Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 czerwca 2013

Porno dla Ryśka, Pieniądze na Porno!/Porn for Richard, Money for Porn!



Jak już wiecie, chłopaki z Porno Para Ricardo przyjeżdżają do Polski w lipcu. Ale poza Polską chcieliby też zagrać w Hiszpanii. Tego niestety już im nikt nie zasponsorował. Z tego powodu zdecydowali się na crowd founding  i zbierają pieniądze online, za pomocą sysytemu Pay Pal.

Jak widać powyżej moja wpłata nie jest duża, ale pospłacalam długi i jestem tradycyjnie spłukana. Niemniej jednak, jesli takich wpłat, nawet niewielkich, będzie dużo - w końcu kasa na bilety się uzbiera.

A myślę, że warto. Pomijając już szczytne cele, jak wspieranie wolności słowa, walka z systemem totalitarnym etc., to warto chłopaków wesprzeć, bo po prostu mają pozytywnego powera, grają dobrą, punkową muzę i wreszcie będą mogli zagrać normalny koncert... No i do tego są to po prostu fajne chłopaki! :D

Z resztą popatrzcie sami, co mają do powiedzenia (film ma polskie napisy):


Pieniądze można chłopakom podarować za pomocą systemu Pay Pal przez stronę zespołu, wystarczy kliknąć poniżej:

PORNO PARA RICARDO


As you already know, guys from Porno Para Ricardo are coming to Poland in July. But besides Poland they would also like to play in Spain. But no one has sponsored that. For that reason they have decided to use crowd founding and they are collecting the money online via Pay Pal system.

As you can see above my donation is not big but as I have just paid my debts I am traditionally broke. Nonetheless if there are more of even such small donations - eventually the money for tickets will be raised.

And I do believe it's worth to support them. Apart from the honorable causes like supporting the freedom of speech and opposing the totalitarian system, etc. it is worth to support guys because they are simply full of positive energy, they play good punk music and it will allow them ti finally play a normal concert... And additionally - they simply are truly cool guys! :D

Anyway - check out what they have to say about it by yourselves (the movie has English subtitles):


You can donate via Pay Pal system via the band's website, it's enough to click here:


niedziela, 21 listopada 2010

Świat na pomarańczowo / The world in orange
























Budzę się, czy zasypiam, mam przed oczami pomarańczowy prostokąt z białym paskiem po środku, czarnym napisem i zielonym, pomarańczowym, albo czerwonym znaczkiem w rogu. Napis oznajmia, czy ktoś jest bądź nie jest dostępny. Wyciszyłam dźwięki, więc przynajmniej nie podskakuję już nerwowo na każde „plum”, bo wiem, że jest urojone. Teraz podskakuję tylko, gdy kabel stuka o słuchawki, bo to stuknięcie przypomina odgłos czatu na Facebooku. Na szczęście Facebook ma mnie oczojebne kolory od Skype’a, więc te nie śnią mi się po nocach.
Zastanawia mnie, czy to jest uzależnienie od komunikatora, czy osób, których mi brakuje. Zagłuszanie myśli muzyką i oślepianie się nowymi widokami na kilometrowych spacerach nie do końca pomaga – film w mojej głowie jest niezależny od zewnętrznych bodźców i wyświetla się sam. To nie DVD – w zestawie nie było pilota.























Wiem jedno – w momencie, gdy osiadam w jakimś miejscu – co oznacza, że spędzam gdzieś więcej niż powiedzmy tydzień – uzależnienia się nasilają. Brak stałego przemieszczania powoduje, że mózg dobiera mi się do dupy. W drodze nie ma czasu i szkoda kasy na kafejki internetowe – tak jest na lądzie. Na wodzie jest o wiele łatwiej – limity przesyłu danych przez SSB ułatwiały mi koncentrowanie się otoczeniu – wyjście poza własną głowę i opuszczenie śmietnika, który w niej zalega. W drodze, czy w rejsie śmietnik robię co najwyżej w plecaku, z którego codziennie wyrzucam wszystkie graty w poszukiwaniu czegoś, co „na pewno zgubiłam” lub „może mi ukradli”.
Dla wielu osób bycie w drodze to przyjemność, wakacje, odpoczynek. Dla mnie – konieczność – jak odkurzanie w pokoju raz na jakiś czas. Droga jest po to, żeby nie utonąć w syfie, nie zginąć pod zwałami śmieci. A czasem po to, by przypomnieć o priorytetach – o wiecznym niedostatku wiedzy, o potrzebie poznania. O tym, jak wciąż za mało wiem przekonuję się właśnie w drodze – tak, jak ostatnio odkryłam (wstyd się przyznać), że Picasso to nie dość, że nie tylko kubizm, to na dodatek wcześniej był może i ciekawszy, a przede wszystkim stworzył najbłękitniejszy, najintensywniejszy portret, jaki miałam okazję oglądać.























