poniedziałek, 11 czerwca 2012

Kopciuszek nie w 3D (znaczy-trzeźwy) / Cinderella not in 3D



Baletu na scenie nie oglądałam daaaawno… Oj dawno. Nie przyznam się nawet jak dawno. I może to był jeden z impulsów. A może czas nie odgrywał żadnej roli.
W piątek wieczorem poszłam na swój tradycyjny wieczorny spacer (jednak po Warszawie raczej nocą nie biegam). Różne widoczki mi się po drodze podobały – a to kot pod blokiem, a to ciemna zieleń wieczornego parku. Ale najbardziej mi się w oczy rzucił wiszący na pobliskim przystanku plakat. Plakat „Kopciuszka” do muzyki Prokofiewa. A Prokofiew budzi we mnie same pozytywne skojarzenia – często słuchałam go podczas moich spacerów dziennych po Barcelonie. Ale plakat – puenta w plastikowej torbie na dowody rzeczowe. Genialne w swej prostocie. Nowoczesne. Doskonałe. I dużo ciekawsze od plakatu „Kopciuszka” w 3D, który sprawia wrażenie, jakby jego twórca był w 3D narąbany…
Wróciłam do domu. Odszukałam plakat w Internecie. Pokazałam bratu. Piętnaście minut później byliśmy już szczęśliwymi posiadaczami rezerwacji.
Trzeba przyznać, że Teatr Wielki / Opera Narodowa w Warszawie ma doskonałych grafików. Wszystko – od repertuaru po plakaty – zachwyca prostotą pomysłu, projektu i wykonania. Graficzne materiały promocyjne na długo pozostają w pamięci, są charakterystyczne i łatwo rozpoznawalne. I doskonale wprowadzają w błąd…
Spodziewaliśmy się współczesnego nowatorskiego widowiska, z zaskakującymi dekoracjami, kostiumami  à la dyskoteka w centrum Nowego Jorku, fajerwerkami i wodotryskiem. Otrzymaliśmy za to w pełni dosłowną klasykę. Zdałam sobie sprawę, jak bardzo zmieniła się moja wrażliwość. Schemat odbioru. Potrzeba bombardowania wzroku…
Doskonałość techniczna i sprawność oraz gracja tancerzy zachwycały. Ale ja wciąż czekałam na przyspieszenie tempa. Na element zaskoczenia. Coraz trudniej jest mi po prostu wczuć się w opowieść. Mogę obejrzeć niespieszny film pod warunkiem, że będzie miał świetne zdjęcia, ale… Krew zdaje się pulsować szybciej niż zmieniają się obrazy… Odwykłam.


I haven’t watched an on stage ballet for a veeeery long time. I will not admit how long. But maybe it was one of the factors that created an impulse. Or maybe time had nothing do to with it.
Friday afternoon I went for my “traditional” walk (I don’t happen to wander the streets of Warsaw by night). I liked a few sights – like a cat under the block of flats or the deep dark green of the park. But what really caught my eye – was a poster. The poster for “Cinderella” – a ballet to the music by Prokofiev. I have positive associations with his music – I often had listened to him while my day walks in Barcelona. The poster showed a ballet shoe in a bag for material evidence. Simple. Modern. Perfect. The poster was way more interesting than the one for “Cinderella in 3D”.
I got back home. Searched for the picture on the internet. Showed it to my brother. Fifteen minutes later we were happy owners of the reservation for two tickets.
I need to admit that the Grand Theatre / National Opera has really great graphic designers. Everything – starting with repertoire and ending with posters – is amazingly simple in the form and design. Graphic promotional materials stay in memory for a long time, they’re characteristic and easy to identify. And they leave perfectly false impression…
We were expecting a modern, innovative spectacle with surprising decorations and costumes à la New York discotheque, fireworks and fountain. But what we received was a literal classic. I realized how much my sensitivity has changed. My reception. The need of sight bombing…
Technical precision, grace and dexterity of dancers was amazing. But all the time I was waiting for the tempo to raise. For some element of surprise. It’s becoming more and more difficult for me to just watch the story. I can watch a slow movie but only if it’s beautifully shot. The blood seems to go faster than the pictures are changing. I went out of the habit…

piątek, 8 czerwca 2012

Boże Ciało (i fiut Stalina zza komina) / Corpus Christi (and Stalin's dick fomr behind the chimney)


