Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 maja 2013

Yoani Sanchez


Gdyby cztery lata temu ktoś powiedział mi, że będę mieszkała w Warszawie i ze swojego mieszkania będę miała ledwie dziesięć minut drogi do Empiku, w którym odbędzie się spotkanie z Yoani Sanchez, promującą swoją książkę... Zdziwiłabym się.

Bo nie wiedziałam, że przeprowadzę się akurat tu.

Bo jeszcze nie zanosiło się na wydanie blogu Yoani w formie książkowej – ja dostałam go od niej na płycie CD.

Bo Yoani miała zakaz podróży.

Ale stało się. W poniedziałek, 27 maja 2013 roku w Empiku na Marszałkowskiej Yoani Sanchez opowiadała o swoim blogu i walce z systemem. Wiele rzeczy, które opowiadała pamiętałam z wywiadu, którego udzieliła mi niespodziewanie cztery lata temu w Hawanie, w swoim mieszkaniu na czternastym piętrze paskudnego wieżowca. Przygotowywałam się do tego wywiadu w poprzedzającą noc – jadąc na Kubę nawet nie śniłam, że mogłabym się spotkać z osobą tego formatu. Ale Claudia Cadelo, z którą miałam pierwszy kontakt, postanowiła, że muszę poznać Yoani i kropka. Umówiła nas (byłam z jedną z moich ulupionych podróżniczych partnerek – Kasią) na spotkanie, a Ciro Diaz, jej mąż, wytłumaczył nam jak tam trafić.

Byłam przeziębiona, przerażona i bardzo stremowana.

Pod blok dotarłyśmy za wcześnie. Krążyłyśmy po okolicy, starając się nie zwracać na siebie uwagi. I próbując nie zauważać urzędu kontroli obcokrajowców, który znajdował się naprzeciwko. Drzwi otworzył nam czternastoletni wówczas syn Yoani Sanchez, zupełnie niespeszony widokiem obcych twarzy i łamanym hiszpańskim, którym zapytałam go o mamę. A po chwili do pokoju weszła nieco jeszcze zaspana, najbardziej wpływowa blogerka świata.

Tamto spotkanie, dziwny wywiad, podczas którego ja mówiłam po angielsku, a ona po hiszpańsku, będę pamiętała do końca życia. To jedno z najważniejszych moich przeżyć. I będę o nim opowiadała przy niezliczonych okazjach – nie tylko dlatego, że jestem dumna z tego, że udało mi się ten wywiad przeprowadzić, że byłam w domu kobiety, która zmienia historię swojego kraju, ale również dlatego, że historie, które opisuje na swoim blogu są nadal niezwykle ważne.

Yoani Sanchez pisze o kubańskiej codzienności. Pisze w sosób brutalnie szczery. Nie wykrzykuje haseł, nie składa roszczeń – ot rozlicza swoją codzienność z anormalności. Pomijając już nawet wpływ, jaki ma na swoje otoczenie, jest niezwykle ważnym głosem, który pozwala zrozumieć ludziom z zewnątrz, na czym polega historyczna pomyłka, jaką jest komunizm.

Urodziłam się w Polsce, w roku 1984, dzięki czemu wciąż jeszcze pamiętam świat zza żelaznej kurtyny. Nie doświadczyłam go boleśnie, bo byłam dzieckiem. Kochanym, dopieszczanym i zadbanym. A to, co było dookola mnie zdawało się być naturalne. Moją wizją świata była Polska drugiej połowy lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Musiało minąć wiele lat od przełomu i ja musiałam zobaczyć wiele krajów, by zrozumieć, że moje dzieciństwo nie upływało w normalnym miejscu. Ale dzięki moim doświadczeniom myśląc o Kubie ani przez chwilę nie wachałam się, po której stronie muru się opowiedzieć – po stronie rządowej, czy opozycyjnej. Bo wiedziałam, w jaki sposób fałszuje się obraz tego kraju w oficjalnych przekazach i rozumiałam czym jest strach blokujący głosy tych, którzy znali rzeczywistość. To wszystko było dla mnie oczywiste.

Ale ludzi z tej strony żelaznej kurtyny jest na świecie ograniczona liczba. A pozostali często nie są w stanie nawet wyobrazić sobie, jak wygląda życie w dyktaturze. Porównują kraje socjalistyczne, do kapitalistycznych, ale po prostu bardzo biednych. Nie rozumieją, ze kraje komunistyczne są biedne ze względu na prowadzoną w nich politykę, a nie niedostatek zasobów. I że nie posiadają one warstwy uprzywilejowanej ze względu na bogactwo, do której można dostać się swoją pracą, sprytem i pragnieniem. Nie wiedzą, że w kraju komunistycznym ludzie uprzywilejowani to ci, którzy jak roboty potrafią powtarzać jedynie słuszne hasła i poglądy. Że ludzie wartościowi, chcący się kształcić i rozwijać nie mogą przyczynić się do dobrobytu swojego kraju na przykład dlatego, że myślą inaczej, albo mieli w rodzinie kogoś, kto był władzy niewygodny. Nie rozumieją strachu, który obezwładnia każdego człowieka, który ma odwagę myśleć swoje własne myśli...



Zaledwie tydzień temu moja Kochana Ciocia zaprosiła mnie na spotkanie ze swoją rodziną. Poznałam jej Ciocię, lat pewnie siedemdziesiąt, w której zakochałam się bez pamięci (jakżeż ja chciałabym mieć tyle energii i młodości w sobie, będąc w takim wieku) i córkę Cioci – niezwykle sympatyczną Panią, której mąż jest Amerykaninem i w Stanach mieszkają. I męża już zdecydowanie nie pokochałam. Nie przeszkadzała mi jego niechęć do własnego kraju – polityka zagraniczna USA jest co najmniej dyskusyjna, imperialistyczne praktyki również. Ale żeby robić z Fidela Castro bohatera światowego, który uchronił Kubę przed pazernością Stanów i wprowadził na światłą ścieżkę socjalizmu... To już jest gruba przesada.

