doctor from a different country? To rob him of the chance for treatment? To let him slowly die after a series of consecutive attacks in a dark cell of Cuban jail?

They tried to silence Gorki in many ways. It is not the first time he has been arrested. After last charges of “social dangerousness” brought in 2008 he was saved thanks to the pressure of international public opinion. Nonetheless the charges of “social dangerousness” seems to be just a sligthly annoying absurd in comparison to the idea of punishing a sick man who just tries to live…
Let’s help Gorki - let’s scream how he has been screaming for many many years.



środa, 12 czerwca 2013

Porno dla Ryśka, Pieniądze na Porno!/Porn for Richard, Money for Porn!



Jak już wiecie, chłopaki z Porno Para Ricardo przyjeżdżają do Polski w lipcu. Ale poza Polską chcieliby też zagrać w Hiszpanii. Tego niestety już im nikt nie zasponsorował. Z tego powodu zdecydowali się na crowd founding  i zbierają pieniądze online, za pomocą sysytemu Pay Pal.

Jak widać powyżej moja wpłata nie jest duża, ale pospłacalam długi i jestem tradycyjnie spłukana. Niemniej jednak, jesli takich wpłat, nawet niewielkich, będzie dużo - w końcu kasa na bilety się uzbiera.

A myślę, że warto. Pomijając już szczytne cele, jak wspieranie wolności słowa, walka z systemem totalitarnym etc., to warto chłopaków wesprzeć, bo po prostu mają pozytywnego powera, grają dobrą, punkową muzę i wreszcie będą mogli zagrać normalny koncert... No i do tego są to po prostu fajne chłopaki! :D

Z resztą popatrzcie sami, co mają do powiedzenia (film ma polskie napisy):


Pieniądze można chłopakom podarować za pomocą systemu Pay Pal przez stronę zespołu, wystarczy kliknąć poniżej:

PORNO PARA RICARDO


As you already know, guys from Porno Para Ricardo are coming to Poland in July. But besides Poland they would also like to play in Spain. But no one has sponsored that. For that reason they have decided to use crowd founding and they are collecting the money online via Pay Pal system.

As you can see above my donation is not big but as I have just paid my debts I am traditionally broke. Nonetheless if there are more of even such small donations - eventually the money for tickets will be raised.

And I do believe it's worth to support them. Apart from the honorable causes like supporting the freedom of speech and opposing the totalitarian system, etc. it is worth to support guys because they are simply full of positive energy, they play good punk music and it will allow them ti finally play a normal concert... And additionally - they simply are truly cool guys! :D

Anyway - check out what they have to say about it by yourselves (the movie has English subtitles):


You can donate via Pay Pal system via the band's website, it's enough to click here:


czwartek, 30 maja 2013

Yoani Sanchez


Gdyby cztery lata temu ktoś powiedział mi, że będę mieszkała w Warszawie i ze swojego mieszkania będę miała ledwie dziesięć minut drogi do Empiku, w którym odbędzie się spotkanie z Yoani Sanchez, promującą swoją książkę... Zdziwiłabym się.

Bo nie wiedziałam, że przeprowadzę się akurat tu.

Bo jeszcze nie zanosiło się na wydanie blogu Yoani w formie książkowej – ja dostałam go od niej na płycie CD.

Bo Yoani miała zakaz podróży.

Ale stało się. W poniedziałek, 27 maja 2013 roku w Empiku na Marszałkowskiej Yoani Sanchez opowiadała o swoim blogu i walce z systemem. Wiele rzeczy, które opowiadała pamiętałam z wywiadu, którego udzieliła mi niespodziewanie cztery lata temu w Hawanie, w swoim mieszkaniu na czternastym piętrze paskudnego wieżowca. Przygotowywałam się do tego wywiadu w poprzedzającą noc – jadąc na Kubę nawet nie śniłam, że mogłabym się spotkać z osobą tego formatu. Ale Claudia Cadelo, z którą miałam pierwszy kontakt, postanowiła, że muszę poznać Yoani i kropka. Umówiła nas (byłam z jedną z moich ulupionych podróżniczych partnerek – Kasią) na spotkanie, a Ciro Diaz, jej mąż, wytłumaczył nam jak tam trafić.

Byłam przeziębiona, przerażona i bardzo stremowana.

Pod blok dotarłyśmy za wcześnie. Krążyłyśmy po okolicy, starając się nie zwracać na siebie uwagi. I próbując nie zauważać urzędu kontroli obcokrajowców, który znajdował się naprzeciwko. Drzwi otworzył nam czternastoletni wówczas syn Yoani Sanchez, zupełnie niespeszony widokiem obcych twarzy i łamanym hiszpańskim, którym zapytałam go o mamę. A po chwili do pokoju weszła nieco jeszcze zaspana, najbardziej wpływowa blogerka świata.

Tamto spotkanie, dziwny wywiad, podczas którego ja mówiłam po angielsku, a ona po hiszpańsku, będę pamiętała do końca życia. To jedno z najważniejszych moich przeżyć. I będę o nim opowiadała przy niezliczonych okazjach – nie tylko dlatego, że jestem dumna z tego, że udało mi się ten wywiad przeprowadzić, że byłam w domu kobiety, która zmienia historię swojego kraju, ale również dlatego, że historie, które opisuje na swoim blogu są nadal niezwykle ważne.

Yoani Sanchez pisze o kubańskiej codzienności. Pisze w sosób brutalnie szczery. Nie wykrzykuje haseł, nie składa roszczeń – ot rozlicza swoją codzienność z anormalności. Pomijając już nawet wpływ, jaki ma na swoje otoczenie, jest niezwykle ważnym głosem, który pozwala zrozumieć ludziom z zewnątrz, na czym polega historyczna pomyłka, jaką jest komunizm.

Urodziłam się w Polsce, w roku 1984, dzięki czemu wciąż jeszcze pamiętam świat zza żelaznej kurtyny. Nie doświadczyłam go boleśnie, bo byłam dzieckiem. Kochanym, dopieszczanym i zadbanym. A to, co było dookola mnie zdawało się być naturalne. Moją wizją świata była Polska drugiej połowy lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Musiało minąć wiele lat od przełomu i ja musiałam zobaczyć wiele krajów, by zrozumieć, że moje dzieciństwo nie upływało w normalnym miejscu. Ale dzięki moim doświadczeniom myśląc o Kubie ani przez chwilę nie wachałam się, po której stronie muru się opowiedzieć – po stronie rządowej, czy opozycyjnej. Bo wiedziałam, w jaki sposób fałszuje się obraz tego kraju w oficjalnych przekazach i rozumiałam czym jest strach blokujący głosy tych, którzy znali rzeczywistość. To wszystko było dla mnie oczywiste.

Ale ludzi z tej strony żelaznej kurtyny jest na świecie ograniczona liczba. A pozostali często nie są w stanie nawet wyobrazić sobie, jak wygląda życie w dyktaturze. Porównują kraje socjalistyczne, do kapitalistycznych, ale po prostu bardzo biednych. Nie rozumieją, ze kraje komunistyczne są biedne ze względu na prowadzoną w nich politykę, a nie niedostatek zasobów. I że nie posiadają one warstwy uprzywilejowanej ze względu na bogactwo, do której można dostać się swoją pracą, sprytem i pragnieniem. Nie wiedzą, że w kraju komunistycznym ludzie uprzywilejowani to ci, którzy jak roboty potrafią powtarzać jedynie słuszne hasła i poglądy. Że ludzie wartościowi, chcący się kształcić i rozwijać nie mogą przyczynić się do dobrobytu swojego kraju na przykład dlatego, że myślą inaczej, albo mieli w rodzinie kogoś, kto był władzy niewygodny. Nie rozumieją strachu, który obezwładnia każdego człowieka, który ma odwagę myśleć swoje własne myśli...



Zaledwie tydzień temu moja Kochana Ciocia zaprosiła mnie na spotkanie ze swoją rodziną. Poznałam jej Ciocię, lat pewnie siedemdziesiąt, w której zakochałam się bez pamięci (jakżeż ja chciałabym mieć tyle energii i młodości w sobie, będąc w takim wieku) i córkę Cioci – niezwykle sympatyczną Panią, której mąż jest Amerykaninem i w Stanach mieszkają. I męża już zdecydowanie nie pokochałam. Nie przeszkadzała mi jego niechęć do własnego kraju – polityka zagraniczna USA jest co najmniej dyskusyjna, imperialistyczne praktyki również. Ale żeby robić z Fidela Castro bohatera światowego, który uchronił Kubę przed pazernością Stanów i wprowadził na światłą ścieżkę socjalizmu... To już jest gruba przesada.

Facet podważał każde moje moje słowo. Że uważam, że na Kubie jest źle, bo rozmawiałam tylko z krytykami systemu (jakby łatwo było z takimi porozmawiać...), że krytykuję Fidela, bo nie chcę przyjąć jego dobrych intencji i wizjonerstwa (już chciałam powiedzieć, że dobrymi chęciami to piekło jest co najwyżej wybrukowane), że wszystko widzę czarno, bo... Bo, bo bo...

Bobo. Inaczej berbeć.

Kiedy zaczął mi mówić, ze Fidel jest dobry, ponieważ na Kubie jest najniższy odsetek analfabetów w Ameryce Łacińskiej, parsknęłam śmiechem.

- Dobry Wujek Fidel nauczył ciemnotę czytać, żeby móc jej lektury wybierać i szerzyć polityczną indoktrynację.  – w odpowiedzi zostalam zmierzona spojrzeniem, które mówiło mi, że jestem kosmitką.

Następne było wychwalanie szpitali i edukacji medycznej. Pan widział dwa szpitale, które w latach dziewięćdziesiątych były lepiej wyposażone, niż przeciętny szpital w USA. Zapytałam, kto go oprowadzal po szpitalach i wyspie. Oczywiście rządowi przedstawiciele. Nie było mu jak wytłumaczyć, że widział maleńki wycinek rzeczywistości dla partyjnych funkcjonariuszy. Że przeciętny mieszkaniec musi się zadowolić samym łóżkiem w szpitalu bez lekarzy (bo większość z nich została wysłana na misje do Wenezueli, albo Boliwii), bez pościeli i bez leków. I że to nie jest jak w Bangladeszu, że jak masz pieniądze, to rodzina ci przywiezie pościel i wykupi leki, bo na Kubie apteki sprzedają zioła i jak nie masz znajomości partyjnych albo dostępu do czarnego rynku, to nawet za grube pieniądze nic nie załatwisz.

Ludziom z wolnego świata te absurdy socjalistycznej codzienności w ogóle nie przechodzą przez głowę. Dlatego blog Yoani Sanchez jest ważny nie tylko dla Kubańczyków – ale i dla tych wszystkich, którzy w przywódcach socjalistycznej rewolucji widzą wybawców od kapitaliscztynego zła. Żeby mogli zrozumieć, ze chociaż kapitalizm nie jest wesoły, a demokracja idealna – naprawdę nic lepszego się stworzyć nie da.
Czytajcie zatem blogi kubańskich dysydentów i książkę „Cuba Libre. Notatki z Hawany”. Czytajcie i polecajcie znajomym. Na zdrowie!

Na zakończenie chciałam jeszcze wspomnieć o Claudii Cadelo. Claudia przestała prowadzić swój blog dwa lata temu. Zapytałam o nią Yoani Sanchez i w odpowiedzi usłyszałam, że Claduii zabrakło wsparcia rodziny i bliskich i że jej odwaga została zduszona. Nie chcę nawet myśleć o tym, jak okropne rzeczy ktoś zrobił, by tę wspaniałą, młodą kobietę złamać. Pamiętam Claudię, jej energię, pełne żaru i wiary słowa, jej zapał i wojowniczość… Czytajcie więc też po to, aby nigdy więcej żadnej dziewczynie nie odebrano już błysku z oka.