Dobra, zapytacie, co „stara” ateistka robi najlepszego opisując na swoim blogu bardzo w Polsce znane, katolickie święto. Ano, dokumentuje je. Tym bardziej, że obchody trudno przegapić – procesja przechodziła pod moimi oknami i to z nich (a dokładniej – z kuchni) robiłam zdjęcia.
Jeżdżąc po świecie często staram się dokumentować różnego rodzaju uroczystości – czy to państwowe, czy to religijne w różnych krajach. A własne? Przegapiam. Jeżeli mam choćby próbować opisywać życie miasta, w którym przyszło mi mieszkać – staram się w miarę możliwości – niczego nie omijać. EURO też pewnie zasłuży na choćby jeden post…


Dla tych, którzy mówią po polsku, więc zapewne w Polsce mieszkają, a tradycji nie znają, bądź nie rozumieją – krótki fragment z Wikipedii (nie kopiowałam całego artykułu – chętni wiedzą, gdzie szukać):
Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (w formie nadzwyczajnej rytu rzymskiego: Święto Najświętszego Ciała Chrystusa (Festum Sanctissimi Corporis Christi), potocznie zwana także Świętem Ciała i Krwi Pańskiej, a w tradycji ludowej: Boże Ciało) – w Kościele katolickim uroczystość liturgiczna ku czci Najświętszego Sakramentu, święto nakazane.


Wierni szczególnie wspominają Ostatnią Wieczerzę i Przeistoczenie chleba i wina w Ciało i Krew Jezusa Chrystusa. Pamiątkę tego wydarzenia Kościół katolicki obchodzi także w Wielki Czwartek, wtedy jednak rozpamiętuje się również Mękę Jezusa Chrystusa, uroczystość Bożego Ciała natomiast ma charakter dziękczynny i radosny. W Polsce obchodzi się ją w czwartek po Uroczystości Trójcy Świętej, a więc jest to święto ruchome, wypadające zawsze 60 dni po Wielkanocy. Najwcześniej może przypaść 21 maja, najpóźniej 24 czerwca. W niektórych krajach przenoszone jest na kolejną niedzielę.
(…)
W Polsce obchody uroczystości wiążą się z procesją z Najświętszym Sakramentem po ulicach parafii. Procesja zatrzymuje się kolejno przy czterech ołtarzach, przy których czytane są związane tematycznie z Eucharystią fragmenty czterech Ewangelii.
Więcej zdjęć

Filmik na dole


You May ask what the „old” atheist is doing writing in her blog about the very well know in Poland, Christian holiday. Well… She’s making a coverage. Mostly because it would be hard to miss the celebration – procession was passing by straight under my windows from which I took the pictures (from the kitchen to be more exact).
Going around the world I often try to cover all kinds of celebrations – both national and religious. And in my own country? I usually miss it as the obvious. Still – if I want at least try to document the life of the city I chose to live in,  I need to – if possible – not omit anything. Even EURO 2012 will probably have at least one post…


For those who do not know this tradition or are not familiar with it or do not understand what it all is about – I quote a short part of Wikipedia (not the whole article – those interested know where to find more information…):
The Feast of Corpus Christi (Latin for Body of Christ) is a Latin Rite liturgical solemnity celebrating the tradition and belief in the physical body and blood of Jesus Christ and his Real Presence in the Eucharist.
In the present Roman Missal, the feast is designated the solemnity of The Most Holy Body and Blood of Christ.[1] It is also celebrated in some Anglican, Lutheran and Old Catholic Churches who hold similar beliefs regarding the Real Presence.