Facet podważał każde moje moje słowo. Że uważam, że na Kubie jest źle, bo rozmawiałam tylko z krytykami systemu (jakby łatwo było z takimi porozmawiać...), że krytykuję Fidela, bo nie chcę przyjąć jego dobrych intencji i wizjonerstwa (już chciałam powiedzieć, że dobrymi chęciami to piekło jest co najwyżej wybrukowane), że wszystko widzę czarno, bo... Bo, bo bo...

Bobo. Inaczej berbeć.

Kiedy zaczął mi mówić, ze Fidel jest dobry, ponieważ na Kubie jest najniższy odsetek analfabetów w Ameryce Łacińskiej, parsknęłam śmiechem.

- Dobry Wujek Fidel nauczył ciemnotę czytać, żeby móc jej lektury wybierać i szerzyć polityczną indoktrynację.  – w odpowiedzi zostalam zmierzona spojrzeniem, które mówiło mi, że jestem kosmitką.

Następne było wychwalanie szpitali i edukacji medycznej. Pan widział dwa szpitale, które w latach dziewięćdziesiątych były lepiej wyposażone, niż przeciętny szpital w USA. Zapytałam, kto go oprowadzal po szpitalach i wyspie. Oczywiście rządowi przedstawiciele. Nie było mu jak wytłumaczyć, że widział maleńki wycinek rzeczywistości dla partyjnych funkcjonariuszy. Że przeciętny mieszkaniec musi się zadowolić samym łóżkiem w szpitalu bez lekarzy (bo większość z nich została wysłana na misje do Wenezueli, albo Boliwii), bez pościeli i bez leków. I że to nie jest jak w Bangladeszu, że jak masz pieniądze, to rodzina ci przywiezie pościel i wykupi leki, bo na Kubie apteki sprzedają zioła i jak nie masz znajomości partyjnych albo dostępu do czarnego rynku, to nawet za grube pieniądze nic nie załatwisz.

Ludziom z wolnego świata te absurdy socjalistycznej codzienności w ogóle nie przechodzą przez głowę. Dlatego blog Yoani Sanchez jest ważny nie tylko dla Kubańczyków – ale i dla tych wszystkich, którzy w przywódcach socjalistycznej rewolucji widzą wybawców od kapitaliscztynego zła. Żeby mogli zrozumieć, ze chociaż kapitalizm nie jest wesoły, a demokracja idealna – naprawdę nic lepszego się stworzyć nie da.
Czytajcie zatem blogi kubańskich dysydentów i książkę „Cuba Libre. Notatki z Hawany”. Czytajcie i polecajcie znajomym. Na zdrowie!

Na zakończenie chciałam jeszcze wspomnieć o Claudii Cadelo. Claudia przestała prowadzić swój blog dwa lata temu. Zapytałam o nią Yoani Sanchez i w odpowiedzi usłyszałam, że Claduii zabrakło wsparcia rodziny i bliskich i że jej odwaga została zduszona. Nie chcę nawet myśleć o tym, jak okropne rzeczy ktoś zrobił, by tę wspaniałą, młodą kobietę złamać. Pamiętam Claudię, jej energię, pełne żaru i wiary słowa, jej zapał i wojowniczość… Czytajcie więc też po to, aby nigdy więcej żadnej dziewczynie nie odebrano już błysku z oka.



If four years ago I were told that I would be living in Warsaw and it would be only ten minutes walk to Empik in which there would be a meeting with Yoani Sanchez promoting her book… I’d be rather surprised.

Becuse I didn’t know that I’d move here.

Cause no one was expecting that Yoani’s blog would be published as a book – I got it from her on CD.

Because Yoani was forbidden to travel.

Yet it happened. On Monday, May 27th 2013 in Empik on Marszałkowska Yoani Sanchez was talking about her blog and her struggle with the system. I remembered many of those things from an interview I made with her unexpectedly four years ago in Havana in her flat on the fourteen floor of the ugly block. I was preparing for it during the preceding night because while I was going to Cuba I did not even dream about having a possibility of talking with such a meaningful person. Luckily Claudia Cadelo who I contacted as first person on the island, decided that I have to meet Yoani and that was it. She contacted us (I was there with one of my favorite travel partners – Kasia) and Ciro Diaz, Claudia’s husband explained us how to find the place.

I had a cold, I was scared and frightened.

We reached the block of flats too early. We walked around the neighborhood trying not to be too visible. And trying not to see the office of foreigners’ control which was situated just on the opposite side of the street. The doors were open by a then fourteen years old boy - Yoani’s son. He didn’t seem puzzled with the view of two strange faces and my bad Spanish when I asked him about his mom. And a moment later a still sleepy, most influential blogger in the world entered the room.

That meeting and a strange interview in which I was asking questions in English and was given answers in Spanish – I will remember for the rest of my life. It is one of my most important experiences. And I will keep talking about it on various occasions – not only because I am proud of it or because I managed to talk to her and even because I visited the house of the woman who keeps changing the history of her country but mostly because the stories she describes at her blog are still extremely important.

Yoani Sanchez writes about Cuban everyday life. And she writes with a brutal honesty. She does not scream out any slogans or voice any claims – she simply settles her everyday life for its abnormality. Even if we forget her impact on her own surrounding – she is still an extremely important voice which lets the people from outside Cuba understand what kind of historical mistake communism is.