Pablo Picasso "The portrait of Senora Soler


Ale wróćmy do sprzątania. Gdziekolwiek nie „osiądę”, śmietnik zawsze jedzie ze mną. Szukałam miejsca, które pozwoliłoby mi oczyścić mózg z brudu. Nie znalazłam go w żadnym z trzydziestu czterech krajów, które odwiedziłam. Nie znajdę też pewnie w Portugalii. Może miejscem, które w największym stopniu przejęło aktywność mojego mózgu była Hawana i wiem, że na pewno chcę tam wrócić, ale przecież Barcelony również pragnęłam. Poza tym Hawanę zwiedzałam na takiej dawce adrenaliny, że trudno mówić o czystym osądzie sytuacji. Może po prostu mój własny śmietnik zniknął na chwilę za gruzowiskiem hawańskich ulic.























Są na świecie ludzie, którzy szybko czyszczą swoje mózgi, wywalając to, co zbędne (bolesne? Można górnolotnie powiedzieć „zwalczają własne demony”, chociaż Goya już nie jest w modzie.) i przygotowując je na przyjęcie „nowych danych”. Większość z nas widzi w nich zazwyczaj nieczułe monstra, współczesnych Frankensteinów, socjopatów. Ale może taki będzie człowiek przyszłości? Ludzie, o których wspomniałam, żyją jak my wszyscy, w społeczeństwie, które wynalazło niszczarki dokumentów, spalarnie śmieci, zakłady oczyszczania miasta – tyle, że poszli o krok dalej i zamontowali całe to ustrojstwo we własnych głowach. I teraz nie śnią im się po nocach pomarańczowe prostokąty, bo usunęli śmietnik wspomnień i oczekiwań, prostokąty znikają razem z kliknięciem na „x” w prawym górnym rogu.
A co do miejsc – Barcelona ma przynajmniej tę jedną zaletę, że pod koniec listopada mogę niespiesznie spacerować, słuchając Prokofiewa i rozpiąć płaszcz, by cieszyć się ciepłem jesiennego słońca…























No matter if I am falling asleep or waking up – I see this: orange rectangle with the white stripe in the middle, black letters and green, orange or red sign in the corner. Letters tell me if someone is or is not available. I turned the sound off so I do not react nervously on the “plum” sound anymore – I realize that is just an illusion. Now I only jump when I hear the cable touching my headphones cause it makes the sound similar to Facebook chat. Luckily Facebook colors are less sharp than those used on Skype so I do not see them whenever I close my eyes.
It makes me wonder if I am addicted to electronical means of communication or the people I miss. Jamming my thoughts with music and blinding myself with new views during my long walks through the city does not really help – the movie in my head is resistant to all external impulses and it plays itself. My head seems not to be DVD – there was no pilot in the set.
But I know one thing – when I settle in one place – and lets say it means staying somewhere for longer than one week – my addictions are becoming stronger. The luck of constant traveling causes the situation when my brain is making a pass at my ass. On the road there is no time or money for internet cafes – at least on land. On the water it is even easier – data transfer limits on SSB always made it less complicated for me to concentrate on the surrounding – which meant leaving my head and the garbage I have inside. On the road or during the voyage I have garbage only in my backpack which I keep on turning upside down everyday in search of something “I surely lost” or “had been stolen from me”.
For lots of people hitting the road is a pleasure, vacation, the way to have the rest. For me it is a necessity – like cleaning my room from time to time. The road is to save me from drowning in dirt, dying in trash. And sometimes to remind me of priorities – like constant luck of knowledge or the need to know. About how little I know I discover mostly on the road – like most recently (I am ashamed to admit) I discovered Pablo Picasso from before cubism – even more interesting. And I saw for the first time the bluest and most intense portrait I’ve ever seen.
But I need to get back to cleaning – wherever I go or settle – my garbage go with me. I have been looking for a place to clear my brain from dirt and have never found it though I’ve visited thirty four countries. And probably I will not be able to find it in Portugal as well. Maybe the one place that took control over my brain’s activity was La Habana and I know for sure that I want to get back there – but so - I desired Barcelona. Moreover I was visiting Havana with such amount of adrenaline in my blood that my vision could easily be blurred. Probably my personal trash was hidden behind the rubble of the streets of Havana.
There are people in this world who have the capability of cleaning their brains very quickly, throwing out what is useless (painful? You can put it in a bit bombastic way saying “they fight their demons” – though Goya seems not to be fashionable anymore) and preparing them to receive “fresh data. Most of us see in them insensitive monsters, modern Frankensteins, sociopaths, but maybe that is a man of the future? Still - people I mentioned live in the same society as us – the one which discovered shredders, garbage incinerators, city cleaning institutions – they’re just one step ahead of us cause they use it also in their heads. And they do not have dreams about orange rectangles cause they already deleted the garbage of memories and expectations and the rectangles disappear with a click on an “X” in the right upper corner.
But when it comes to places – Barcelona has at least the one advantage – in the end of November I still can walk slowly through the streets, listening to Prokofiev and unbutton my coat to feel the warmth of the autumn sun…*