The feast is liturgically celebrated either on the Thursday after Trinity Sunday or, "where the Solemnity of the Most Holy Body and Blood of Christ is not a Holy Day of Obligation, it is assigned to the Sunday after the Most Holy Trinity as its proper day".  At the end of Holy Mass, there is often a procession of the Blessed Sacrament, generally displayed in a monstrance. The procession is followed byBenediction of the Blessed Sacrament.
A notable Eucharistic procession is that presided over by the Pope each year in Rome, where it begins at the Archbasilica of St. John Lateran and makes its way to the Basilica of Saint Mary Major, where it concludes with Benediction of the Blessed Sacrament.

And a movie:


wtorek, 5 czerwca 2012

Puck. Chwila. / Puck. A moment.



Piątek rano zaczął się szarym, groźnym niebem. Na „moim” gdyńskim strychu słychać każdy powiew wiatru, każde stuknięcie kropli o dach. Padało. Przyzwyczajona do warszawskich upałów bałam się wysunąć spod kołdry choćby czubek nosa. Było zimno, bardzo zimno. A ja nie miałam wyboru. Czas było wreszcie zarobić tę kasę za którą mam się grzać w okolicach równika.
Mama się ulitowała i podrzuciła mnie do Redy. Postałam sobie dłuższą chwilę na przystanku PKS przy dworcu kolejowym. Powąchałam smród uryny. Popatrzyłam na odpadający tynk. Na swojskie kaszubskie twarze. Te widoki nie odrzucają. Te widoki dobrze zaaranżowane będą kiedyś warte sporych pieniędzy.
Nie wzięłam ze sobą aparatu. Za szaro, za zimno, za mało miejsca w torbie. Czasu też by nie wystarczyło na robienie zdjęć. Piotrek zgarnął mnie z dworca. Kupują z żoną ziemię koło Pucka. Opowiadał o ekologicznym domu jaki mają zamiar wybudować. Rozumiem ich radość. Nie umiem jej dzielić.
Prezentację mieliśmy w ratuszu, w samym centrum Pucka, na rynku. Z okazji Dnia Dziecka na środku rynku rozstawiono niewielką scenę. Gdy przebijaliśmy się przez rzędy dzieci, akurat kończyło się jakieś przestawienie. Weszliśmy po schodach na piętro, gdzie jest duża sala - zapewne dla radnych. Sufit na wysokości czterech metrów, wielkie okna, olbrzymi, stylizowany żyrandol. Godła różnych gmin. Ciemno, bo okna zakryte były reklamą. Drewniane stoły, krzesła, ławy. Część mebli w stylu gdańskim. Rozbijałam powagę robiąc zdjęcia telefonem komórkowym. Nie przystawał do wnętrza.
Przez otwarte okno najpierw ryczało jakieś koszmarne disco polo, by po chwili ustąpić miejsca nie mniej koszmarnym lokalnym przyśpiewkom. Miałam ochotę wychylić się za chroniące szyby kraty i krzyknąć „e, blondi, nikt ci nie powiedział, że kurwa, fałszujesz?”
Zawsze przed prezentacjami mam olbrzymią ochotę kląć. Rzucanie mięsem mnie uspokaja. Swojska „kurwa” pozwala spokojnie odetchnąć. Ale nie klnę na głos. Nie to miejsce. To utrudnia zluzowanie napięcia. Nie lubię wystąpień publicznych. A musiałam mówić przez prawie dwie godziny.