I was born in Poland in the years 1984 thanks to which I still remember the world from behind the iron curtain. I did not experience it painfully as I was just a child. A loved, taken care of child. And what was around me felt simply very natural. Many years had to pass since the break and I had to see many countries to understand that my childhood was not spent in a normal place. But thanks to my experiences when started thinking of Cuba I had never hesitated to which side of the wall I shall choose – the governmental or oppositional. Because I knew exactly how the official media manipulate the vision of this country and I understood the fear blocking the voices of those who knew the reality. It was quite obvious to me.

But the number of people from behind the iron curtain in the world is limited. And most of the time all the others cannot even imagine what the life in dictatorship looks like. They compare countries which are communistic and those simply very poor. They do not understand that usually the poverty in communist countries is not a result of a shortage of some resources but simply a result of politics. Those countries do not have a wealthy class to which one can get by hard work, cleverness and wanting. They do not know that in a communist country privileged people are those who can change themselves into robots repeating the only right slogans and views. That brilliant people who want to educate and develop themselves cannot help their country because of e.g. different thinking or having in a family a person who was brave enough to think his or her own thoughts…



Just a week ago my lovely aunt invited me to the meeting with her family. I met her aunt, probably seventy or so years old in whom I fell in love with from the first sight (I’d do anything to have such an energy and youth in myself in her age). I also met this woman’s daughter – very nice person married to an American and living in States. And with the husband I most definitely did not fall in love with. I couldn’t be bothered with his antipathy towards his own country as US foreign policy is at least discussible same as imperialistic practices. But to make out of Fidel Castro a world hero who saved Cuba from US greediness and led his country on the enlighten pave of socialism… That is way too much…

The guy contested my every word. That I was thinking that Cuba’s situation is bad because I only talked to the critics of the system (like if it was so easy to speak to them…), that I criticize Fidel because I do not want to accept his good intentions and visions (I was about to say that hell is paved with good intentions) that I see all in black, cause… Because, because, because…

When he started saying that Fidel is so good because Cuba has the lowest number of illiterate people in the whole Latin America I burst out with laughter.

- Good Uncle Fidel taught them to read to get the chance to choose their reading and spread political indoctrination. – as an answer I received a look telling me that I am an alien.

What followed was praising of hospitals and medical education. Guy saw two hospitals in the nineties which were better equipped that regular hospitals in US at that time. I asked him who showed him around those places. Naturally those were governmental representatives. It was impossible to explain him that he saw just a very small fragment of the reality accessible only for functionaries of the party. And that a normal citizen can only get a bed in a hospital without doctors (because most of them were send for missions in Venezuela or Bolivia), without sheets or medicines. And that unlike in Bangladesh where if you at least have money, the family can bring you sheets and buy medicines. Because in Cuba drug stores sell only herbs and even if own a fortune (which is more than rare) without the access to the black market or friends from the party you are not able to get anything.

People from the free world simply cannot process the absurd of socialistic reality. And that is why Yoani Sanchez’ blog is so important and not only for Cubans but also for those who in the leaders of communistic revolution see the rescuers from the capitalistic evil. To let them understand that although capitalism is not the best and democracy is not ideal – it is really not possible to create anything better.

So read the blogs of Cuban dissidents and the book „Cuba Libre. Notes from Havana”. Read it and pass it to your friends. Let it bless you!

In the end I wanted to mention Claudia Cadelo. Claudia stopped writing her blog two years ago. I asked Yoani Sanchez about her and I was answered that Claudia did not get enough family support and her bravery was stifled. I do not even want to imagine what someone must have done to break this amazing young woman. I remember Claudia very well – her energy, her words full of fire and faith, her eagerness and bravery… So read also to stop people from taking the light off another girl’s eyes. 




środa, 17 kwietnia 2013

Cox's Bazaar (do I write in Khemirish?!)



Wychodzisz na plażę, jak każdy turysta. Klapki nabierają piasku, stopy się zpadają. Chce ci się biec, bo Zatoka Bengalska jest tak blisko, ale za dużo kosztuje to wysiłku. To przyspieszasz, to zwalniasz, walcząc z oporem miękkiego podłoża. I nie wiesz, czy zdjąć te klapki i brnąć na bosaka, czy może jednak unikać poparzeń od rozgrzanego piasku.

Jest pora sucha. Deszczu nie było od dawna.

Dopadasz w końcu brzegu i nurzasz palce w chłodnej wodzie. Fal prawie nie ma. Rzucasz w pośpiechu rzeczy na jeden z plastikowych foteli i biegniesz przed siebie. Woda tak przyjemnie chlodzi. Dziwnie się czujesz, bo musisz biec w ubraniu, tu nikt nigdy się nie rozbiera. Tu nawet na basenie nikt nie używa kostiumów kąpielowych. Wszyscy wchodzą do wody w ubraniach - kobiety w sharee i shalwar kameez, mężczyźni w T-shirtach i dżinsach i tylko naprawdę maleńkie dzieci, jeszcze bezradne bez pomocy dłoni rodziców, mogą poczuć nagość i słońce na mikroskopijnych plecach.

A na plaży nikt się nie kąpie. Wbiegasz coraz dalej, a masz wrażenie, jakbyś stał wciąż przy brzegu. Dobrze wiesz, że to szelf kontynentalny, więc głębokośc zmienia się nieznacznie. Mógłbyś tak iść w nieskończoność i wciąż czuć grunt pod stopami. Ale nagle ktoś woła cię z tyłu, przekrzykując szum morza, odwracasz się i chcesz wrócić, bo nie rozróżniasz słów i tylko n-tym zmysłem wyczuwasz, że kierowane są do ciebie.