If four years ago I were told that I would be living in Warsaw and it would be only ten minutes walk to Empik in which there would be a meeting with Yoani Sanchez promoting her book… I’d be rather surprised.

Becuse I didn’t know that I’d move here.

Cause no one was expecting that Yoani’s blog would be published as a book – I got it from her on CD.

Because Yoani was forbidden to travel.

Yet it happened. On Monday, May 27th 2013 in Empik on Marszałkowska Yoani Sanchez was talking about her blog and her struggle with the system. I remembered many of those things from an interview I made with her unexpectedly four years ago in Havana in her flat on the fourteen floor of the ugly block. I was preparing for it during the preceding night because while I was going to Cuba I did not even dream about having a possibility of talking with such a meaningful person. Luckily Claudia Cadelo who I contacted as first person on the island, decided that I have to meet Yoani and that was it. She contacted us (I was there with one of my favorite travel partners – Kasia) and Ciro Diaz, Claudia’s husband explained us how to find the place.

I had a cold, I was scared and frightened.

We reached the block of flats too early. We walked around the neighborhood trying not to be too visible. And trying not to see the office of foreigners’ control which was situated just on the opposite side of the street. The doors were open by a then fourteen years old boy - Yoani’s son. He didn’t seem puzzled with the view of two strange faces and my bad Spanish when I asked him about his mom. And a moment later a still sleepy, most influential blogger in the world entered the room.

That meeting and a strange interview in which I was asking questions in English and was given answers in Spanish – I will remember for the rest of my life. It is one of my most important experiences. And I will keep talking about it on various occasions – not only because I am proud of it or because I managed to talk to her and even because I visited the house of the woman who keeps changing the history of her country but mostly because the stories she describes at her blog are still extremely important.

Yoani Sanchez writes about Cuban everyday life. And she writes with a brutal honesty. She does not scream out any slogans or voice any claims – she simply settles her everyday life for its abnormality. Even if we forget her impact on her own surrounding – she is still an extremely important voice which lets the people from outside Cuba understand what kind of historical mistake communism is.

I was born in Poland in the years 1984 thanks to which I still remember the world from behind the iron curtain. I did not experience it painfully as I was just a child. A loved, taken care of child. And what was around me felt simply very natural. Many years had to pass since the break and I had to see many countries to understand that my childhood was not spent in a normal place. But thanks to my experiences when started thinking of Cuba I had never hesitated to which side of the wall I shall choose – the governmental or oppositional. Because I knew exactly how the official media manipulate the vision of this country and I understood the fear blocking the voices of those who knew the reality. It was quite obvious to me.

But the number of people from behind the iron curtain in the world is limited. And most of the time all the others cannot even imagine what the life in dictatorship looks like. They compare countries which are communistic and those simply very poor. They do not understand that usually the poverty in communist countries is not a result of a shortage of some resources but simply a result of politics. Those countries do not have a wealthy class to which one can get by hard work, cleverness and wanting. They do not know that in a communist country privileged people are those who can change themselves into robots repeating the only right slogans and views. That brilliant people who want to educate and develop themselves cannot help their country because of e.g. different thinking or having in a family a person who was brave enough to think his or her own thoughts…



Just a week ago my lovely aunt invited me to the meeting with her family. I met her aunt, probably seventy or so years old in whom I fell in love with from the first sight (I’d do anything to have such an energy and youth in myself in her age). I also met this woman’s daughter – very nice person married to an American and living in States. And with the husband I most definitely did not fall in love with. I couldn’t be bothered with his antipathy towards his own country as US foreign policy is at least discussible same as imperialistic practices. But to make out of Fidel Castro a world hero who saved Cuba from US greediness and led his country on the enlighten pave of socialism… That is way too much…

The guy contested my every word. That I was thinking that Cuba’s situation is bad because I only talked to the critics of the system (like if it was so easy to speak to them…), that I criticize Fidel because I do not want to accept his good intentions and visions (I was about to say that hell is paved with good intentions) that I see all in black, cause… Because, because, because…

When he started saying that Fidel is so good because Cuba has the lowest number of illiterate people in the whole Latin America I burst out with laughter.

- Good Uncle Fidel taught them to read to get the chance to choose their reading and spread political indoctrination. – as an answer I received a look telling me that I am an alien.

What followed was praising of hospitals and medical education. Guy saw two hospitals in the nineties which were better equipped that regular hospitals in US at that time. I asked him who showed him around those places. Naturally those were governmental representatives. It was impossible to explain him that he saw just a very small fragment of the reality accessible only for functionaries of the party. And that a normal citizen can only get a bed in a hospital without doctors (because most of them were send for missions in Venezuela or Bolivia), without sheets or medicines. And that unlike in Bangladesh where if you at least have money, the family can bring you sheets and buy medicines. Because in Cuba drug stores sell only herbs and even if own a fortune (which is more than rare) without the access to the black market or friends from the party you are not able to get anything.

People from the free world simply cannot process the absurd of socialistic reality. And that is why Yoani Sanchez’ blog is so important and not only for Cubans but also for those who in the leaders of communistic revolution see the rescuers from the capitalistic evil. To let them understand that although capitalism is not the best and democracy is not ideal – it is really not possible to create anything better.

So read the blogs of Cuban dissidents and the book „Cuba Libre. Notes from Havana”. Read it and pass it to your friends. Let it bless you!

In the end I wanted to mention Claudia Cadelo. Claudia stopped writing her blog two years ago. I asked Yoani Sanchez about her and I was answered that Claudia did not get enough family support and her bravery was stifled. I do not even want to imagine what someone must have done to break this amazing young woman. I remember Claudia very well – her energy, her words full of fire and faith, her eagerness and bravery… So read also to stop people from taking the light off another girl’s eyes. 




środa, 8 maja 2013

PORNO PARA RICARDO W POLSCE!!!/PORNO PARA RICARDO IN POLAND!!!

Zdjęcie/Photo: Materiały Festiwalu w Jarocinie/Materials of Jarocin Festival

Pamiętacie jeszcze mój wywiad z Ciro Diazem, który przeprowadziłam w Hawanie parę lat temu? Ciro opowiadał o problemach, jakie zespół miał i ma nadal, o tym, że nie mogą nawet zagrać koncertu, że policja wciąż interweniuje i każda próba grania może się skończyć aresztowaniem? Wyglądało na to, że muzycy nigdy nie opuszczą wyspy i nigdy nie wyjdą z podziemia...
A jednak.
W lipcu ten najbardziej antyreżimowy zespół punkowy na Kubie przyjedzie zagrać w Polsce, na festiwalu w Jarocinie. Nie sądziłam, że ten moment nastąpi. Kiedy zobaczyłam tę informację na facebooku Cira, nie mogłam uwierzyć. Ale tak - to prawda. Mam gęsią skórkę. Cieszę się jak dzieciak. I cóż... Jadę w lipcu do Jarocina!!!!

You cannot remember my interview with Ciro Diaz because it was published only in Polish. I talked to the guitar player of Porno Para Ricardo a few years back in Havana. He was telling me of the problems the band had and is still having, of the inability to play a normal concert because of constant police interventions and denger of being arrested each time. It seemed that the musicians will never leave the Island or get out of the underground...
Yet it happened.
In July the most anti-regime punk rock band in Cuba is coming to Poland to play the concert at the Jarocin Festival. I didn't expect this moment to come. So when I saw the news on Ciro's facebook I had difficulty with believing. But it's true. I have real goose bumps. I am happy as a kid. And well... In July I am going to Jarocin!!!

sobota, 14 lipca 2012

Travinger

Pracuję już w czterech miejscach. Powoli tracę rachubę czasu i zaczynam się gubić. Momentami nie wiem już jak się nazywam. Nie wińcie mnie więc za z rzadka dodawane posty. Ani za to, że zapomniałam wspomnieć o tym, że trzeci numer Travingera jest już online!
A w nim - tak będę się chwalić - druga część wywiadu, który przeprowadziłam w Hawanie z Yoani Sanchez! Najważniejsza postać kubańskiej opozycji, laureatka wszystkich możliwych konkursów blogerskich i dziennikarskich oraz jedna ze stu najbardziej wpływowych osób na  świecie według tygodnika"Times", jedyna blogerka, która przeprowadziła wywiad z Barackiem Obamą zaprosiła mnie i Kasię do swojego domu - teraz możecie o tym przeczytać. Minęło sporo czasu, zanim udało mi się ten wywiad opublikować, ale czekałam na właściwe miejsce i właściwy czas. Powstanie Travingera to był idealny moment.
Z moich tekstów możecie też przeczytać - kolejną edycję "Palcem po mapie" oraz dwie recenzje - relację mężczyzny ocalałego z katastrofy morskiej, czyli "Rozbitka" Steven Callahana oraz o wiele lżejszej pozycji, czyli "Tysiąca szklanek herbaty" Roberta Maciąga będącej zapisem rowerowej wyprawy po Azji.
A w kolejnym numerze... Wywiad z moim ulubionym basistą z najwspanialszej na świecie kapeli grającej cygańskiego punka "Gogol Bordello" - Thomasem "Tommy T" Gobeną. Tak tak, to oni grali na Heineken Open'er i sprawili, że znów poczułam się, jakbym miała 16 lat - o czym w kolejnym poście...
Póki co - zapraszam przede wszystkim do lektury wywiadu z Yoani Sanchez - enjoy!

I work at four places. I start loosing the control over time and things that are going on. At momoents I do not know what my name is. So please do not blame me for rare blogging. And that I have forgotten to mention that the 3rd number of Travinger is already online!
And there - yes I am going to boast about myself - is the second part of my interview with Yoani Sanchez that  I made in Havana! The central person of Cuban opposition, prizewinner of all possible blog and journalizst contests and one of the 100 most influencial people on our planet - according to "Time" magazine and the only blogger who interviewed Barack Obama invited Kasia and me to her house and now you can read about it. It's been a while until I could publish it but I've been waiting for the right place and time. Creating the "Travinger" magazine seems a perfect momentum.
From other texts by me - you can read another edition of "Finger's travel on the map" and two reviews  - one of the relation of a maritime catastrophy survivor (Steve Callahan's "Lost at sea") and a much lighter "1000 glasses of tea" by Robert Maciąg about biking around Asia.
And in upcoming issue... An interview with my favourite bass player of the best gypsy punk band in the world "Gogol Bordello" - Thomas "Tommy T" Gobena. Yes yes - it was them who played on the Heineken Open'er festival and made me feel 16 again.... About which I am gonna write in another post.
For now - the interview with Yoani Sanchez - enjoy!

wtorek, 27 marca 2012

Kuba w chaosie raz jeszcze / Cuba in chaos once more

Krótko i na temat, bez zdjęć. W odpowiedzi na apel Ciro Diaza, czyli gitarzysty Porno para Ricardo.
Przed wizytą papieża Benedykta XVI na Kubie robi się porządki. Wiosenne rzec by można, gdyby nie fakt, że nie jest to zabawne.
Telefony opozycjonistów są poblokowane. Komunikacja zawieszona. Aresztowany został między innymi Ismael de Diego - ten sam, który zagrał Gorkiego w filmie Havana Blues oraz basista Porno para Ricardo.
Więcej informacji na blogu Cira oraz innych blogach kubańskich.
W specyficzny sposób następuje mieszanie się religii do komunistycznej polityki...