Obiad jedliśmy w restauracji nad Zatoką. Jej spokojne wody pod stalowo szarym niebem, ten spłaszczony horyzont, pozwalały odpocząć od warszawskiego widoku stalinowskiego kutasa podtrzymującego niebo. Czasem niebo nad Warszawą sprawia wrażenie tak ciężkiego, jakby było zrobione z ołowiu. Jeżeli niebo nabierałoby ciężaru od ludzkich trosk, w Warszawie musiałoby być najcięższe w Polsce. Nie od nadmiaru problemów, tylko od gęstości zaludnienia na kilometr kwadratowy. Lubię ciężkie, ołowiane nieba. Topiłam kiedyś ołów palnikiem acetylenowo-tlenowym. Gdy zaczyna się upłynniać wygląda jak żywe srebro. Cuchnie, ale jest piękny.
Niebo nad Zatoką, choćby najciemniejsze, zdaje się lżejsze przez swój rozmiar. Przestrzeń uwalnia. Nie lubię nieba nad zatoką. Jest za wysoko. Odbiera poczucie codzienności. Betonowy warszawski fiut im. Towarzysza Stalina znowu wzywa. Ocierający się co chwila i zrzucający mnie z fotela w autokarze współpasażer może być już równie naprężony. Świat jest pełen świrów.
Wieczorem w piątek byłyśmy z Adą i Kasią w Cyganerii. Dobijamy powoli trzydziestki, ale wracałyśmy do domu wcześniej niż kiedy miałyśmy po osiemnaście lat.
- Dziewczyny, gdzie idziecie?
- Na przystanek.
- A gdzie jedziecie?
- Do domu.
- Ale noc jeszcze młoda.
- Dla nas już stara.
Wyglądało na to, że zostali spławieni. Ada zatrzymała się na swoim przystanku na Władysława IV-go, przy Batorym. Ściskałyśmy się na pożegnanie, gdy nagle poczułam potężnego klapsa na tyłku. Gdy się odwróciłam, koleś był już daleko i spierniczał co sił w nogach. Zamurowało mnie, więc nawet niczego za nim nie krzyknęłam.
Pamiętam pewien poranek w pociągu. Miałam czternaście lat. Po raz pierwszy pojechałam w Polskę ze znajomymi, bez nadzoru rodziców. Na koncert Pearl Jam’u. W katowickim Spodku. Nieważne który to był rok… To było wiele, wiele lat temu… Ktoś wysiadł z przedziału, więc po złożeniu się w scyzoryk byłam w stanie położyć głowę na siedzeniu. Po dłuższej chwili doszłam do wniosku, że czuję pewien znaczny dyskomfort i że chyba nie jest on spowodowany tylko niewygodną pozycją i starymi siedzeniami made in PKP. Siedzący obok starszy mężczyzna wpychał mi dłoń pod głowę. Dobrze, że tylko tam…
Brakuje mi papierosów. Zasada „palę tylko jak piję” staje się ostatnio zbyt szeroka. Kolejny dzień zmusza do zbyt ciężkiej walki. Pozostaje tylko pić szampana… Na Halach Banacha jest Sowiestkoje Igristoje za 6,99… Równie pyszne, jak ostatnio na Pradze nabyte Sowiestkoje Perlowoje, za 6,50… A przede mną tydzień trzeźwości…



Friday morning started with a grey, threatening sky. On “my” attic in Gdynia one can hear every whiff of wind, every drop touching the roof. It was raining. I had already been used to Warsaw heat so I was afraid to uncover from under the blanket. It was cold. Really, really cold. And I had no choice but to get up and finally earn that money which is supposed to warm me up in tropics.
Luckily my mom helped me out and gave me a lift to Reda. I was standing a longer while on the bus stop next to the railway station smelling the urine and watching the falling out plaster.  Staring at familiar faces from this land. Those views are not repelling. I shall even say that there will come the time when they will be worth a little fortune.
I did not take my photo camera with me. It was too grey, too cold, too little space in my bag. There was even not enough time to take pictures. Piotrek picked me up from the station. With his wife they’re about to buy a nice piece of land in Puck neighborhood. He told me about the ecological house they want to build. I understand their joy and happiness but I cannot share it.
The presentation was taking place in the town hall in the very center of Puck on the main market. It was the Children’s Day so in the middle of the market there was a small stage. While we were getting through the crowd of children some play was just about to end. We went upstairs to the big room for aldermen. The ceiling was four meters high, windows huge and massive chandelier. Crests of some municipalities. It was dark inside cause  windows were covered with the advertisement hanging outside. Wooden table, chairs and benches. Some furniture were in “Gdańsk” style. I was braking the seriousness by taking pictures with my mobile. It seemed exotic in this surrounding.
Firstly through the open window we could hear some nigthmarish disco music which was next changed into same terrible local songs. I felt like leaning out of the window and scream “hey, blonde, has none told you that you’re fucking out of tune?!”
Every time before the presentation I feel like cursing. It makes me calm. Familiar “kurwa” lets you breath more easily. But I never swear out loud. Not the right place. It makes the tension more difficult to ease. I don’t like public speeches. And I had to talk for almost two hours.