I zaczynasz rozumieć.
Prąd znosi cię w lewo i odciąga od brzegu.
Już wiesz dlaczego nikt się nie kąpie.

Czujesz, jakby wzywał cię ocean, jakby nagle postanowił, że należysz do niego i że brzeg już ci niepotrzebny. Może się stęsknił? - myślisz, wspominając trzy miesiące, które spędziłaś na jego wodach i parskasz śmiechem na myśl o tym absurdzie.

Jednak śmiech na chwilę zamiera, bo wiesz, że powrót do brzegu to będzie walka. Powoli przesuwasz nogi i nie idziesz prosto, tylko trochę na prawo, żeby zrównoważyć mimowolny dryf. Po dłuższej chwili docierasz na bezpieczne wody, gdzie prąd już nie ma prawa cię porwać bez twojej woli. A przynajmniej nie za daleko.

Skaczesz jeszcze chwilę w nikłych falach przyboju. Cieszysz się każdą chwilą, aż woda niecnie zaczyna ściągać ci spódnicę i chcesz już wyjść, bo masz wrażenie, że ściągasz zbyt wiele spojrzeń. Wyskakujesz na brzeg, wracasz do przyjaciół. Wszyscy ociekając zderzają się ze sobą. Chcesz się przebrać ale nagle dookoła robi się za ciasno. Już nie masz przestrzeni. Wokół zebrał się tłumek gapiów. Jakiś facet wyciąga komórkę, staje naprzeciw ciebie, dosłownie dwa kroki, możesz go dotknąć, jeśli tylko wyciągniesz rękę, a on robi zdjęcie. Ktoś inny błyska fleszem zza pleców kolegi.

I ludzie stoją dookoła was, bez słowa, wymieniają tylko ciche komentarze między sobą i śledzą każdy wasz ruch. Nie są nieprzyjaźni, ale rzadko się uśmiechają. Zakrywasz się bardziej, bo mokre ubrania przylegają mocno do ciala, a przecież jesteś w muzułmańskim kraju. Wyciągasz aparat. I ci, którzy przed chwilą robili ci zdjęcia nagle stają przed tobą w roli modeli. Odpłacają za to, że nie uciekłaś - ani ty, ani twoi przyjaciele. I na twarzach wykwitają uśmiechy.

Bengalczycy uwielbiają się gapić. Ale i uwielbiają pozować.

Siedzicie tam jeszcze chwilę, aż w końcu ktoś czuje się za bardzo skrępowany i “idźmy już stąd”. Więc idziecie. Wieczór spędzacie na dachu hotelu. Po drodze próbujecie kupić flaszkę, ale 90 euro za 0,7 litra Johny’ego Walkera to za dużo, może nie na kanadyjską, ale na pewno na polską kieszeń.

Kolejnego dnia nawet nie wiecie, co was czeka. Nagle Robin mówi - jedziemy na prawdziwą plażę. Więc idziesz za Adą, albo ona za tobą, bo kolejność traci znaczenie.Wsiadacie do półciężarówki, na pakę przystosowaną do przewozu osób, z niebieskim rusztowaniem nad wami. Kierowca rusza, depcząc na gaz, jakby wiał przed policją. I trąbi, trąbi bez przerwy, jak wszyscy w tym kraju i musicie krzyczeć do siebie, co sił w płucach, żeby powiedzieć, ładny widok, tam - po prawej. i jedziecie, czując się jak jakaś bananowa młodziez, w tym kraju, gdzie mało kto może doświadczyć takiej radości. I macie wiatr we włosach i słońce świeci wam w oczy, a wy nie chcecie się niczym przejmować. Nawet tym, że paskudne hotele zamieniają się w jakieś klecone chatki po drodze. Cox’s Bazaar i tak nie jest biedne.



Jedziecie i co chwila chcecie się zatrzymać, żeby zrobić zdjęcia, o tu jest, kurwa, naprawdę pięknie, ale kierowca udaje, że nie rozumie, albo że nie doslyszał, bo chce tylko jak najszybciej dojechac na miejsce. I w końcu jesteście, tam gdzie diabeł mówi dobranoc, ale za to jak pięknie to mówi, to już tylko wy wiecie, bo widok jest taki, że każdy by wam pozazdrościł.

Bo i łódki rybackie o kształcie, jak łodzie Wikingów i wypozyczalnia czarnych parasoli, żeby się za bardzo nie opalić i targ z kokosami i biegające wokół dzieciaki - wszystko, ale to wszystko jest piękne.

Idziecie w kierunki morza i dzieci biegną za wami. I nie rozumiecie, czego chcą, więc robicie zdjęcia i uśmiechacie się najszerzej jak potraficie, aż w końcu zaczynacie rozumieć, bo gest jest międzynarodowy i ponad podziałami - wyciągnięta ręka. I powtarzacie z uporem maniaka “nei, nei, nei”, za waszymi Bengalskimi przyjaciółmi, więdząc, że to znaczy nie i jest wam przykro i bardzi głupio, ale przecież wiecie i ty wiesz doskonale, bo nie razu już byłaś w tej sytuacji, że paroma taka świata nie naprawisz i że te pieniądze i tak dzieciakom nie zostaną i żałujesz tylko, że nie masz chociaż cukierków, bo wszyscy dookoła mówią “tylko nie dawajcie im pieniędzy”.

Ale wasi bengalscy przyjaciele coś tam wyciągają, jakieś drobne, na złotówki to parę groszy może wyjdzie i pytasz, czy ja mogę, ale nie i przestań robić zdjęcia, bo się nigdy nie odczepią.