Shortly and straight to the point. As an answer to the appeal of Ciro Diaz, the guitar player of Porno para Ricardo.
Before the visit of Pope Benedict XVIth on Cuba authorities are "cleaning" the island. As for the spring coming one could say but the point is - it ain't funny.
Mobile phones of oppositionists are blocked. The communication is stopped. Among many others who were arrested are: Ismael de Diego - the same who played Gorki in the movie Habana Blues and the bass player of Porno para Ricardo.
More information on Ciro's blog and other Cuban blogs.
In the most strange ways is religion influencing the communist politics...

sobota, 12 marca 2011

Kuba: przekraczanie granic systemu - część pierwsza

Troszkę dziwacznie musiałam prezentację pociąć, ale cóż - limity przekazywanego video są nie do przeskoczenia...
Pragnę dodać, że poza wymienionymi w napisach końcowych zdjęciami Marcina Brzozowskiego jeszcze jedno jest od niego - zdjęcie drogowskazu na lotnisko.
Ponadto nie ja jestem autorką trzech zdjęć Yoani Sanchez - dwa pierwsze zostały pobrane z Internetu, zaś trzecie, na którym jest z Claudią Cadelo, wzięłam z bloga Claudi za jej zgodą. Niestety podczas wywiadu z Yoani aparat odmówił posłuszeństwa i wywiad nagrywałam na dyktafon w komórce...
Miłego oglądania!

wtorek, 15 lutego 2011

Plakaty / Posters

Te plakaty dostałam od Claudii Cadelo i Cira Diazaw w Hawanie. Przed wylotem Kasia owinęła je w papier i zakleiła taśmą samoprzylepną. Uznałam, że żeby się nie pogniotły i nie zniszczyły, najlepiej będzie po prostu wziąć je ze sobą w rękę. Zapomniałam jednak o jednym drobnym szczególe – że, aby wywieźć z Kuby jakiekolwiek dzieło, trzeba mieć specjalny certyfikat i zezwolenie Ministerstwa Kultury. Więc gdy na lotnisku zobaczono, że trzymam w ręce coś, co wygląda jak zrolowany obraz, kazano mi udać się do stolika, przy którym urzędniczka zaczęła otwierać pieczołowicie zaklejony pakuneczek. Serce podeszło mi do gardła, ale postanowiłam udawać głupa i pomogłam jej rozpakowywać rulon. Pani miała bardzo długie paznokcie, które nie ułatwiały jej pracy, w końcu zapytała więc, co jest w środku – zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że plakaty. „A, to proszę iść, na plakaty nie trzeba zezwolenia.” Nie przypominam sobie, żebym w jakiejkolwiek innej sytuacji równie mocno spieszyła się do toalety…

Those posters I got from Claudia Cadelo and Ciro Diaz in Havana. Before the flight back to Poland, Kasia wrapped them in paper and secured with tape. I decided that to save them from destroying it would be best to transport them simply by taking them in the hand. I just had forgotten about one little detail - to take any kind of art from Cuba, the special certificate and agreement of the Ministry of Culture is needed. So when we were at the airport and the staff saw me holding something that looked like rolled painting, they sent me to the counter where a lady clerk started to unpack them. I decided to play the blonde and help her out. Luckily her nails were so long that she gave up at some point and asked what was inside - "posters" I answered. "Oh, so that's fine, you don't need the approval for posters". I can't think of any other moment when I got to the toilet at such a speed...























"Niech żyje różnorodność ideologiczna"
"Long live the ideological diversionism"

























"59 - rok błędu"
"59 - the year of error"




















"Kocham MINIT (Ministerstwo Spraw Wewnętrznych)"
"I love Ministry if Internal Afairs"

poniedziałek, 14 lutego 2011

Wywiad z Cirem Javierem Diazem Penedo - gitarzystą Porno para Ricardo i La Babosa Azul

Ciro Javier Díaz Penedo - gitarzysta i wokalista kubańskiego, punkowego, antyreżimowego zespołu Porno para Ricardo i twórca solowego projektu La Babosa Azul, w którym nagrał m.in. płytę z piosenkami Jacka Kaczmarskiego. Bloger i działacz. Braci Castro nienawidzi bardziej niż dyrektora ogólniaka, do którego uczęszczał. Czyli skrajnie…
Wywiad przeprowadzony został w Hawanie, 2-go listopada 2009 roku.