We had the dinner In the restaurant on the coast of the Bay. It’s calm waters under the steel sky, this flat horizon, which let me take some rest from the Warsaw view of the Stalin’s dick that props up the sky. Sometimes the sky over Warsaw seems to be so heavy like if it was made of lead. If the sky was heavy of human worries, the one over the Warsaw would be the heaviest in Poland. Not because of troubles – just because of the number of people who live here. I like those heavy, lead skies. I used to melt the lead once with the welding torch. When it starts to melt down it looks like silver. It stinks but is beautiful.
The sky over the Bay – no matter how dark – seems fighter because of its’ size. The space sets free. I do not like the sky over the Bay. It’s too high. Takes the feeling of everyday life away. The concrete Warsaw dick named after Comrade Stalin calls me back. The fellow passenger on the bus seems to be same hard. He tries to touch me every now and then. The world is full of freaks.
On Friday evening we went with Kasia and Ada to “Cyganeria”. We are getting close to thirtieth birthday but we were getting home earlier than while we were eighteen.
 ‘Where are you heading girls?’
‘To the bus stop.’
‘And where do you plan to go?’
‘Home.’
‘But the night is young.’
‘Old for us.’
Seemed like we got rid of them. We went with Ada to her bus stop. We hugged our goodbyes when I felt a slap on my ass. When I turned back the guy was already far away and was running. I was speechless.
I remember one morning on the train. I was fourteen. It was the first time that I hit the road with my friends without my parents supervision. We went for Pearl Jam’s concert. In Katowice. Doesn’t matter which year it was… It was many many years ago… Someone got out of the compartment so I managed to put my head on the seat. After a longer while I started to feel some strange discomfort and decided that it is probably caused not only with my position and very old seats of the train. The elder guy seating next to me was putting his hand under my head. Luckily only there…
I miss cigarettes. The rule „I smoke only when i drink” has become ineffective. The day after makes me fight too hard. Drinking champagne is all there is. On the close market they sell “Sovietskoye Igristoye” for 6,99 PLN… As tasty as “Sovietskoye Perlovoye” that I bought on Praga for 6,50… And there is a week of sobriety ahead of me…