I już nie chcesz o tym myśleć, więc wskakujesz do oceanu, tym razem w samym kostiumie, bo ludzi dookoła mało, prawie w ogóle ich nie ma i same dzieci, a one przecież jeszcze wstydu nie znają.

Ale pamiętasz o przybrzeżnych prądach i już masz więcej rozsądku i dokazujesz, ale z umiarem, bo fale są większe i potrafią cię przewrócić i pamiętasz jeszcze, jak parę late wcześniej prawie cię porwały za archipelag, kiedy nurkowałaś kolo rekina “bo on nie ludojad”. I się niby nie boisz, ale masz wyrzuty sumienia, a te są prawie jak strach, więc stąpasz ostrożnie i już nie dokazujesz jak dzień wcześniej. I potem wybiegasz znowu na brzeg. I cieszysz się, jak ci się krab wkopie spod nogi, bo już się go ni boisz i nie narobisz wrzasku, jak kiedyś, gdy zdazylo się to pierwszy raz. Bo wiesz, że tylko pierwsze razy bywają straszne, a reszta to już tylko kwestia przywyczajenia...

Dlaczego pytam, czy piszę w “Khemirish”? Bo skończyłam przedwczoraj powieść Jonasa Hassena Khemiriego pt. “Montecore”. I od tego momoentu, gdy tylko pisze po angielsku (czytałam angielski przeklad), a nawet po polsku, mama wrażenie, że kradnę. Khemiri jest bardzo przystojnym mężczyzną. A pisze jeszcze lepiej niż wygląda. i zastanawiam się, jaki bóg tak to wymyślił, że niektórzy mają piękne i to, co w środku i to,co na zewnątrz. Jeśli ten facet nie skończy z Noblem, to możecie mnie pochować i to w obecności księdza - niech mnie pośle do piekła, jak się należy ateistce.

I niech mnie Jonas Hassen Khemiri pozwie do sądu - mam jego powieść w pdfie i prześlę każdemu, kto poda mi e-mail, bo w Polsce się jego książki, jedynej tłumaczonej na angielski, kupić nie da, więc będę rozprzestrzeniać wirusa “khemirzimu”. Na swoje usprawieldiwienie mam tylko tyle, że robię, co mogę, żeby zainteresować nim odpowiednie osoby i doprowadzić do stworzenia polskiego przekładu...

Więcej zdjęć tutaj


You go on the beach like any other tourist. Flip-flops start gathering sand and your feet sink. You wanna run cause Bengali Bay is so, so close but it costs you too much effort. Once you speed up, once slow down fighting the resistance of a soft ground. And you don’t know any more if you shall take off you flip-flops and carry on barefoot or maybe you’d rather avoid burns from the hot sand.

It’s the dry season and there has been no rain for quite some time now.

You finally reach the shore and put your fingers into the cool water. There are almost no waves. You quickly throw your things on one of the plastic chairs and you run straight ahead. Water cools you down so nicely. It feels weird cause you need to run in your clothes – no one takes off their clothes in here. Here even in the swimming pool most people bath fully dressed – women in sharees or shalwar kameez and men in their jeans and T-shirts. Only truly small children, helpless without their parents caring hands can feel being naked and warmth of the sun on their microscopic backs.
 
And on the beach no one is bathing at all. You run deeper and deeper into the sea but it feels like if you were still standing just next to the shore. You know well that it’s because of the continental shelf – the depth is changing very slowly. You could walk like this forever and still feel the ground under your feet. But suddenly someone is calling you from behind, trying to make himself hearable despite the waves and you turn around and try to come back because you cannot differ the words and you just sense with your nth sense that words are directed towards you.
 
And you begin to understand.
Current is pushing you left and pulls you away from the shore.
Now you know why nobody’s bathing.

You feel like if the ocean was calling you, like i fit has just decided to keep you in and that shore is no longer among your needs. Maybe he missed me? – you think reminding yourself three months you once spent on its’ waters and you start laughing on this absurd thought.
But then your laughter dies for a moment because you know that getting back to the shore will be a battle. You move your legs slowly and you do not even try to walk straight but turn yourself a bit to the right so as to counterbalance involuntary drift. After a longer while you reach the safer water where the current no longer has the power to pull you back against your will. Or at least it can’t pull you far.

You keep on jumping in the small waves of the breaker for a little while longer. You enjoy every second until the water starts to pull off you skirt and you feel like going out because it seems you attract a bit too many glances. You jump on the shore and get back to your friends. Everybody is soaked and crashes together. You want to change but suddenly it’s too crowded around and you luck the space. There is a crowd of people staring at you. Some guy takes his mobile and stands just in front of you, so close that you could easily touch him if you only straight your arm and takes a picture. Someone else flashes a camera from behind his friends’ back.

And people are standing around you, speech less they just exchange quiet comments between themselves. They are not unfriendly but they rarely smile. You cover yourself better because your wet clothes are suddenly way to tight and after all you are in a Muslim country. You take out your camera and start shooting pictures and those who were photographing you just a while ago now become your models. They pay you back for not running away – neither you nor your friends. And they start to smile.

Bengalis love to stare. And they love to pose as well.

You sit there for another quarter Or so until someone starts feeling too uneasy and “let’s go from here”. So you go. You spend the evening on the rooftop of the hotel. On the way you try to buy a bottle of Johny Walker but 90 Euros per 0,7 litter is too much maybe not for Canadians but surely for Polish chicks.