*if there are mistakes... sorry... white wine guys - u understand... :D

wtorek, 9 listopada 2010

Niepowstrzymany głód / Irresistible Hunger

























Niepowstrzymany głód
Tu nie chodzi o to, że robisz obiad na dwa dni, a potem na kolację zjadasz tę drugą porcję, robisz sobie kanapkę, zagryzasz jogurtem z przyprawą curry i jeszcze postanawiasz spróbować sera, którego smak znasz. Tu nie chodzi o to, że masz ochotę iść do sklepu i kupić czekoladę na deser. I nie o to, że myślisz o potrawach, których nie możesz zjeść. A nie jesteś w ciąży. Chodzi o to, że jest zimno. I o to, że czegoś ci brak. Chociaż masz wszystko. No… prawie… Ale „prawie” jest zasadą, która rządzi twoim życiem.
Nie możesz iść na spacer, bo masz prawie gruźlicę (kombinacja papierosów i przeziębienia). Nie masz tego jak spalić – czujesz prawie wstyd. Prawie się przejmujesz.
W języku polskim „prawie” leży bardzo blisko „prawa”.
Jutro po prostu pobiegaj.

Irresistible Hunger
It is not about the fact that you cook dinner for two days and then you eat the second portion as your supper, next you make yourself a sandwich, you change the taste with yogurt and curry spice and later you decide to try the cheese which taste you know all too well. It is not about the fact that you feel like going to the shop to buy yourself a chocolate for the desert. And not about the fact that you keep on thinking about the dishes you cannot taste. And you are not pregnant. It is about the fact that you are cold. And that you are missing something. Although you have everything. Well.. almost… But ‘almost’ is the rule of your life.
You cannot go for a walk cause you almost have tuberculosis (the combination of cigarettes and cold). You have no possibility to burn it out – you’re almost ashamed. You’re almost serious about it.
In polish language the word “almost” is very close to “law”.
Just go and have some jogging tomorrow.

środa, 20 października 2010

Ona / She

























Przechodzi uliczką. Widzę ją z oddali. Dumna. Wyprostowana. Świadoma swojej urody. Ma ciemne oczy, proste włosy, pełne usta. Długie, idealne nogi. Figurę tancerki. Idzie w moim kierunku. Spódniczka kołysze się na biodrach. Papieros zastyga mi w ustach. Gapię się. Wtedy ona się odwraca i uśmiecha. Delikatnie unosi kąciki ust, rozchyla usta. I odchodzi dalej.
Kurwa, wyśpię się po śmierci.