Ja: Nie masz muzycznego wykształcenia, prawda?
CD: Nie.
Ja: A co studiowałeś?
CD: Matematykę na Uniwersytecie Hawańskim, przez pięć lat. Co do muzyki, to ja po prostu lubię wydawać różne dźwięki. Od dzieciaka. Najpierw przerabiałem piosenki, które znałem, potem zacząłem tworzyć własne. I tak to się ciągnęło przez całą szkołę średnią i studia, które skończyłem w 2004 roku. Chociaż kiedy kończyłem studia chciałem zawodowo dalej zajmować się matematyką i pracować na uniwersytecie jako wykładowca. Miałem odpowiednie stopnie i kwalifikacje, ale nie byłem odpowiedni pod względem politycznym. Żeby być wykładowcą musisz bowiem spełniać pewne polityczne wymagania. Uczyłem już wcześniej – zanim skończyłem studia – przez dwa lata, ale to oczywiście nie było wystarczające. No i zostałem się bez pracy – zaproponowali mi co prawda robotę, ale na takiej pozycji, której nie chciałem przyjąć, to by była degradacja. Postanowiłem więc zająć się wyłącznie muzyką, dorabiając jedynie jako prywatny nauczyciel matematyki. Ale byłem świadom faktu, że moje życie to muzyka – od tamtego momentu nagrałem już pięć płyt, skomponowałem mnóstwo piosenek, zrobiłem wiele klipów. Mogę więc powiedzieć, że ludzie, którzy odmówili mi prawa do nauczania byli tymi samymi, którzy pchnęli mnie w kierunku muzyki.
Ja: A na jakiej podstawie została podjęta decyzja, że się nie nadajesz na nauczyciela? Zrobiłeś coś konkretnego, czy zostałeś ukarany za tzw. całokształt?
CD: Oni przede wszystkim nie dopuszczają żadnych form sprzeciwu wobec polityki rządu. Oczywiście na Kubie ciężko znaleźć kogoś, kto by się z nią naprawdę zgadzał, ale nie wolno ci być aktywistą, głośno o tym mówić, bo wtedy zaczynasz się wyróżniać z tłumu. Natomiast ja zawsze otwarcie mówiłem o tym, co myślę, w klasie na zajęciach, czy gdziekolwiek. Żeby podpaść nie musisz nawet chodzić na jakieś polityczne manifestacje, udzielać się w środowiskach opozycyjnych, wystarczy, że po prostu nie ukrywasz swoich poglądów, bo wtedy stajesz się problemem, którego należy jak najszybciej się pozbyć. Oczywiście nie dotyczy to wyłącznie szkolnictwa wyższego, ale placówek edukacyjnych w ogóle. No i poleciałem.
Ja: Zanim zaczęliśmy tę rozmowę, wspomniałeś, że zacząłeś grać wcześnie, że pisałeś piosenki już w podstawówce. Domyślam się więc, że Porno Para Ricardo to nie pierwszy zespół, w którym grasz?
CD: Odkąd tylko zakochałem się w Rock’n’Rollu zacząłem tworzyć zespoły. Ja po prostu nie mogę być w takiej sytuacji, że nie mam kapeli, w której gram. Przewinęło się tych grup sporo w moim życiorysie. Co do Porno Para Ricardo – to na pewno najdłuższy kawałek mojego życia przypisany do jednej kapeli. Teraz stworzyłem osobny projekt, ale to wszystko nie istotne – ja po prostu potrzebuję mieć zespół. Zawsze.
Ja: Piosenki PPR są bardzo buntownicze, poruszacie w nich kwestie polityczne, społeczne, opisujecie w ostrych słowach kubańską rzeczywistość, która ewidentnie się wam nie podoba. Zawsze tak było – czy zawsze te tematy były ci bliskie?
CD: Teksty, które pisałem zawsze odnosiły się bezpośrednio do mojej własnej rzeczywistości, takiej, jak ją widziałem. Ale nie zawsze polityka była w jej centrum. Na przykład w szkole średniej tematem, który poruszał mnie najbardziej był dyrektor szkoły, którego nie cierpiałem. Stworzyłem więc całe mnóstwo piosenek przeciwko dyrektorowi, nauczycielom i wszystkim, którzy mnie wkurzali (śmiech).
Ja: Czyli zawsze musisz się przeciwko czemuś buntować?
CD: (śmiech) Może taka już moja natura, że zawsze muszę być przeciwko czemuś, ale wydaje mi się, że po prostu w kraju takim jak ten – może w innych też, tego nie wiem – bardzo łatwo jest być kontra. Przyczynia się do tego przede wszystkim jeden wielki brak tolerancji dla wszystkiego, na przykład w mojej szkole nikt nie mógł nosić długich włosów, trzeba było się stawiać na wszystkich czynach społecznych, wiecach, marszach itd., jak 1-szy maja i takie tam. Dyrekcja i nauczyciele nigdy nie byli przyjacielscy wobec uczniów, zawsze traktowali nas jak wrogów, nie było nawet najmniejszej nici porozumienia między nami. Strasznie mi to przeszkadzało. Szczególnie te nakazy, mówienie, co mamy myśleć, nikt nigdy żadnego ucznia nie wysłuchał. Była seria nakazów i zakazów i koniec. Macie się podporządkować. Miałem o czym śpiewać.
Ja: A Porno Para Ricardo – zawsze byliście wrogami ludu nr 1, czy na początku było nieco łatwiej?
CD: Nie, nie. Nasza pierwsza płyta nie była nawet w dwudziestu pięciu procentach tak krytyczna, jak te późniejsze. Nie jest łatwo podjąć decyzję o radykalizacji środków wyrazu, o nieskrępowanym wyrażaniu swojego zdania. To wszystko ma przecież swoje konsekwencje. Kiedy zaczynaliśmy razem grać nie byliśmy rzecz jasna grupą sympatyzującą z władzą w naszym kraju, czy sposobem w jaki Kuba była rządzona, ale nie o tym były wówczas nasze piosenki. Tu i ówdzie w którymś tekście coś na ten temat wspomnieliśmy, ale używaliśmy języka metaforycznego, oględnego, nie tak bezpośredniego jak teraz. Większość tekstów była o seksie i takie tam. No wiesz… (śmiech)
Ja: Wystarczy znać nazwę zespołu, żeby wiedzieć o czym możecie śpiewać.
CD: Tak, jasne, ale już logo zespołu jest przecież stricte antykomunistyczne. Jednak na początku nie próbowaliśmy naszego przekazu czynić stuprocentowo jasnym, jeszcze zasłanialiśmy się poetyckim językiem, licencia poetica można rzec, nazywaliśmy to po prostu twórczym mieszaniem symboli, udawaliśmy, że mówimy co innego, niż się wydaje. Wiedzieliśmy, że możemy się nazwać antykomunistami, ale nie robiliśmy tego głośno, woleliśmy być bezpieczni. To się zmieniło dopiero po pewnym czasie.
Ja: A jak było z nagraniem tej pierwszej płyty? Mogliście korzystać z państwowego studia? Ktoś wam pomagał?
CD: Nie. Wszystkie płyty nagraliśmy sami. W tym kraju tak naprawdę nie ma wielu studiów nagraniowych. No i właśnie - wszystkie są państwowe. Niezależne zespoły nie mogą w nich nagrywać. Żeby wejść do takiego studia potrzebujesz zgody różnych instytucji kulturalnych, przede wszystkim Ministerstwa Kultury, musisz zostać zatwierdzony i tak dalej. Nie bawiliśmy się w to.
Ja: A potem Gorki trafił do więzienia z czteroletnim wyrokiem. Odsiedział tylko dwa – jak udało się wam go stamtąd wydobyć?
CD: Przede wszystkim okazało się, że wszystkie środki, które stosowaliśmy, żeby nikomu nie podpaść nie były wystarczające. Że jednak zostaliśmy zauważeni przez jakieś instytucje, przez jakieś cienie, które funkcjonują w całym kraju. Rząd od początku nas nie lubił. Gorki został aresztowany w 2003 roku na podstawie zarzutów o pospolite przestępstwo, którego nigdy nie popełnił. Oskarżono go handel narkotykami. Graliśmy koncert w Pinar del Rio i po występie podeszła do niego dziewczyna i zaczęła rozmawiać z nim o różnych rzeczach, w tym o prochach. Powiedziała, że ma jakieś pigułki, Gorki też powiedział, że ma jakieś pigułki na własny użytek, no i ona poprosiła go o jedną, więc Gorki oczywiście ją poczęstował. Żeby było jasne – nie chciał od niej pieniędzy, po prostu dał jej to w prezencie. No i to było to przestępstwo, za które został skazany na cztery lata w więzieniu. Spędził tam dwa i pół roku i wyszedł dzięki naciskom ojca jednego z przyjaciół, który miał spore wpływy w środowisku rządowym. Ale po jego wyjściu nasze poglądy się zradykalizowały. Byliśmy wściekli. Zaczęliśmy nagrywać piosenki przy użyciu języka bezpośredniego, skończyły się metafory, chcieliśmy powiedzieć światu głośno i wyraźnie, że nie zgadzamy się z rządem kubańskim i jego sposobem traktowania obywateli.
Ja: Czy skład zespołu uległ zmianie w tamtym okresie?
CD: Nie. Jeszcze przed aresztowaniem Gorkiego zmienił się basista, ale u nas w ogóle grało sporo basistów, wygląda na to, że z basem po prostu muszą być problemy. Przed i po pobycie Gorkiego w więzieniu było nas czterech tych samych gości.
Ja: Więc aresztowanie nie miało wpływu na skład zespołu?
CD: Nie. Skład zmienił się kilka miesięcy po wypuszczeniu Gorkiego. Tamtych dwóch kolesi wyjechało z kraju, zostaliśmy Gorki i ja. Perkusista owszem, wystraszył się mocno tekstów do nowych piosenek. Odszedł wcześniej, bo już wiedział, że chce wyjechać i nie chciał mieć z tym żadnych problemów. Basista chyba też, sądzę że jego powody były podobne. No a potem przyjęliśmy dwóch nowych chłopaków, którzy grają z nami do dzisiaj – Hebert na basie i Renay Kayrus na perkusji.
Ja: Chciałam cię też zapytać o film „Habana Blues”, który również został nakręcony podczas pobytu Gorkiego w więzieniu. Reżyser Banito Zambrano w wywiadach często wspominał, że wasz zespół był dla niego inspiracją. Ile z waszej historii możemy zobaczyć na ekranie?
CD: Ciężko mi powiedzieć ile inspiracji Benito wyniósł ze spotkań z nami, ale postać Gorkiego została zinterpretowana przez naszego przyjaciela, Ismaela, który znał przecież Gorkiego. Poza tym w scenie w korytarzu, w domu jedna z postaci mówi żart o tym, że właśnie wróciła bo poszła zgasić światło w El Morro, to jest mniej więcej dokładnie to, co powiedział Gorki do Benito, kiedy ten przyszedł nas odwiedzić w domu, w którym Gorki mieszka ze swoim ojcem. Potem spisywał wiele takich żarcików w swoim notesie. Co do przedstawienia Gorkiego przez Ismaela – zrobił to najlepiej, jak mógł, nikt przecież nie może być inną osobą. Ludzie, którzy znają Gorkiego widzą, że to nie jest on, ale myślę, że to dobra interpretacja osoby jaką jest. Ale to w końcu film.
Ja: Dobrze, wróćmy więc do muzyki – jak wygląda sprawa organizowania koncertów? Gracie, gdzie chcecie?
CD: Słuchaj, organizowanie koncertów na Kubie to cholernie trudna sprawa. Dlaczego? Bo wszystkie, dosłownie wszystkie miejsca, które nadają się do grania należą do państwa. Porno Para Ricardo nigdy nie zagra w tych miejscach. No chyba, że nagle nas oświeci i wymyślimy jakąś supertajną strategię, żeby tego dokonać. (śmiech) My nie mamy i nigdy mieć nie będziemy pozwolenia na granie, a osoby, które prowadzą wszystkie sale koncertowe czy inne takie miejsca zostaną zwolnione, jeżeli nas tam wpuszczą. Więc nasze koncerty muszą się odbywać w prywatnych domach. Nie możemy zapraszać wielu osób. Dlaczego? Bo im więcej osób, tym większe ryzyko, że zjawi się ktoś kto pracuje w policji, Ministerstwie Kultury, czy gdziekolwiek indziej i że koncert zostanie przerwany. Tak było kilka razy – zaczynamy grać i nagle wpada policja i oznajmia, że mamy się rozejść i żadnego koncertu nie będzie. Blokują wejścia, organizatorzy mają kłopoty itd. Zazwyczaj zapraszamy więc trochę znajomych i mówimy im, żeby zaprosili swoich znajomych i tak tworzy się łańcuszek. Tak to robimy. A – i jeszcze jedno – zapraszać zaczynamy zazwyczaj jeden, góra dwa dni przed koncertem, żeby zapobiec odpowiedzi uprawnionych instytucji. Kiedy dochodzi do nich informacja o planowanym koncercie nie mają już czasu, żeby temu zapobiec, kiedy są gotowi do akcji jest zazwyczaj po koncercie, albo właśnie się kończy.
Ja: Czyli wasi fani muszą być gotowi w każdej chwili?
CD: Tak. A jeżeli jesteś spoza Kuby, to musisz najpierw skontaktować się z nami, inaczej nie masz możliwości dowiedzieć się o tym, że będziemy grać.
Ja: Niedawno opowiadałeś mi przecież, że graliście duży koncert na plaży niedaleko Hawany, na którym z resztą zaśpiewaliście świetną punk rockową wersję „Murów”, nazwałeś to festiwalem, mówiłeś o kilku innych grupach, które również się tam zaprezentowały. Takie przedsięwzięcie wymaga chyba przygotowań?
CD: No tak. Wiesz, rząd ma swoją strategię blokowania nas, ale my mamy swoją strategię na uniknięcie zablokowania. Robimy to bardzo prosto – zmieniamy nazwę zespołu. Oczywiście nie robimy tego sami – mamy przyjaciół, którzy załatwiają nam granie na oficjalnych występach przedstawiając nas jako kogoś zupełnie innego. Festiwal, o którym mówimy, z września br. był prawie niezależny, no ale wiadomo, że potrzebowaliśmy autoryzacji władz, bo bez tego nie wolno ci zgrać nawet na plaży. Niektórzy czasem próbują, ale to bardzo trudne. Więc przedstawiamy się jako kapela x, czy kapela no name i gramy swoje piosenki. Ludzie, którzy wydają autoryzację, czy kontrolują koncerty nie są na tyle wyrafinowani, żeby sprawdzić nazwiska członków zespołu i zastanowić się nad tym, czy już ich przypadkiem kiedyś nie widzieli. No może czasami sprawdzają, ale na pewno nie zawsze. Bierzemy to pod uwagę i zawsze próbujemy mimo wszystko zagrać.
Ja: Mówiłeś też, że podczas tego koncertu pojawiło się też kilka innych kapel, które w swoich tekstach są mocno krytyczne…
CD: Nie, nie kilka, było ich naprawdę dużo.
Ja: To są nowe zespoły, czy też grają już od iluś lat? A może władza jeszcze po prostu o nich nie wie? Czy inni też muszą stosować różne wybiegi, żeby móc zagrać?
CD: Zacznijmy od tego, że jest kilka poziomów cenzury. Te inne zespoły grają naprawdę dobrze i są bardzo krytycznie nastawione. Ale problem z Porno Para Ricardo polega na tym, że my nie mamy najmniejszego nawet szacunku dla władzy (śmiech). Więc my zawsze próbujemy jak najbardziej prowokować, w naszych tekstach używamy konkretnych nazwisk. I nazwiska są bardzo ważne. Jeżeli nie podajesz konkretnych nazwisk nie jesteś na tym samym poziomie. Możesz kontestować wszystkie partyjne świętości, ale mimo to jesteś o jeden poziom niżej w cenzurze. My jesteśmy już na tym najwyższym poziomie, bo wyraźnie wymawiamy nazwiska takie jak Fidel Castro, czy Raul Castro.
Ja: A gdzie jest granica? Czy istnieje coś, czego nie zrobicie w obawie przed dalszymi represjami?
CD: W muzyce i słowach nie widzę już żadnej granicy do przekroczenia. Złamaliśmy już wszystkie zasady i przekroczyliśmy wszelkie granice. Co innego jeśli chodzi o tak zwany performance związany z każdym występem – to jest jeszcze pole do popisu. Moglibyśmy się przebrać nie wiem, za Fidela Castro i go sparodiować, ale nie bardzo mamy na to środki. No i nie gramy aż tylu koncertów. Ale w samej twórczości nie wierzę, że istnieje jakakolwiek bariera, której bym nie przekroczył, jeśli uznałbym, że jest warto, że w jakiś sposób się z nią identyfikuję. Mogę na przykład powiedzieć, że nigdy w swoich słowach nie zamierzam nawoływać ludzi np. do zabicia kogoś, bo to jest niezgodne ze mną samym, więc nie chcę tego robić. Sam pomysł mi się nie podoba, więc go nie zrealizuję, ale to nie strach jest przeszkodą, tylko właśnie ta niezgodność. Chociaż to może jest granica, której przekroczenie posłałoby nas na jeszcze wyższy poziom cenzury. A im wyżej się wspinasz na stopnie cenzury, tym większe czekają cię represje.