You do not even realize what awaits you the next day. Suddenly Robin says – we go to the real beach. So you go after Ada or she goes after you – it does not really matter anymore. You take an open truck adjusted for carrying people. The driver takes off, stepping heavily on the gas pedal like if he was running away from the police.. And he horns, he horns without a stop like everyone in this country and you have to scream to each other as loud as you can to say, hey look, it’s a nice view there on the right. And you ride feeling like the kings of the life in this country where not many can feel so happy. And you have the wind in your hair and the sun shines in your eyes and you simply don’t want to worry about anything right now. Not even about the fact that ugly hotels are removed by some fixed huts on the way. After all Cox’s Bazar is not that poor.


You ride and every few seconds you want to stop to take pictures – here, here it’s so fucking beautiful but the driver pretends not to understand or not to hear cause he only wants to reach the place as soon as he can. And then you come – to the place where devil says goodnight but how beautifully he says that – only you know because the view is so that everyone would be jealous.

And there are fishermen’s boats shaped like those Viking boats and there is a rental of black umbrellas so that you do not get suntanned too much and a market with fresh coconuts and children running around and everything just everything is amazing.

And you walk towards the sea and children run after you. And you do not know what they are asking for or about so you just take pictures and smile as wide as you can until you start to get it cause the gesture is international and goes above the borders – the straighten hand. And you keep repeating like crazy monkeys “nei, nei, nei” after your Bengali friends knowing it means “no” and you feel sorry and so silly although you know very well because it doesn’t happen for the first time to you that few taka will never reaper the world and that those money will not stay with the children. And you just wish you had some sweets on you because everyone around keeps repeating “just don’t give them any money”.

But your Bengali friends pull something out, some change and you ask if you can do it too but no, and stop taking pictures otherwise they will never leave us alone.

And you don’t want to think about it anymore so you just jump into the ocean this time only in your swimming suit because there is no one around except for children and yet children don’t know the shame.

But you remember the coastal tides this time and you are more reasonable and you play but a little bit less cause the waves are bigger and they manage to put you down and you still remember how a few years ago they almost pulled you out of the archipelago when you where snorkeling with a shark “cause this one never eats people”. And you are not scared but you feel remorse and it is like fear so you step carefully and you don’t act crazy like the day before. And you run back on the shore. And you are so happy when a crab digs up from under your foot because you are no afraid of him anymore and you will not scream like once upon the time when it happened for the first time and you made people around you laugh. Now you know that only those first times are scary and all the rest is just a matter of habit…

Why do I ask if I am writing in „Khemirish”? Because the day before yesterday I finished a novel “Montecore” by Jonas Hassen Khemiri. And since then whenever I write in English (I was reading English translation) or even in Polish I feel like if I was stealing. Khemiri is a very handsome man. And he writes even better than he looks. And it makes me wonder what got made it so that some people have it all beautiful – on the outside and on the inside. If this guy doesn’t end up with a Nobel Prize you can bury me down in the presence of a priest so that he can send me to hell as every damned atheist deserve...

And let Jonas Hassen Khemiri sue me – I have his novel in a PDF and I will send it to everyone who gives me his e-mail. Because it is impossible to buy his book – the  only translated into English - in Poland (or in Bangladesh for a matter of fact) so I need to spread the virus of “khemirism” on my own. In my defence I can only say that I do my best to interest the right people with this book and make them publish Polish translation…