niedziela, 3 czerwca 2012

Cui Jian, korzenie i piła / Cui Jian, roots and a saw



Moja pasja do kina azjatyckiego jest, jak sądzę, powszechnie znana. Przynajmniej moim przyjaciołom i czytelnikom tego bloga. To przez filmy made In Hong Kong, China, Japan, South Korea etc. zapałałam miłością do ostatniego niezalodzonego kontynentu, którego jeszcze nie odwiedziłam. Do miejsca, które nieustająco mnie fascynuje, przyciąga i hipnotyzuje. Momentami zastanawiam się, czy to na pewno dobry pomysł, aby tam wreszcie pojechać, jeżeli w mojej głowie wszystkie te miejsca są już tak wyraźne, jakbym je wiele razy zwiedziła. Pocieszam się faktem, że pomimo, iż swoje w życiu zobaczyłam, wyobraźnią jeszcze nigdy nie przegoniłam rzeczywistości i to zarówno w pozytywnym, jak i negatywnym sensie.
Pasja do kina zabiła też w pewnym sensie (na szczęście nie trwale) miłość do literatury pięknej. Beletrystykę w bibliotekach omijam ostatnio szerokim łukiem, skupiając się na literaturze popularno-naukowej i książkach historycznych (oczywiście przede wszystkim dotyczących Bangladeszu). Tylko czasem, gdy potrzebuję odpoczynku od wysiłku intelektualnego również w środkach komunikacji miejskiej, a nie czytać nie chcę, pożyczam jakąś powieść. Mam jednak problem z wyborem – brak mi klucza, zainteresowania konkretnymi powieściami. Konkretnymi autorami.
Przez krótką chwilę mile zaskoczyła mnie polska autorka Grażyna Plebanek. Połknęłam wszystko, co było w naszej bibliotece pod domem. Ale jak pozycje się skończyły, zabrakło mi pomysłu. Kręciłam się bez żadnego konkretnego celu między półkami, aż kierowana znajomymi pasjami, przystanęłam pod króciutkim działem z literaturą chińską. Książkę wybrałam odruchowo – była żarówiasto-różowa, czyli zapewne współczesna, a z powieściami liczącymi sobie lat więcej niż ja jestem ostatnio na bakier. Była to powieść „Panda sex” chińskiej pisarki Mian Mian. Spodobała mi się na tyle, że sięgnęłam po kolejną , choć chronologicznie wcześniejszą – „Cukiereczki”. Nie, jeszcze jej nie skończyłam. Nie, skończę jej dzisiaj. Ani jutro. Bo w pewnym momencie stała się dla mnie za trudna. Za bliska, za osobista, za bardzo „wróżebna”, by nie powiedzieć „złowróżbna”. Ale nie o moich podobieństwach do bohaterki Mian Mian miało być. Najważniejsze, że słucha ona muzyki, którą postanowiłam sprawdzić. I tak trafiłam na Cui Jiana.
„Power of the powerless” to płyta pochodząca z nie mam pojęcia, którego roku. Nie rozumiem tytułów piosenek, ani rzecz jasna słów. Mandaryński chyba ciężko zaśpiewać. Po mandaryńsku się skanduje. Do rytmu muzyki, która w pierwszym momencie zabrzmiała dla mnie jak kakofonia. Dużo różnych głośnych dźwięków na styku rocka, tradycyjnej muzyki chińskiej, hałasu… Nie mogę przestać jej słuchać. Jak kiedyś „Rock para las masa (Carnicas)” Porno Para Ricardo. Jak „Gypsy Punks – Underdog World Strike” i „Super Taranta” Gogol Bordello. Albo L7. Będzie mi Cui Jian grał w słuchawkach jeszcze wiele miesięcy…
Nie wiem jakie są związku rytmu z neuronami. Nie wiem jaki jest wpływ muzyki na pamięć i świadomość. Wiem co najwyżej jaki jest wpływ wiecznego trzymania słuchawek na uszach – w wieku lat dwudziestu siedmiu co chwila powtarza się „proszę?!”. Ale Cui Jian swoją muzyką, która wprawia mnie jakby w lekki trans i unosi kilka centymetrów nad ziemię i to nie na skrzydłach radosnego uniesienia, ale buntu i złości, przypomniał mi, że czas użyć piły.