She passes by the street. I can see her from the distance. Proud. So straight. Aware of her own beauty. Dark eyes, straight her. Long, ideal legs. Like a dancer. She is walking in my direction. Short skirt waving on her hips. The cigarette is stuck in my lips. I stare. And then she turns and smiles. She rises the corners of her mouth, opens lips. And she walks away.
Fuck it, I’m going to have enough of sleep when I die.

poniedziałek, 18 października 2010

Ucieczka / Escape

























Ucieczka
Barcelona miała być moją ucieczką przed jesienią. Ucieczką przed opadającymi liśćmi, coraz krótszymi dniami, brakiem światła. Ucieczką przed coroczną depresją trwającą po kilka miesięcy. Ucieczką przed poczuciem, że nie jestem we właściwym miejscu i przed świadomością, że nie mam pojęcia gdzie to miejsce jest.
Zanim uciekłam, wydarzyło się kilka rzeczy, które spowodowały, że pomyślałam, że wcale nie chcę uciekać, sądziłam, że coś się zmieniło, że odnalazłam sens tam, gdzie miało go nie być. Ale znowu uciekam.
I jak co roku jesień znowu mnie dopada. W Barcelonie też robi się zimno, żeby rozgrzać się przed snem poszłam wczoraj na długi, szybki spacer na Plaza Espanya. W przejściu podziemnym pachniało limonkami, na ulicy marihuaną i tanim tytoniem. W końcu i ja usiadłam, żeby zapalić. Podeszła do mnie ogolona na zero młoda dziewczyna, w czarnej bluzie i poszarpanej spódniczce, poprosiła o papierosa. Życzyła mi dobrej nocy. I noc była dobra, ale przyszedł ranek i obudziłam się w zimnym, pustym pokoju.
Kocham Barcelonę – za to, że często nie umiem rozpoznać, w jakim języku mówią ludzie, których mijam, za to, że mogę się ubrać jak lump, albo odstawić i nikt się nie dziwi, za to, że tak wiele mam w niej jeszcze do odkrycia. Ale Barcelona też ma swoją jesień i na placu przed domem, w którym mieszkamy też opadają liście, dzień zaczyna się skracać.
I wiem, że jakby to była Hawana, to może bym tak nie marzła, ale też przyszłyby huragany i deszcze, bo nawet Hawana, miasto moich marzeń, ma swoją jesień. I wszędzie jest moment na to, żeby się zastanowić, co by było gdybym była gdzie indziej.
A może to wcale nie jest ucieczka, tylko poszukiwanie?

Escape
Barcelona was meant to be my escape from autumn. Escape from the falling leaves, shorter days, luck of light. Escape from the every year depression that lasts for few months. Escape from the feeling that I am not in the right place and awareness of the fact that I don’t know where that place is.
Before I escaped, there happened something that made me think that I didn’t have to run away any more, made me believe that something has changed and that I found the sense where it was not supposed to be. But I am running away again.
And again – as every year – the autumn catches me. Barcelona is becoming colder. Yesterday I went for a long, fast walk on Plaza Espanya to warm myself up before going to bed. In the underground I could smell limes, on the street – cheap tobacco and marijuana. Finally I also stopped to have a smoke. Some young, bold girl in black blouse and worn-out skirt asked me for a cigarette. She wished me good night. And the night was good but I woke up in the cold, empty room.
I love Barcelona – for the fact that often I cannot recognize the language spoken by people who pass by, for the fact that whatever I wear – some shit or glamour - no one cares, for the fact that I have so much to discover in this city. But Barcelona also has it’s autumn and on the square in front of the house we live in, leaves also fall down and the day is becoming shorter.
And I know that if it was Havana I would not be so cold but still – the hurricanes and rains would eventually come cause even Havana – the city of my dreams - has it’s autumn. And everywhere there is a moment to think of what would happen if I were elsewhere.
Or maybe it’s not an escape but a search?