More pictures here


niedziela, 3 czerwca 2012

Cui Jian, korzenie i piła / Cui Jian, roots and a saw



Moja pasja do kina azjatyckiego jest, jak sądzę, powszechnie znana. Przynajmniej moim przyjaciołom i czytelnikom tego bloga. To przez filmy made In Hong Kong, China, Japan, South Korea etc. zapałałam miłością do ostatniego niezalodzonego kontynentu, którego jeszcze nie odwiedziłam. Do miejsca, które nieustająco mnie fascynuje, przyciąga i hipnotyzuje. Momentami zastanawiam się, czy to na pewno dobry pomysł, aby tam wreszcie pojechać, jeżeli w mojej głowie wszystkie te miejsca są już tak wyraźne, jakbym je wiele razy zwiedziła. Pocieszam się faktem, że pomimo, iż swoje w życiu zobaczyłam, wyobraźnią jeszcze nigdy nie przegoniłam rzeczywistości i to zarówno w pozytywnym, jak i negatywnym sensie.
Pasja do kina zabiła też w pewnym sensie (na szczęście nie trwale) miłość do literatury pięknej. Beletrystykę w bibliotekach omijam ostatnio szerokim łukiem, skupiając się na literaturze popularno-naukowej i książkach historycznych (oczywiście przede wszystkim dotyczących Bangladeszu). Tylko czasem, gdy potrzebuję odpoczynku od wysiłku intelektualnego również w środkach komunikacji miejskiej, a nie czytać nie chcę, pożyczam jakąś powieść. Mam jednak problem z wyborem – brak mi klucza, zainteresowania konkretnymi powieściami. Konkretnymi autorami.
Przez krótką chwilę mile zaskoczyła mnie polska autorka Grażyna Plebanek. Połknęłam wszystko, co było w naszej bibliotece pod domem. Ale jak pozycje się skończyły, zabrakło mi pomysłu. Kręciłam się bez żadnego konkretnego celu między półkami, aż kierowana znajomymi pasjami, przystanęłam pod króciutkim działem z literaturą chińską. Książkę wybrałam odruchowo – była żarówiasto-różowa, czyli zapewne współczesna, a z powieściami liczącymi sobie lat więcej niż ja jestem ostatnio na bakier. Była to powieść „Panda sex” chińskiej pisarki Mian Mian. Spodobała mi się na tyle, że sięgnęłam po kolejną , choć chronologicznie wcześniejszą – „Cukiereczki”. Nie, jeszcze jej nie skończyłam. Nie, skończę jej dzisiaj. Ani jutro. Bo w pewnym momencie stała się dla mnie za trudna. Za bliska, za osobista, za bardzo „wróżebna”, by nie powiedzieć „złowróżbna”. Ale nie o moich podobieństwach do bohaterki Mian Mian miało być. Najważniejsze, że słucha ona muzyki, którą postanowiłam sprawdzić. I tak trafiłam na Cui Jiana.
„Power of the powerless” to płyta pochodząca z nie mam pojęcia, którego roku. Nie rozumiem tytułów piosenek, ani rzecz jasna słów. Mandaryński chyba ciężko zaśpiewać. Po mandaryńsku się skanduje. Do rytmu muzyki, która w pierwszym momencie zabrzmiała dla mnie jak kakofonia. Dużo różnych głośnych dźwięków na styku rocka, tradycyjnej muzyki chińskiej, hałasu… Nie mogę przestać jej słuchać. Jak kiedyś „Rock para las masa (Carnicas)” Porno Para Ricardo. Jak „Gypsy Punks – Underdog World Strike” i „Super Taranta” Gogol Bordello. Albo L7. Będzie mi Cui Jian grał w słuchawkach jeszcze wiele miesięcy…
Nie wiem jakie są związku rytmu z neuronami. Nie wiem jaki jest wpływ muzyki na pamięć i świadomość. Wiem co najwyżej jaki jest wpływ wiecznego trzymania słuchawek na uszach – w wieku lat dwudziestu siedmiu co chwila powtarza się „proszę?!”. Ale Cui Jian swoją muzyką, która wprawia mnie jakby w lekki trans i unosi kilka centymetrów nad ziemię i to nie na skrzydłach radosnego uniesienia, ale buntu i złości, przypomniał mi, że czas użyć piły.
Zapuściłam korzenie. Jeszcze nie głębokie. Ale trzymające na tyle mocno, by czas było je odciąć. W Warszawie mieszkam zaledwie osiem miesięcy. To tyle, co nic. To tak krótko. Ale to tak strasznie długo. W pracy, która męczy monotonnością. W mieście, którego nie mam czasu porządnie zwiedzić. W mieście, które nie chce stać mi się bliższe i wciąż straszy mundurami podobnych sobie ludzi. Plemię garniturów. Plemię zbuntowanych. Plemię hipsterów. Plemię szaraczków. Plemię nastolatków. Plemion jest kilka, ale wszystkie bardzo zdyscyplinowane.
Zapuściłam korzenie w mieście, w którym nie mogę w piżamie pójść do sklepu rano, żeby klientka stojąca za mną w kolejce nie straszyła mną kilkuletniej córki. Może gdybym mieszkała w innej dzielnicy… W innym miejscu. Może czułabym się bardziej u siebie… Może Azja nie wołałaby za mną „nie chcesz mieszkać tam, chcesz mieszkać tu, łap piłę, łopatę i karczuj maleńka!”
Plan zawiera w sobie trzy miesiące. Za mało na zapuszczenie nowych korzeni. Za mało na to, by otrząsnąć się z wrażenia nowości. Za mało, żeby zdążyć zatęsknić. I co będzie kiedy wrócę do mojej dziury w ziemi?
Wiem tylko, że jeżeli jednak spróbuję być rozsądna i zostanę, zacznę „wydeptywać ścieżkę kariery” – za kilka miesięcy wdrapię się na szczyt Pałacu Kultury i zacznę wyć. Albo sprawdzę jak to jest uprawiać bungie jumping bez liny. Piła sama już wypada z kieszeni, wyciąga ją chyba grawitacja…
Wiem, że nudzę z tym powtarzaniem, „jak ja bym chciała być w drodze”, kiedy tylko w niej nie jestem, czyli wciąż, niestety, przez większość czasu. Ale te momenty, jak teraz, gdy autokar, którym jadę do trójmiasta, na jutrzejszą prezentację w Pucku, wyprzedza trzy ciężarówki na raz tuż przed zakrętem… One uzależniają. Tak samo jak nowe widoki z okien autokarów, autobusów, samochodów, samolotów… Z pokładów.
Nie palę. Piję wciąż rozsądnie, przynajmniej na razie, ale wiem, kiedy jedno i drugie ciągnie. Tak samo jak wiem, jak to jest w zimowe wieczory, kiedy płaczę skulona na podłodze, bo nie mogę ot tak wsiąść w pociąg do Przemyśla, żeby kolejnego dnia przekroczyć granicę. Bo nie mam pieniędzy, albo mam zobowiązania. Bo na każdy wyjazd muszę czekać, zbierać, przygotowywać… Któregoś wieczoru wyłam już tak bardzo, że stwierdziłam, że nie dam już dłużej rady. Spakowałam plecak, sprawdziłam pociągi i już miałam wychodzić z domu, żeby pojechać na dworzec, kiedy zorientowałam się, że mój paszport został w Gdyni. Nie wiem dlaczego zawsze chcę uciekać przez Przemyśl, zawsze na wschód. Ale wiem, jak to jest, kiedy odmawiam niektórym znajomym wyjazdu, wyjścia, wypadu, bo zawsze jest jakiś ważniejszy cel oddalony o odpowiednią ilość kilometrów. Bywa, że to jest droga przez mękę. I wiem, że moment odlotu będzie krótki i pozostawi po sobie tylko większą pustkę, którą coraz trudniej będzie przetrzymać, przeczekać do kolejnego wyjazdu…
Ta książka o której pisałam. „Panda sex”. Nie zacytuję dokładnie, bo Internet nie działa, a egzemplarz grzecznie zwróciłam do biblioteki. Jest o tym, że po Szanghaju krąży dziwny wirus. Zakażeni uprawiają seks jak panda – dwa razy w roku. A gdyby ten wirus dotyczył podróży? Wynalazłabym na niego lek…
Posłuchajcie sobie Cui Jiana. I kupcie piłę…