Ja: Dwa lata temu stworzyłeś swój solowy projekt, La Babosa Azul. Co spowodowało, że postanowiłeś zając się czymś tak muzycznie odrębnym od tego, co robicie w PPR?
CD: Uwielbiam eksperymentować z muzyką. Jeśli porównasz muzycznie same płyty La Babosa Azul, zobaczysz, że na pierwszej masz do czynienia z mieszanką rocka i jazzu, zaś druga to moje interpretacje piosenek Wladimira Wysockiego i Jacka Kaczmarskiego, która od tamtej różni się diametralnie – zarówno muzycznie, jak i w warstwie tekstowej. Lubię zmiany. Piosenki Kaczmarskiego i Wysockiego bardzo mi się spodobały, a poznałem je dzięki Danielowi Romanowi, który kiedyś pracował w Polskiej Ambasadzie w Hawanie. Miałem wiele radości przy tworzeniu własnych wersji tych utworów. Jedna z tych piosenek, „Los Muros”, czyli po polsku „Mury” to wersja katalońskiego utworu napisanego przez Luisa Llacha. Przetłumaczyliśmy na hiszpański obie wersje – Kaczmarskiego z języka polskiego i Llacha z języka katalońskiego. Bo oczywiście słowa nie są o tym samym – Kaczmarski wziął muzykę i napisał zupełnie nowe słowa. Tę wersję gram sam na gitarze na płycie „Cuando amanezca un dia”, drugą nagraliśmy z Porno Para Ricardo i umieściliśmy w najnowszym albumie „El album rojo (destenido).
Ja: Wiemy już, że ostatnio nagrywałeś tłumaczenia piosenek, które w Polsce są dobrze znane, a o czym był twój pierwszy album?
CD: Jeśli pytasz mnie o tematy, które mnie najbardziej interesują, to mogę powiedzieć, że one przychodzą etapami. Bo było wiele piosenek, które śpiewałem zanim założyliśmy Porno Para Ricardo i których nigdy nie nagrałem. A to był piękny okres w moim życiu. Więc – pierwszy album, jaki nagraliśmy to „Rock para las masas (carnicas)”, czyli rock dla „mięsnych” mas. „Mięsna masa” to pojęcie nieprzetłumaczalnie, rodzaj jedzenia, które możesz kupić na Kubie. Skojarzyliśmy to oczywiście z masą ludzką i tak powstał tytuł. Wszystkie piosenki na tę płytę zostały napisane przez Gorkiego. Kolejne płyty, które nagraliśmy już po wyjściu Gorkiego z więzienia to były „Nie lubię polityki, ale polityka lubi mnie” i „Jestem porno, więc jestem popularny”, który to tytuł był parafrazą reklamy kubańskich papierosów o nazwie „Popular”. Wszystkie nagrywaliśmy samodzielnie, we własnych domach lub prywatnych studiach, które wynajmowaliśmy. Ale ja się rozgadałem, a ty chyba nie o to pytałaś…
Ja: No nie, pytałam o pierwszą płytę La Babosa Azul i poruszaną na niej tematykę.
CD: A… no tak, wiedziałem, że gadam od rzeczy (śmiech). Cóż… La Babosa Azul stworzyłem po to, żeby móc zająć się tym wszystkim, co powstawało w oderwaniu od Porno Para Ricardo. Dlatego te albumy są tak różne. Pierwszy to album żartów. Zatytułowałem go „Idioteces Urbanas”, co możesz przetłumaczyć jako „kubańska głupota”, czy jakoś tak.
To nie są polityczne piosenki. To było jak zrobienie sobie przerwy od treści, którymi zajmujemy się razem z PPR. Tak się akurat złożyło, że sporo wtedy grałem sam, na gitarze akustycznej w różnych miejscach publicznych, parkach, tam gdzie gromadzili się ludzie. To wszystko miało na mnie duży wpływ, więc postanowiłem wszystkie te piosenki umieścić na jednej płycie. Muzyka na niej jest różnorodna, jedna piosenka różni się mocno od drugiej. A o tym, jaka ma być, decydował zazwyczaj nastrój w jakim budziłem się rano. Wstawałem, robiłem różne aranżacje, aż powstał cały album. Lubię go słuchać. Bo czasami bierzesz do ręki jakąś płytę, słuchasz jej i po chwili wiesz tylko, że jedna piosenka podobna jest do drugiej. Ja nie umiem tak pracować. Nie umiem powtarzać takiej samej aranżacji. Nagrywam melodię, potem siadam do komputera i za każdym razem wychodzi mi coś innego. Jest zupełnie inaczej niż gdy nagrywamy z Porno Para Ricardo, gdzie każdy przychodzi z jakąś piosenką, zazwyczaj Gorki albo ja i reszta chłopaków dodaje coś od siebie do momentu aż uznamy utwór za zakończony. La Babosa Azul to coś o wiele bardziej osobistego. Wszystko robię tam sam – gram na wszystkich instrumentach, robię aranżację, śpiewam, podkładam chórki. Teraz planuję kontynuować tę zabawę i nagrać nową płytę, z utworami nigdy dotąd nie publikowanymi. Będę się starał nawiązać do kubańskich rytmów, no i zobaczymy co z tego wyjdzie.
Ja: A jak kubańska publiczność reaguje na te piosenki? Na to co robisz w obu projektach?
CD: Zacznijmy od tego, że najpiękniejszym momentem grania w jakimś zespole, czy w ogóle grania, jest chwila, gdy stykasz się z publicznością, możesz zobaczyć, czy to, co robisz im się podoba, czy nie. Oczywiście zazwyczaj nie pisze się dla słuchaczy tylko dla samego siebie, ale jednak konfrontacja z publicznością pozostaje częścią procesu twórczego. Porno Para Ricardo zawsze, odkąd pamiętam, miało dobre przyjęcie, chociaż muszę przyznać, że ostatnio jest lepiej niż kiedykolwiek. Rzadko gramy, ale kiedy już gramy, to ludzie wchodzą na scenę, zabierają nam mikrofony, żeby móc zaśpiewać razem z nami, tłoczą się koło nas i wszyscy te piosenki znają. Chociaż nie mam pojęcia, kurwa skąd. Przecież nie sprzedajemy płyt na Kubie, jasne rozdajemy muzykę – na płytach nagrywanych w domu, przenośnych pamięciach, ale dajemy to przyjaciołom, a to potem rozprzestrzenia się jak wirus. Nie gramy w telewizji, nie ma nas w radio a i tak wszyscy, którzy przychodzą na koncerty, znają piosenki. Od początku do końca.
Ja: No ale to jest chyba główny cel, prawda? Piszesz chyba właśnie dla kubańskiej publiczności, nie dla osób z zagranicy?
CD: Jasne, chociaż w przypadku PPR to zawsze była kontrowersyjna sprawa, bo nasi menedżerowie każą nam trzymać nowe kawałki w ukryciu przez jakiś czas, aż do momentu, gdy powstanie nowa płyta i zacznie być sprzedawana za granicą. A jest oczywiste, że sprzedawać możemy za granicą, bo tylko tam możemy płytę w ogóle wydać, tu byłoby za drogo i w ogóle jest to prawie fikcja. Mamy stronę internetową, za pomocą której sprzedajemy, głównie w Stanach Zjednoczonych i tak dalej. W każdym razie od momentu nagrania materiału do rozpoczęcia sprzedaży zawsze mija sporo czasu i dostaję kręćka, bo chciałbym od razu zacząć rozprowadzać muzykę wśród ludzi tutaj. No i tak siedzę jak na szpilkach co chwila pytając – już mogę? A teraz już mogę? I jak tylko pozwolą to zaczynam dawać tę muzykę komu się da. Ale tak naprawdę ja nie piszę muzyki nawet dla ludzi na Kubie, ja to robię dla siebie. Nie zastanawiam się nad tym, co ludzie pomyślą o nowych kawałkach. Na przykład album z piosenkami Kaczmarskiego i Wysockiego nie był tak popularny jak te, które nagrywaliśmy z chłopakami z PPR. To płyta dla ludzi lubiących piosenki autorskie, którzy słuchają trovy, a wiadomo, że to jest dużo mniejszy odsetek publiczności. Przy tym nie da się tańczyć, więc od razu ilość słuchaczy spada. Ale mnie to nie przeszkadza, bo to ja mam być zadowolony z efektów pracy. Nieraz na przykład próbowałem śpiewać ludziom „Epitafium dla Wladimira Wysockiego” – to bardzo piękna piosenka, ale też bardo długa, więc ludzie, którzy lubią Cira grającego zabawne piosenki nie mogli jej znieść. Zaczynali słuchać, ale nudzili się już po pierwszych dwóch minutach, bo to jest trudny utwór i żeby zrozumieć o czym on właściwie jest, trzeba się skoncentrować i włożyć w słuchanie sporo wysiłku. Ale mnie to oczywiście nie przeszkadzało, grałem całe dziesięć minut, aż do końca, nie zwracając na nich uwagi (śmiech). Bo ja ją lubię i uważam za piękną i koniec. Ale na tej płycie są również piosenki, które stały się bardzo popularne – „La escuelita”, „Mi guarderia”, tych wszyscy lubią słuchać, bo są zabawne, a Kubańczycy bardzo lubią się śmiać.
Ja: A jak właściwie doszło do tego, że postanowiłeś je nagrać? Jak wyglądała współpraca z polską ambasadą?
CD: Któregoś dnia grałem sobie w parku. I podeszła do mnie kobieta należąca do „Dam w Bieli”, czyli jak wiesz grupy zrzeszającej żony więźniów politycznych i powiedziała, że zna kogoś w polskiej ambasadzie, kto mógłby mi pomóc nagrać moje piosenki. Więc poszedłem tam sądząc, że właśnie swoje utwory będę nagrywał. Ale w ambasadzie okazało się, że wspierają projekty, które są w jakiś sposób związane z polską kulturą. Zacząłem się śmiać, że moje piosenki raczej niewiele mają z nią wspólnego, ale dobrze nam się rozmawiało ze wspomnianym już Danielem Romanem i wykombinował, że moglibyśmy zorganizować jakiś wspólny koncert z Polakiem, który gra podobną do mojej muzykę. Niestety nie znałem żadnego polskiego wykonawcy, za to padł pomysł, żeby może nagrać na Kubie coś polskiego po hiszpańsku. Daniel szukał czegoś, co mogłoby mi się spodobać, a że był wielkim fanem Kaczmarskiego, to dał mi jego płyty. Poprosiłem o jakieś tłumaczenie słów tych piosenek, a że naprawdę bardzo mi się podobały, to zacząłem nad nimi pracować. Było to o tyle łatwiejsze, że przecież Polska też była komunistycznym krajem i ten wasz komunizm od naszego nie mógł się znowu tak bardzo różnić. Dlatego to, co tworzył polski poeta w tamtym okresie okazało się bardzo dobrze adaptowalne do kubańskiej rzeczywistości. One w ogóle brzmiały, jakby były pisane na Kubie, więc ich przełożenie na nasze warunki było naprawdę proste. Właściwie wystarczyło zmienić kilka imion, czy nazw miejsc, w niektórych zmienić nieco metafory na takie, które byłyby łatwiejsze do zrozumienia tu, na miejscu. I powiem ci, że jak na to patrzę z perspektywy czasu, to jest najfajniejsza płyta La Babosa Azul, jaką zrobiłem.
Ja: A poza muzyką? Zajmujesz się jeszcze innymi formami działalności artystycznej?
CD: Kocham się uczyć. Więc jak tylko zaczynam się uczyć czegoś nowego, próbuję to wykorzystać. Teraz komputery dają olbrzymie możliwości, więc staram się ich używać kiedy tylko mogę. Poza tym pojawiły się blogi. Jak tylko dowiedziałem się, że istnieje możliwość zrobienia własnej strony i że publikowanie na niej jakiegokolwiek materiału jest dziecinnie proste, założyłem własnego bloga, El auditorio imbecil, czyli „głupia widownia”. Dzięki temu mam własne miejsce, w którym mogę sobie urządzać własne koncerty, a słuchacz może przyjść, kiedy chce. Umieszczam tam filmy, klipy, które kręcę w domu, ale też nagrania z koncertów. To po prostu kolejna forma ekspresji.
Ja: Poza blogiem są też strony internetowe – dwie strony Porno Para Ricardo, jedna nazywana oficjalną i nieoficjalna prowadzona przez kolektyw Cuba Underground oraz strona La Babosa Azul. Przy czym dwie pierwsze są niezbyt często aktualizowane, natomiast ostatnia wydaje się nieco „żywsza”. Czy to ty osobiście się nią zajmujesz?
CD: Nie, nie sam. Strona La Babosa Azul też jest na serwerze Cuba Underground i ma swojego administratora, z którym jednak dużo współpracuję. Jej aktualizowaniem zajmuje się mój dobry znajomy. Często wysyłam mu teksty, które chciałbym umieścić na stronie, a on odpowiada za część techniczną. Co do strony Porno Para Ricardo, to pierwsza oficjalna też była na Cuba Underground, ale ze względu na pewne różnice zdań postanowiliśmy się rozstać. No i tamta strona została przekształcona w miejsce dla fanów, gdzie mogą dorzucać newsy, komentować wydarzenia itd. Stworzyliśmy nową i my decydujemy, co jest na niej umieszczane, ale że brak nam czasu na takie rzeczy, więc jest rzadko aktualizowana, służy głównie do sprzedaży płyt.
Ja: A czy jest prawdą, że próbujecie stworzyć własne studio nagraniowe?
CD: Taaaaak!!! Ono nawet już funkcjonuje, robiliśmy w nim nagrania. Brakuje nam tylko stałego miejsca. Za każdym razem, jak ktoś chce coś nagrać, to muszę jeździć ze sprzętem, przystosowywać miejsce do nagrań, wyciszać pomieszczenia, zamykać okna (Ciro zaczyna wymachiwać ramą okna i przy okazji robi sobie krzywdę) i takie tam. Auuu… No, właśnie dlatego próbujemy przygotować lokal dla tego studia, żebym nie musiał walczyć ze sprzętem za każdym razem. Ale i tak działamy. Nagraliśmy tam już trzy płyty i przymierzamy się do kolejnych trzech, w tym do nowego albumu kapeli Eskoria, która jest świetną punkową formacją. Chce z nami nagrywać też Bario Dentro, kolejna grupa punkowa. Staramy się im pomagać, bo nagranie płyty w tym kraju to trudne zadanie, a dla grupy punkowej to już gimnastyka – brak kasy, technologii. My gramy od dziesięciu lat, w pełnej izolacji, więc musieliśmy sami wystarać się o wszystko, co było potrzebne i jakoś nam się to w końcu udało. Czas podzielić się z młodszymi.
Ja: Wiemy już, co planujesz daje robić z projektem La Babosa Azul. A co z Porno Para Ricardo, szczególnie teraz, gdy Gorki szlaja się za granicą?
CD: W przeciągu ostatnich trzech, czterech miesięcy zagraliśmy więcej koncertów niż wcześniej graliśmy w dwa lata. Gorki nie miał szczęścia być tu z nami, a nagle zaczęliśmy dostawać sporo zaproszeń. Z resztą graliśmy też kiedy był w więzieniu, na pewno nie tak dużo, ale zawsze. PPR się nie zatrzymuje. Poza tym nawet jak gram z chłopakami pod szyldem La Babosa Azul, to i tak gramy nasze utwory z Porno Para Ricardo, bo jesteśmy przecież tymi samymi ludźmi, poza tym słuchacze często proszą nas o zagranie tego, czy innego kawałka, nie ważne na jakiej płycie został wydany. Nie możemy odmówić, bo niby co mamy powiedzieć? Nie jesteśmy Porno Para Ricardo? Jak nie? Przecież to ty, ty i ty, a jak nie, to kto ty cholera jesteś? (śmiech). A co do płyt, to z PPR myślimy o dwóch CD – chcemy nagrać nowe kawałki, ale jeszcze nie jesteśmy zdecydowani, czy wcześniej nie nagramy płyty podsumowującej nasze dziesięciolecie. Chociaż teraz to już właściwie jedenaście, coś powoli nam to idzie (śmiech). Ale wiesz, chcieliśmy, żeby to był taki specjalny album, z powiększonym składem, dodatkowymi instrumentami, jak saksofon, czy skrzypce, o zupełnie innym, nowym brzmieniu. A z La Babosa Azul to i tak nie wiem, co zrobię – czy tak, jak ci mówiłem – stare kawałki ale ubrane w tradycyjne kubańskie rytmy, czy jakieś nowe piosenki, nad wszystkim pracuję właściwie jednocześnie, więc nie wiem, co skończę najpierw.
Ja: No tak, bo to przecież zależy od tego, w jakim nastroju wstaniesz rano.
CD: No właśnie. (śmiech). Dzisiaj obudziłem się w nastroju do nagrania parodii utworów innych artystów. Ale wiem jedno – ostatnia płyta była grana wyłącznie na gitarze, więc kolejna na pewno nie będzie. Muszę zrobić coś większego.
Podziękowałam za rozmowę, a Ciro w odpowiedzi zaśpiewał mi fragment piosenki „Epitafium dla Wysockiego” po polsku…