Zapuściłam korzenie. Jeszcze nie głębokie. Ale trzymające na tyle mocno, by czas było je odciąć. W Warszawie mieszkam zaledwie osiem miesięcy. To tyle, co nic. To tak krótko. Ale to tak strasznie długo. W pracy, która męczy monotonnością. W mieście, którego nie mam czasu porządnie zwiedzić. W mieście, które nie chce stać mi się bliższe i wciąż straszy mundurami podobnych sobie ludzi. Plemię garniturów. Plemię zbuntowanych. Plemię hipsterów. Plemię szaraczków. Plemię nastolatków. Plemion jest kilka, ale wszystkie bardzo zdyscyplinowane.
Zapuściłam korzenie w mieście, w którym nie mogę w piżamie pójść do sklepu rano, żeby klientka stojąca za mną w kolejce nie straszyła mną kilkuletniej córki. Może gdybym mieszkała w innej dzielnicy… W innym miejscu. Może czułabym się bardziej u siebie… Może Azja nie wołałaby za mną „nie chcesz mieszkać tam, chcesz mieszkać tu, łap piłę, łopatę i karczuj maleńka!”
Plan zawiera w sobie trzy miesiące. Za mało na zapuszczenie nowych korzeni. Za mało na to, by otrząsnąć się z wrażenia nowości. Za mało, żeby zdążyć zatęsknić. I co będzie kiedy wrócę do mojej dziury w ziemi?
Wiem tylko, że jeżeli jednak spróbuję być rozsądna i zostanę, zacznę „wydeptywać ścieżkę kariery” – za kilka miesięcy wdrapię się na szczyt Pałacu Kultury i zacznę wyć. Albo sprawdzę jak to jest uprawiać bungie jumping bez liny. Piła sama już wypada z kieszeni, wyciąga ją chyba grawitacja…
Wiem, że nudzę z tym powtarzaniem, „jak ja bym chciała być w drodze”, kiedy tylko w niej nie jestem, czyli wciąż, niestety, przez większość czasu. Ale te momenty, jak teraz, gdy autokar, którym jadę do trójmiasta, na jutrzejszą prezentację w Pucku, wyprzedza trzy ciężarówki na raz tuż przed zakrętem… One uzależniają. Tak samo jak nowe widoki z okien autokarów, autobusów, samochodów, samolotów… Z pokładów.
Nie palę. Piję wciąż rozsądnie, przynajmniej na razie, ale wiem, kiedy jedno i drugie ciągnie. Tak samo jak wiem, jak to jest w zimowe wieczory, kiedy płaczę skulona na podłodze, bo nie mogę ot tak wsiąść w pociąg do Przemyśla, żeby kolejnego dnia przekroczyć granicę. Bo nie mam pieniędzy, albo mam zobowiązania. Bo na każdy wyjazd muszę czekać, zbierać, przygotowywać… Któregoś wieczoru wyłam już tak bardzo, że stwierdziłam, że nie dam już dłużej rady. Spakowałam plecak, sprawdziłam pociągi i już miałam wychodzić z domu, żeby pojechać na dworzec, kiedy zorientowałam się, że mój paszport został w Gdyni. Nie wiem dlaczego zawsze chcę uciekać przez Przemyśl, zawsze na wschód. Ale wiem, jak to jest, kiedy odmawiam niektórym znajomym wyjazdu, wyjścia, wypadu, bo zawsze jest jakiś ważniejszy cel oddalony o odpowiednią ilość kilometrów. Bywa, że to jest droga przez mękę. I wiem, że moment odlotu będzie krótki i pozostawi po sobie tylko większą pustkę, którą coraz trudniej będzie przetrzymać, przeczekać do kolejnego wyjazdu…
Ta książka o której pisałam. „Panda sex”. Nie zacytuję dokładnie, bo Internet nie działa, a egzemplarz grzecznie zwróciłam do biblioteki. Jest o tym, że po Szanghaju krąży dziwny wirus. Zakażeni uprawiają seks jak panda – dwa razy w roku. A gdyby ten wirus dotyczył podróży? Wynalazłabym na niego lek…
Posłuchajcie sobie Cui Jiana. I kupcie piłę…