FIRST – I AM REALLY SORRY FOR TRANSLATION – I AM NOT BEING MODEST – IT IS REALLY BAD, SOMEHOW I HAD TRULLY BIG DIFFICULTIES WITH INTERPRETING THIS POST L
My passion for Asian cinema is, as I suppose, well known. At least among friends and the readers of this blog. It’s because of the movies made in Hong Kong, China, Japan, South Korea etc. that I started to love the last “free of ice” continent that I have not yet stepped on. The place which does fascinate me, hypnotize me, which pulls me towards itself all the time. Sometimes I wonder if it really is a good idea to finally go there - as all those places are already so well pictured in my head. As if I already visited them. Luckily I know that although I’ve seen things in life my imagination never managed to go ahead of the reality – in both positive and negative sense.
My passion for the cinema also in some sense (luckily just for some time) killed my love for literature. I omit it in the libraries choosing rather popular science or historical books (mostly about Bangladesh of course). Just sometimes when I need a break from intellectual effort in means of public transport and I do not want to not read – I borrow some novel. But I have problem with choosing – I miss the key of choice, one special interest. Special author.
For some time I was nicely surprised by Polish author Grażyna Plebanek. I read all her books available in the library just right under my windows. But as I run out of her books I had no idea what to borrow. I was walking among the shelves with no goal until directed by old passions I stopped in front of the short shelf with Chinese literature. I chose a book driven by its’ neon pink cover. It made me believe that it’s a new book and classic literature hasn’t lately been my favorite. It was “Panda sex” by Chinese author Mian Mian. I liked it enough to start reading another one “Candy”. And no I haven’t finished yet. I won’t finish it neither today nor tomorrow. Because it became too difficult for me at some point. Too close, too personal, too prophetic. Anyway -  not about my similarities to Mian Mian’s heroine I was supposed to write. I decided to check the music she was writing about. And that was how I got to know about Cui Jian.
I have no idea when „Power of the Powerless” was released. I do not understand titles of songs or of course lyrics. But mandarin sounds difficult to sing. Words sound like if they were chanted. To the rhythm of the music that initially sounded to me like a cacophony. There are many loud sounds mixing rock, traditional Chinese music and noise… I cannot stop listening to it. Like I used to listen to „Rock para las masa (Carnicas)” Porno Para Ricardo. Or Gypsy Punks – Underdog World Strike” and „Super Taranta” Gogol Bordello. Or L7. Cui Jian will play in my headphones for many months…
I have no idea what is the relation of the rhythm and neurons. I have no idea what is the influence of music on memory and consciousness. I can only tell what is the influence of wearing headphones all the time – at the age of twenty seven you can’t stop asking everyone “what?!”. But Cui Jian with his music which puts me in some kind of trans and makes me walk a few centimeters above the ground and makes me full of anger and riot – he reminded me that it’s high time to use a saw.
I became rooted. Maybe not very deeply. But those roots are still deep enough to make it necessary for me to cut them. I’ve been living in Warsaw for just eight months. It’s almost nothing. And it’s so long. At work which kills me with monotony. In the city which I have no time to visit properly. In the city which does not want to became fully mine and scares me with the uniforms of similar people. The tribe of suits. The tribe of rebellious. The tribe of hipsters. The tribe of everymen. The tribe of teenagers. There are a few tribes but all very disciplined.
I am rooted in the city where I cannot go to the shop in my pajamas in the morning because the client standing in the line behind me tries to scare her daughter with me. Maybe if I were living in different district. Other place. Maybe I would feel more in the place. Maybe Asia would not be calling me ‘you do not want to live there, you want to live here so take the saw, take the shovel and root yourself out baby’!
My plan covers three months. It’s not enough to get rooted. It’s not enough to get used to the place. It’s not enough to miss the other place. So what will happen when I’ll get back to my hole in the ground?
I only know that if I stay and start to follow „my path of career” in a few months I will climb the top of Palace of Culture and Science and start to howl. Or I will check how it is to bungee jump without a line. The saw is falling out of my pocket like if gravity was pulling it out…
Maybe my repeating the phrase “how I wish I could hit the road again” whenever I am not which means unfortunately most of the time is boring. But those moments like now when the bus which takes me to Gdańsk for the presentation that I have in Puck tomorrow – overtakes three trucks at once just before the bend… They’re highly addictive. Same as new views from buses, cars, planes… From decks.
I don’t smoke. I drink reasonably – at least for now – but I know how they both are missed. Same as I know how it is on winter evenings while I cry cowered on the floor because I cannot take the train to Przemyśl just to cross the border. Because I have no money or I have some obligations. Because for every trip I have to wait, collect, prepare… One night I was howling so loud that I decided I cannot go on like this anymore. I packed my backpack, checked timetable for trains and I was about to live home when I realized that my passport was left in Gdynia. I don’t know I why I always want to run trough Przemyśl, always to the east. But I know how it is to refuse trips, parties, going out because of some more important goal which is distant enough. Sometimes it is really tiring. And I know that the moment of being high will be short and will leave me only a bigger emptiness which will be more and more difficult to survive, to wait until the next trip…
This book that i wrote about. “Panda sex”. I cannot quote accurately because the internet is not working and the book I did return to the library. It’s about a strange virus infecting Shanghai. Infected people have sex like pandas – twice a year. And what if this virus woud concern travelling? Oh I would invest a cure…
Now listen to Cui Jian. And buy a saw…