piątek, 5 marca 2010

Wywiad z Claudią Cadelo

Troszkę trzeba było czekać, ale wreszcie się ukazał na stronie "Solidarni z Kubą":
http://www.solidarnizkuba.pl/artykuly,prasa,blogosferanakubie
Debiut mojego pseudonimu literackiego... :D
A poniżej przytaczam cały wywiad, ze zdjęciem, a właściwie kadrem z filmiku, który wtedy z Kasią nagrałyśmy kamerą Claudii:























Jadwiga Aleksandrape: Na początek chciałam cię zapytać kim jest Claudia Cadelo poza byciem blogerką? Co studiowałaś, gdzie pracujesz?

Studiowałam księgowość i następnie przez dwa lata pracowałam jako księgowa w Ministerstwie Edukacji oraz w zakładzie fryzjerskim. To była totalna porażka. Oba te miejsca należą do rządu, więc zawsze były problemy z pieniędzmi, a rachunki nigdy się nie zgadzały - zupełne wariactwo. Po dwóch latach więc, gdy tylko zakończyłam swoją służbę publiczną, skończyłam też z pracą księgowej. Rozpoczęłam naukę języka francuskiego i obecnie jestem lektorką. Pracuję prywatnie dla francuskiej firmy w Hawanie.

j.a.: Jesteś zadowolona z tego, że pracujesz prywatnie, czy może jednak lepiej byłoby pracować w szkole publicznej?

Prywatnie zarabia się o wiele więcej, zdecydowanie.

j.a.: To duża różnica? Nie mam na myśli konkretnych sum, raczej przełożenie.

Tak, to o… 10 tysięcy razy więcej? Nie wiem… Dużo więcej. (śmiech)

j.a.: A wiesz może dlaczego tak wielu ludzi w tym kraju przedstawia się jako nauczyciele? Gdy podróżując po Kubie spotykasz kogoś na ulicy, obojętne którego miasta, zazwyczaj dowiadujesz się, że jest nauczycielem tego, czy owego. Czy to popularny zawód?

Nie wiem szczerze mówiąc… Nie spotkałam się z tym.

j.a.: Skąd wziął się pomysł na bloga, czy sama nagle odczułaś taką potrzebę, czy raczej ktoś Ci podpowiedział, że to dobry pomysł?

Ja nawet nie wiedziałam, czym właściwie jest blog, gdy postanowiłam zacząć pisanie własnego. Oczywiście miałam na ten temat pewne wyobrażenie, rozumiałam sam koncept, ale nigdy żadnego nie widziałam.

W sierpniu 2008 roku Gorki, lider Porno Para Ricardo, trafił do więzienia na podstawie „domniemania winności”, które oznacza, że nawet jeżeli nic nie zrobiłaś, kubański rząd może cię aresztować, ponieważ stanowisz potencjalne zagrożenie. Tak więc Gorki został osadzony w więzieniu. Normalnie na podstawie takiego oskarżenia można zostać skazanym na odsiadkę od roku do czterech lat. W tej sytuacji postanowiliśmy[1] zadzwonić do Yoani. Powiedziałam jej, co się dzieje i ona opisała całą sytuację na swoim blogu. Ja w tym czasie napisałam tysiące maili, codziennie wysyłałam jakieś wiadomości do przyjaciół i znajomych, również za granicę, wyrażających moje poparcie i prośbę o to samo. Wielu przyjaciół tu, w Hawanie okazało w tym momencie wielką solidarność, w szczególności jedna osoba - kolega, który miał dostęp do Internetu i pozwolił mi spędzić przy komputerze tyle czasu, ile uznałam za stosowne. Po czterech dniach odbył się proces. Gorki zamiast na cztery lata został skazany na karę grzywny w wysokości 600 peso, a różnica między czterema latami a 600 peso jest zasadnicza. To był moment, w którym zdałam sobie sprawę, że jeżeli uda się zebrać grupę ludzi, którzy chcą tego samego, można wywrzeć pewną presję na rząd. Jeżeli zaczniesz krzyczeć tak, aby ludzie za granicą cię usłyszeli i ludzie wewnątrz kraju postanowili się dołączyć, masz możliwość wywierania nacisku. Byłam bardzo poruszona wydarzeniami tych czterech dni. W tym krótkim okresie w moim życiu wydarzyło się bardzo wiele. Pierwszego dnia poznałam wreszcie Yoani, bo wcześniej widziałam ją tylko z daleka i rozmawiałam z nią raz przez telefon. Już trzeciego dnia poszłyśmy razem z Ciro na koncert, który akurat odbywał się w Hawanie, z wielkim plakatem, na którym napisaliśmy po prostu „Gorki”. Jednak zanim zdążyliśmy go rozwinąć, policjanci w cywilnych ubraniach już nas otoczyli i zaatakowali. To były bardzo trudne chwile. Ciro został zabrany przez policję, nas poturbowali, bardzo to przeżyłam. Kolejnego dnia był proces i zrozumiałam, że od tej chwili moje życie już nigdy nie będzie takie samo. Skoro mogę wywierać nacisk na rząd, to powinnam to robić. I postanowiłam zacząć pisać bloga. Na początku było ciężko, bo jak już mówiłam, nie widziałam nigdy bloga w wersji on-line. Pomogłam Yoani przetłumaczyć kilka początkowych postów na francuski, bo brakowało tłumaczenia kilku wpisów, widziałam go w wersji roboczej, ale nigdy bezpośrednio ze strony otwartej w Internecie. I tak pierwszym blogiem, który zobaczyłam on-line był mój własny. Stwierdziłam, że jest bardzo brzydki (śmiech).

j.a.: Nie jest dziwne, że pierwszym blogiem, którego zobaczyłaś był twój własny, bo przecież Kuba jest krajem o najniższym dostępie do Internetu na zachodniej półkuli. Według statystyk zaledwie dwa procent społeczeństwa ma dostęp do sieci.

W tej chwili rząd twierdzi, że jest to dziesięć procent. Ale oni liczą ludzi, którzy mają dostęp wyłącznie do poczty elektronicznej. Ewentualnie tych, którzy mają dostęp do sieci krajowej, ale nie do Internetu jako takiego. Więc to dziesięć procent, to jednak spore przekłamanie. Niemniej jednak sądzę, że dwa procent to też już nie jest właściwa liczba. Te dwa procent to mogą być ludzie, którzy z Internetem łączą się legalnie. A większość osób korzysta z niego nielegalnie. Co z kolei powoduje, że odsetek ludzi korzystających z sieci jest niemożliwy do policzenia.

j.a.: Skoro dostęp do sieci jest tak utrudniony, jak udaje Ci się publikować posty – czasami jest ich przecież nawet kilka tygodniowo?