piątek, 15 października 2010

Kryzys na sprzedaż, kryzys na wynajem

























Nie dalej jak dwa tygodnie temu powiedziano nam w szkole, że możemy nie przychodzić, bo chociaż uczelnia będzie otwarta, zajęcia najprawdopodobniej się nie odbędą. I rzeczywiście - nie podpisaliśmy nawet umowy wynajmu mieszkania, bo ani właściciel, ani zaprzyjaźniony Hiszpan, który miał nam pomóc w interpetacji zawartych w umowie "haczyków", nie byli w stanie dojechać, ponieważ komunikacja miejska stanęła na cały dzień. Powodem był strajk generalny - jak nam tłumaczono w szkole: "podnieśli podatki, wszystko drożeje, a pensje zostały zredukowane, tak się nie da żyć".
Moim początkowym założeniem, gdy tu przyjechałam było znalezienie pracy - słabo płatnej, z gatunku "shity jobs", ale takiej, która pozwoliłaby mi wypełnić czas i przy okazji podszkolić hiszpański. Ale od kelnerki w Barcelonie wymaga się biegłej znajomości, w mowie i piśmie języków: hiszpańskiego, katalońskiego, angielskiego i n.p. włoskiego. Żeby pracować na zmywaku, trzeba mieć własny uniform.
Gdy udałam się na posterunek policji w celu dokonania rejestracji i przyznania mi nr. NIE, odpowiednika polskiego nr-u PESEL, w kolejce poznałam Polkę, która przyjechała wyrobić resident permit, w celu zawarcia związku małżeńskiego z Nigeryjczykiem, który przyjechał do Hiszpanii "za chlebem", a teraz wybiera się do Polski (swoją drogą, jest to temat na osobną opowieść, niewykluczone, że jeszcze kiedyś uda mi się tu całą tę historię przytoczyć).
Poznana na imprezie Peruwianka opowiadała mi: "przyjechałam tu, jak miałam 26 lat - studiowałam i zastanawiałam się, co mam zrobić ze swoim życiem. Chciałam skoczyć z mostu. Teraz mam lat 30 i naprawdę zastanawiam się, co zrobić ze swoim życiem, bo chciałam mieszkać w Europie, ale w Peru mam o wiele większe perspektywy."
Wszystkie te historie mogłyby zostać uznane za przesadne, za klasyczne "narzekanie", które tak dobrze znamy z naszego własnego kraju, ale faktem jest, że gdy kawałek po kawałku, uliczka po uliczce, zwiedzam to piękne miasto, które wybrałam na czasowe miejsce zamieszkania, mam czasami wrażenie, że powoli zamiera - wiele sklepów jest zamkniętych i to nie tylko podczas siesty, a na każdej (dosłownie!) ulicy jest co najmniej jeden lokal, czy to użytkowy, czy to mieszkalny przeznaczony na sprzedaż, bądź wynajem... Takiego widoku w Polsce jeszcze nigdy nie dostrzegłam...

poniedziałek, 20 września 2010

Barcelona

No to zaczęło się - jak zawsze, przygodami. Najpierw przez pół godziny szukałam biletu w autobusie nocnym na lotnisko - kanar stał nade mną, próbując mi wmówić, że korzystam z miesięcznego, potem koleżanka jadąca z naszą Erasmusową grupą do Barcelony zgubiła bilet na samolot i najadła się strachu (i tak weszła na pokład). Przecież prawdziwe przygody nigdy nie zaczynają sie prosto.
Byłam w tym mieście już dwa razy. I zapamiętałam je jako piękne. Ale gdy teraz nagle uświadamiam sobie, że mam tu mieszkać przez przynajmniej 5 miesięcy, mam wrażenie, że znalazłam się w środku cudzej opowieści. Opowieści zbyt pięknej, by stała się częścią mojego doświadczenia. A jednak...
Od dawna nie doświadczyłam tego może nieco zbyt górnolotnego, ale jakże przyjemnego uczucia, że miasto unosi mnie swoim rytmem i wciąga w ulicę, prowadząc w nieznanym kierunku. Dawno nie czułam pulsu tłumu tak blisko siebie. Chociaż ostatnie miesiące nie należały do biernych, nie pamiętam aby jakiekolwiek miejsce równie mocno zbombardowało moje zmysły. Powinnam się cieszyć, że nie jest ożywione w ścisłym znaczeniu tego słowa...
Chryste (w sensie dosłownym, bo póki co mieszkamy w Stella Maris, co obniża koszty, ale powoduje, że wciąż czujemy na sobie święte spojrzenie rzucane przez Jezusa z obrazków rozwieszonych na każdym wolnym fragmencie ścian) - jakżeż ja pieprzę... Ale stało się - to miasto wywołuje we mnie pewną dozę egzaltacji i chwilowo nawet nie zamierzam się jej wstydzić.
Trzymajcie kciuki...