Zazwyczaj korzystam z pomocy osoby, która mieszka poza Kubą. Jeśli nie mam szansy połączenia się z Internetem, co zdarza się bardzo często, przygotowuję post w wersji off-line – tekst, zdjęcia, wszystko opatruję odpowiednią datą i tytułem i wysyłam za pomocą poczty elektronicznej. Kiedy indziej z kolei próbuję korzystać z dostępu do sieci w hotelach. Sądzę też, że jeżeli masz dostęp do Internetu przez cały czas, nie zdajesz sobie nawet sprawy, w jak trudnych warunkach można tworzyć posty na bloga. To cały skomplikowany i ciekawy system. Możesz je wysyłać na stronę z kont poczty elektronicznej – własnych lub cudzych, ale nawet z tych stworzonych na potrzeby sieci krajowej. Możesz przygotować kilka postów wcześniej i potem opublikować je hurtem prosto na swojej stronie. Albo korzystać z pomocy osób trzecich. Możliwości są różne, raz korzystasz z jednej, raz z drugiej, ale zaskakujące jest, jak wiele człowiek ma pomysłów, kiedy nie jest w stanie zrobić czegoś ot tak, po prostu.

j.a.: Skoro już mówimy o Twoim blogu, to powiedz mi co jest głównym obiektem Twojego zainteresowania jako blogerki, o czym piszesz przede wszystkim i co uważasz za najważniejsze?

Chcę opowiadać przede wszystkim o aktualnej, kubańskiej rzeczywistości. Czasem przedstawiam swoje opinie, czy też „refleksje”, chociaż bardzo nie lubię tego słowa, dotyczące stricte polityki. Piszę o historiach ludzi, których znam. Czasem na moim blogu publikuję też teksty innych osób. W szczególności dwóch. Jedna z nich woli pozostać anonimowa i pisze pod pseudonimem. Druga to Ciro. Ciro pisze zabawne opowiadania, w cyklu zatytułowanym „Ciro vs Urząd Bezpieczeństwa”. Te opowiadania to chyba moja ulubiona część tego bloga (śmiech).

j.a.: W nagłówku swojego bloga używasz fotokopii własnego dowodu osobistego. Czym jest to podyktowane?

CC: Powodów dla których postanowiłam wylegitymować się w sieci było kilka. Przede wszystkim byłam zupełnie pewna, że rząd i tak wie, kim jestem. Więc skoro oni wiedzą, to wszyscy mogą wiedzieć. Bo jeśli miałabym się ukrywać, to musiałabym się ukrywać właśnie przed rządem. A skoro to i tak było niemożliwe, to po co w ogóle miałam próbować? Drugim powodem było to, że nie chciałam tworzyć profilu swojej osoby, uznałam, że opis bloga jest wystarczający, ale przecież musiałam się w jakiś sposób przedstawić ewentualnym czytelnikom. A poza tym był to moment, w którym wszyscy korzystali w jakiś sposób ze swoich dowodów osobistych, to była taka moda w naszym środowisku. Lia, blogerka z Hawany umieściła swój dowód na blogu, Yoani zrobiła to samo, a chłopaki z Porno Para Ricardo nadrukowali kserokopie swoich dowodów na okładkę najnowszej płyty. Uznałam to za świetny pomysł, to było jak wyznanie „nie będziemy się ukrywać”.

j.a.: Mówisz, że postanowiliście się ujawnić, czy to oznacza, że ukrycie się byłoby prostszym rozwiązaniem? Czy pisanie bloga o kubańskiej rzeczywistości może być niebezpieczne?

Jasne, że może być niebezpieczne. Nie wiem, jaki jest najwyższy poziom ryzyka, które człowiek może podjąć. Ale czułam, że się narażam. Kiedyś dzwoniono do mnie z policji z ostrzeżeniem. Trzykrotnie odmawiano mi dostępu do różnych wydarzeń kulturalnych – za trzecim razem uznałam to już za sytuację powtarzalną. Takie rzeczy powodują, że czujesz się odseparowany od tzw. normalności. Ale najdziwniejsze jest to, że ludzie zaczynają się ciebie obawiać. Bardziej odczuwasz chyba ich strach niż rzeczywiste zagrożenia, czy utrudnienia. Nie zostałam nigdy poddana represjom, w pełnym tego słowa znaczeniu, ale czuję, że ludzie z mojego otoczenia są wręcz pewni, że w końcu tak się stanie, że mnie „dopadną”. Moi znajomi boją się bardziej ode mnie i obawiają się mnie, kontaktów ze mną itd. To dziwne i nieprzyjemne uczucie.

j.a.: A co powoduje, że Ty się boisz mniej? Skąd ta wytrwałość działaniu?

Bałam się bardzo. Bałam się na początku – przez te cztery dni, kiedy Gorki był w areszcie, a my, jego znajomi rozsyłaliśmy po świecie wiadomości o jego zatrzymaniu. Kiedy szliśmy na koncert z plakatem, kiedy Ciro też został zatrzymany. Pamiętam, że którejś nocy bałam się tak bardzo, że jak położyliśmy się spać, to cała się trzęsłam i to na tyle, że moje ciało aż podskakiwało na łóżku. Myślę, że to był taki punkt kulminacyjny. Bałam się już tak bardzo, że bardziej nie można. I od tego czasu mój strach zaczął jakby opadać. Nie byłam już w stanie bać się bardziej i dłużej.

j.a.: Wasza akcja tamtego sierpnia rzeczywiście odniosła skutek. Cały świat pisał o zatrzymaniu Gorkiego, zareagowała nawet administracja USA. A jaki wpływ udało się Wam wywrzeć na kubańskie społeczeństwo – rząd Gorkiego wypuścił, ale czy sądzisz, że miało to wpływ na świadomość ludzi w kraju?

Myślę, że najważniejsze jest, jaki skutek odniosła w naszych relacjach z rządem. Coś się zmieniło. Myślę, że rządzący zdali sobie sprawę z faktu, że nie żyjemy już w latach sześćdziesiątych. Że istnieje międzynarodowa opinia, która obserwuje życie przeciętnego Kubańczyka na tej wyspie i że oni muszą się z tą opinią liczyć. A przede wszystkim chyba zdali sobie sprawę z tego, że nie są nietykalni. Że ludzie na tej wyspie mogą wywierać na nich też naciski od środka. Myślę też, że zdali sobie sprawę z tego jak wielką siłę daje społeczeństwu wolny przepływ informacji. Co też na pewno jest przyczyną tego, że nieprędko stworzą obywatelom możliwość wolnego dostępu do Internetu. Bo to jest zbyt potężna broń. Co się tyczy natomiast pozostałych ludzi, to niestety nie mogliśmy jakoś konkretnie na nich wpłynąć, bo nie mieli dostępu do informacji o tym, co się działo. Jak nie masz Internetu, to się nie dowiesz.

j.a.: W jaki więc sposób próbujesz dotrzeć do zwykłych ludzi w tym kraju? Tych, którzy nie mają dostępu do sieci i nie mogą przeczytać „octavo cerco”?

Wraz z innymi blogerami dokonujemy selekcji tekstów z różnych blogów i drukujemy magazyn zatytułowany „Voces Cuabanas”. Poza tym wypalamy płyty CD z blogami w wersji off-line. To jest dość zabawne, bo w tym celu używamy programu Dreamweaver, który jest programem dość starym i służy do konstruowania stron internetowych. My używamy go natomiast do ich dekonstruowania, czyli dokładnie w przeciwnym kierunku. Myślę, że nikt poza nami nigdy nie używał go w taki sposób (śmiech). Natomiast wracając do naszego magazynu – drukujemy niewiele kopii, to wszystko jest przygotowywane w domu, więc ukazuje się może dwadzieścia egzemplarzy każdego numeru. Ale wybrane teksty nagrywamy też w postaci pliku PDF i rozprowadzamy na „memory flash”, czy w jakikolwiek inny sposób. Kopii drukowanych jest tak mało, ponieważ pisanie na Kubie nie jest nielegalne, ale już wydawanie magazynu owszem i za to można pójść siedzieć.

j.a.: Czy zdarza Wam się wychodzić na ulicę i głosić swoje poglądy głośno? Czy organizujecie jakieś happeningi?

Owszem, zdarza nam się wychodzić na ulicę, ale nie jest to częste. Przede wszystkim nie tworzymy żadnego rodzaju grupy, czy organizacji. Więc zdarza się, że część osób postanawia zrobić coś na kształt manifestacji, ale nie wszyscy się dołączają. Ja staram się zawsze dołączyć, bo to lubię. Ale może się okazać, że przyjdziesz na jakiś happening i będziesz tam sama. Na Kubie nie ma solidarności. Jakaś grupka coś zrobi, uda się albo i nie, po czym kolejni mówią, że też zrobią coś takiego, ale brakuje współpracy, daleko nam do zorganizowania. Poza tym jest to niebezpieczne, bo często kończy się fizycznymi atakami ze strony nieumundurowanych policjantów. No i przez to, że jest nas zazwyczaj tak niewiele, to mamy niewielką siłę przebicia. Więc w efekcie nic się nie zmienia. Świat nie będzie się oglądał na kilka osób. Kubańczycy też. Ktoś cię pobije i nie będzie to miało żadnych konsekwencji. A osobiście muszę przyznać, że nie jest moim celem stać się ofiarą pobicia. Więc jeśli już wychodzę na ulicę, to tylko w ważnych sprawach, które naprawdę są obiektem mojego zainteresowania. Najczęściej są to happeningi dotyczące dostępu do Internetu, bo istnieję w tej wirtualnej rzeczywistości i uważam, że mam prawo tam być i o to będę się zawsze kłócić. Tak jak jakiś czas temu, gdy magazyn Temas zorganizował dyskusję na temat Internetu w kawiarni Fresa y Chocolate. Poszłam tam, mimo że wiedziałam, że mnie nie wpuszczą. Chociaż miałam jeszcze nadzieję, nie byłam pewna. Ale poszłam przede wszystkim dlatego, że wiedziałam, że tam nie zostanę pobita. Co innego w kwestiach tak ważnych, jak aresztowanie Gorkiego, o którym już mówiłam – wtedy idąc na koncert z plakatem z imieniem Gorkiego wiedziałam, że oberwę. Może tylko nie spodziewałam się, że aż tak mocno. Tak więc owszem, wychodzę, ale tylko, kiedy jest to naprawdę ważne. Bo ciężko zobaczyć sens w manifestacji, o której wiesz, że i tak zobaczysz tam tylko pięć tych samych twarzy, co zawsze.

j.a.: A czy rozmawiasz otwarcie z ludźmi, których nie znasz, czy prezentujesz swoje poglądy każdemu?

Tak, jak najbardziej. Jak choćby z tymi płytami CD, choć teraz już najczęściej wypalamy DVD, bo zrobiło się tego naprawdę sporo. W zeszłym miesiącu rozdałam 150 płyt. Czasami chodzę po prostu w miejsca, w których gromadzą się młodzi ludzie i wręczam im te płyty. To jest mój cel – rozprowadzanie informacji. I muszę przyznać, ze jak na nasze warunki, informacja w wersji elektronicznej rozchodzi się naprawdę szybko. Dużo szybciej niż cokolwiek na papierze.

j.a.: Wróćmy do Twojego bloga. Posty przez Ciebie publikowane są najczęściej bardzo pesymistyczne. Tymczasem turyści, którzy przyjeżdżają tu na wakacje odbierają Kubę jako kraj, może i komunistyczny, ale za to pełen rozśpiewanych, roztańczonych i roześmianych ludzi. Dlaczego Ty też nie chcesz tańczyć i śpiewać?

Wyobrażam to sobie tak – jeśli ktoś przyjeżdża do kraju, o którym nic nie wie, najczęściej jest w stanie obejrzeć go jedynie powierzchownie. Większość ludzi jeździ do Viñales, czy Varadero, a w Hawanie zwiedza tylko centrum i starówkę, gdzie spotykają uśmiechniętych i przyjaznych autochtonów. Jasne, że Kubańczycy są uśmiechnięci i przyjaźni, bo chcą wyciągnąć z turystów pieniądze. Poza tym w ogóle ludzie w tym kraju są mili, jesteśmy w sumie naprawdę sympatycznym narodem i to w naturalny, niewymuszony sposób. Jednak w ciągu kilku ostatnich lat nawet w Hawanie można zobaczyć, że nastroje ulegają zmianie. Sytuacja jest coraz cięższa i ludzie stają się przygnębieni. Ale na pewno nie będą tego chcieli okazywać przed turystami. Więc jeżeli przybysz z zagranicy pojedzie tylko w najpopularniejsze miejsca, to zobaczy wyłącznie uśmiechy i zadowolenie. Ale przecież nie taka jest prawdziwa Kuba.

j.a.: Więc jakim miejscem jest prawdziwa Kuba?

Bardzo smutnym. Zresztą jak może być inaczej, skoro ludzie zarabiają 15 CUC miesięcznie i mają z tego przeżyć? Zaczynają się kradzieże, trzeba się uśmiechać do turystów, kombinować na różne, nielegalne sposoby. Ludzie w tym kraju mają podwójną moralność. Jedną na użytek prywatny, a drugą na użytek państwowy – żeby utrzymać pracę donoszą na innych, są skorumpowani i sami korumpują innych. Najprostszy przykład – szpital - kiedy tam trafiasz to traktują cię jak gówno, nie ma lekarstw ani żadnej opieki. Jak zapłacisz, to potraktują cię trochę lepiej, ale też nie „dobrze”, a lekarstw i tak nie wyczarują. Prawdziwa Kuba jest poza strefą CUC, jest w świecie waluty narodowej. Chciałam jednak dodać, że zmiana sytuacji ekonomicznej w tym kraju nie jest moim nadrzędnym celem i nie po to piszę bloga. To zajmie lata, bo kraj jest zupełnie wyniszczony. Więc kiedy mówię o zmianach, jakich pragnę, nie mam na myśli zagadnień ekonomicznych, tylko politykę tego kraju. Bo nawet jeśli wydarzyłby się cud i zaczęlibyśmy nagle zarabiać nie piętnaście, a pięćset CUC, to chociaż wszystkim żyłoby się lepiej, ja nadal krzyczałabym, że chcę zmian. Bo nie jest jedynym moim prawem więcej zarabiać, mam też inne prawa. Mam prawo podróżować, mieć własne zdanie w kwestiach politycznych i mam prawo nie zgadzać się z rządem.

j.a.: Wspomniałaś o podróżach, wiem, że byłaś kiedyś za granicą, jak się czułaś w innym kraju?

Byłam na Gwadelupie, to wyspa, jak Kuba. I może przez to strasznie za Kubą tęskniłam (śmiech). Chciałam jak najszybciej wrócić. Ale udało mi się sporo rzeczy zaobserwować – Gwadelupa to kraj rozwinięty, dobrze prosperujący. I co mi się podobało, to to, że ludzie, gdy mają pieniądze, mogą robić wiele dobrego. Żyją tam jakoś piękniej. Ale i tak tęskniłam bardzo – bo mimo wszystko lubię swój kraj i tutejszych ludzi.

j.a.: Więc nie należysz do osób, które chciałyby Kubę opuścić?

Chciałabym podróżować. Na Gwadelupie byłam w sumie 15 dni, to za mało, żebym mogłam się nazwać podróżniczką. A chciałabym podróżować, żeby wiedzieć jak życie może wyglądać gdzie indziej. Żeby się uczyć. Chciałabym móc gdzieś pomieszkać, na przykład przez pół roku. Ale nie wyobrażam sobie sytuacji, w której miałabym nie wrócić do kraju. Chcę mieszkać na Kubie. Niestety system tu jest taki, że jeżeli wyjeżdżasz na dłużej, to już nie wracasz, ewentualnie przyjeżdżasz na wakacje. To mnie nie interesuje – nie chcę wracać do własnego kraju na wakacje, chcę tu mieszkać i do innych miejsc jeździć na wakacje.

j.a.: A nie byłoby jednak łatwiej mieszkać gdzie indziej?

Ale ja naprawdę nie chcę mieszkać gdzie indziej. Zmiany przecież muszą kiedyś nadejść. Może jestem trochę pesymistką i nie wierzę, że to się stanie szybko, ale jednak wiem, że stać się musi.

j.a.: A czy masz poczucie, że tym, co robisz możesz rzeczywiście te wyczekiwane zmiany przyspieszyć?

Tylko tym, co robię ja, jako jednostka, na pewno nie. Chociaż bloga tak naprawdę piszę przede wszystkim dla siebie – bo wtedy czuję się lepiej sama ze sobą i mam wrażenie, że nie żyję podwójnym życiem, jak wszyscy tutaj, co jest ogromną ulgą. Mimo to ruch blogerów rośnie, jest nas coraz więcej, a Yoani stała się osobą naprawdę ważną dla opinii międzynarodowej. Więc mogę dokładać swoją cegiełkę do budowania obrazu Kuby w sieci. Może nie mamy wielkiego wpływu na to, co się pisze w gazetach, ale na to, co dzieje się w Internecie, na pewno. Poza tym to nie tylko blogi – dzieje się więcej. Jest ruch raperów, ogólnie muzyków, powstają grupy performerów, z cienia wychodzi co raz więcej niezależnych pisarzy. To są jednostki, ale jeśli spojrzysz na nich ogółem, to zauważysz, że coś się dzieje, coś się zmienia, jeśli nie w polityce, to w świadomości ludzi.

j.a.: Wspomniałaś już, że na Twoim blogu publikują też inni. Uważasz, że fakt, że Ty robisz to cały czas jest dla nich zachętą?

Mam nadzieję. Nie wiem tego na pewno, ale wierzę, że tak. Walczę ze strachem. Przecież ja wciąż piszę i nic jeszcze mi się z tego powodu nie stało, przynajmniej nic poważnego. Można więc pisać, można też robić inne rzeczy. I trzeba przekonywać ludzi, że to możliwe. Bo ludzie są jak sparaliżowani, sądzą, że jak tylko się poruszą, to coś im się zaraz stanie. A nie jest aż tak. Piszę od ponad roku i wciąż tu jestem – we własnym domu i wszystko jest w porządku, nikt mnie nie bije za pisanie, nikt mnie nie wyzywa na ulicy. Czasami tylko zajrzy policja i zażąda ode mnie płyt CD. Poza tym mam porównanie – pomiędzy momentem, kiedy zaczynałam i teraźniejszością. Przyjaciele boją się coraz mniej, moje blogowanie stało się już rzeczą naturalną. Wszystko staje się prostsze.

j.a.: W zeszłym roku otrzymałaś ważną nagrodę za swój blog. Co to była za nagroda?

To był konkurs dla kubańskich blogerów, którego organizatorką była Yoani. Zdobyłam nagrodę dla najpopularniejszego bloga dzięki głosom, które oddali czytelnicy on-line i pierwszą nagrodę jury.

j.a.: Skoro został ustanowiony konkurs na najlepszy blog, to znaczy, że musi ich być sporo?

Jasne. Mamy nawet Akademię Blogerów, w której jestem nauczycielką. Uczę ludzi jak zarządzać własnym blogiem, co robić jako administrator strony i jak bloga założyć. To ciekawe doświadczenie, bo ja wcześniej niczego nie pisałam, no może popełniłam trzy, czy cztery okropne wierszyki, których na szczęście nikomu nie pokazałam. Aż tu nagle po podjęciu decyzji o założeniu bloga, publikowałam posty co 48 godzin. To było dość szalone. W takiej sytuacji człowiek potrzebuje pomocy, żeby nauczyć się pisać. Na początku masz problemy ze wszystkim – gramatyką, słownictwem, czy po prostu zorganizowaniem swoich myśli w przejrzysty tekst. Nie każdy jest pisarzem. A jest wiele osób, które chcą założyć bloga i nie mają pojęcia jak się za to zabrać, bo pisanie jest trudne. Nie czuję się pisarką, mam wrażenie, jakbym na chwilę pożyczyła sobie cudzy zawód. I wielu ludzi ma podobne odczucia. Po to powstała Akademia – żeby ludzie mogli się uczyć i przede wszystkim porównywać. Kiedy nie ma się dostępu do Internetu, jak ja na początku, to ciężko sobie to wszystko wyobrazić. Jak już mówiłam, zanim zaczęłam pisać widziałam tylko bloga Yoani w wersji off-line, więc poruszałam się po omacku. Dzięki Akademii przyszli blogerzy mogą czerpać z doświadczenia tych, którzy robili to już wcześniej. Poza tym mamy zajęcia poświęcone kulturze kubańskiej, pisarstwu, dziennikarstwu. Yoani prowadzi wykłady o prasie światowej. Urządzamy konferencje dla zainteresowanych. Akademia naprawdę się rozwija i to w dobrym kierunku. W tej chwili mamy już około trzydziestu studentów.

j.a.: Czy zajęcia odbywają się tylko w Hawanie?

W domu Yoani. Chociaż ona sama była już w Santiago de Cuba i Pinar del Rio w tym samym celu – uczenia blogowania. I w Pinar del Rio odniosła sukces – na miejscu wsparł ją Dagoberto Valdez, który jest założycielem społeczności obywatelskiej – i to sporej. I w tej chwili w Pinar jest spora liczba blogerów oraz ludzi sprawą zainteresowanych i jej oddanych. Ale niestety w Santiago nie poszło już tak dobrze. To miasto jest ostoją strachu przed reżimem, więc trudno jest tam zacząć działać. Niemniej jednak blogerska społeczność się rozwija i z kubańskiego punktu widzenia dzieje się to naprawdę szybko. W 2007 roku mieliśmy na Kubie dwoje blogerów, a obecnie, w roku 2009 jest już ponad szcześćdziesięciu – tych, którzy aktywnie się tym zajmują. Jak na Kubę to naprawdę olbrzymia liczba. Chociaż pewnie jak patrzy się na to z zewnątrz, to ciężko jest dostrzec ten przyrost, nie robi on tego samego wrażenia.

j.a.: Czyli jesteś optymistką w kwestii rozwoju tej społeczności?

Tak. I to nie tylko jeśli chodzi o blogerów. Mamy XXI wiek, nadchodzi dla nas czas informacji, ludzie są nią zainteresowani, chcą czytać. Wiele osób robi reportaże i rozprowadza je po kraju w formie elektronicznej. Informacja nie jest dostępna już tylko nielicznym, rozchodzi się po kraju. A dostęp do informacji to wolność, może nie pełna, ale już jakaś. I ludzi do tej wolności ciągnie. Tym bardziej, że tak duży dostęp, do jakiego udało nam się doprowadzić jest rzeczą zupełnie nową.

j.a.: Czy Claudia Cadelo zawsze ma o czym pisać? Jak widzisz przyszłość swojego bloga?
Wiesz, ja nie czuję się artystką (śmiech). Ja po prostu siadam i piszę. Nie czuję się natchniona siadając do komputera. Jakby to wytłumaczyć? Hmm… Wyobraź sobie, że masz pracę, którą naprawdę lubisz. Tak jest z pisaniem bloga. Ja to po prostu lubię. Nie szukam natchnienia. Czasami tylko czuję gniew, gdy wydarzy się coś, z czym się bardzo nie zgadzam. Wtedy post jest gniewny, bo ja jestem pełna gniewu. Ale nie piszę pod wpływem konkretnych inspiracji. W ogóle inspiracja to dziwne słowo, nie wiem jak to jest z tą inspiracją. Ale wiem, że nie zamierzam przestać i jestem pewna, że będę pisać dalej. Na pewno.