FIRST – I AM REALLY SORRY FOR TRANSLATION – I AM NOT BEING MODEST – IT IS REALLY BAD, SOMEHOW I HAD TRULLY BIG DIFFICULTIES WITH INTERPRETING THIS POST L
My passion for Asian cinema is, as I suppose, well known. At least among friends and the readers of this blog. It’s because of the movies made in Hong Kong, China, Japan, South Korea etc. that I started to love the last “free of ice” continent that I have not yet stepped on. The place which does fascinate me, hypnotize me, which pulls me towards itself all the time. Sometimes I wonder if it really is a good idea to finally go there - as all those places are already so well pictured in my head. As if I already visited them. Luckily I know that although I’ve seen things in life my imagination never managed to go ahead of the reality – in both positive and negative sense.
My passion for the cinema also in some sense (luckily just for some time) killed my love for literature. I omit it in the libraries choosing rather popular science or historical books (mostly about Bangladesh of course). Just sometimes when I need a break from intellectual effort in means of public transport and I do not want to not read – I borrow some novel. But I have problem with choosing – I miss the key of choice, one special interest. Special author.
For some time I was nicely surprised by Polish author Grażyna Plebanek. I read all her books available in the library just right under my windows. But as I run out of her books I had no idea what to borrow. I was walking among the shelves with no goal until directed by old passions I stopped in front of the short shelf with Chinese literature. I chose a book driven by its’ neon pink cover. It made me believe that it’s a new book and classic literature hasn’t lately been my favorite. It was “Panda sex” by Chinese author Mian Mian. I liked it enough to start reading another one “Candy”. And no I haven’t finished yet. I won’t finish it neither today nor tomorrow. Because it became too difficult for me at some point. Too close, too personal, too prophetic. Anyway -  not about my similarities to Mian Mian’s heroine I was supposed to write. I decided to check the music she was writing about. And that was how I got to know about Cui Jian.
I have no idea when „Power of the Powerless” was released. I do not understand titles of songs or of course lyrics. But mandarin sounds difficult to sing. Words sound like if they were chanted. To the rhythm of the music that initially sounded to me like a cacophony. There are many loud sounds mixing rock, traditional Chinese music and noise… I cannot stop listening to it. Like I used to listen to „Rock para las masa (Carnicas)” Porno Para Ricardo. Or Gypsy Punks – Underdog World Strike” and „Super Taranta” Gogol Bordello. Or L7. Cui Jian will play in my headphones for many months…
I have no idea what is the relation of the rhythm and neurons. I have no idea what is the influence of music on memory and consciousness. I can only tell what is the influence of wearing headphones all the time – at the age of twenty seven you can’t stop asking everyone “what?!”. But Cui Jian with his music which puts me in some kind of trans and makes me walk a few centimeters above the ground and makes me full of anger and riot – he reminded me that it’s high time to use a saw.
I became rooted. Maybe not very deeply. But those roots are still deep enough to make it necessary for me to cut them. I’ve been living in Warsaw for just eight months. It’s almost nothing. And it’s so long. At work which kills me with monotony. In the city which I have no time to visit properly. In the city which does not want to became fully mine and scares me with the uniforms of similar people. The tribe of suits. The tribe of rebellious. The tribe of hipsters. The tribe of everymen. The tribe of teenagers. There are a few tribes but all very disciplined.
I am rooted in the city where I cannot go to the shop in my pajamas in the morning because the client standing in the line behind me tries to scare her daughter with me. Maybe if I were living in different district. Other place. Maybe I would feel more in the place. Maybe Asia would not be calling me ‘you do not want to live there, you want to live here so take the saw, take the shovel and root yourself out baby’!
My plan covers three months. It’s not enough to get rooted. It’s not enough to get used to the place. It’s not enough to miss the other place. So what will happen when I’ll get back to my hole in the ground?
I only know that if I stay and start to follow „my path of career” in a few months I will climb the top of Palace of Culture and Science and start to howl. Or I will check how it is to bungee jump without a line. The saw is falling out of my pocket like if gravity was pulling it out…
Maybe my repeating the phrase “how I wish I could hit the road again” whenever I am not which means unfortunately most of the time is boring. But those moments like now when the bus which takes me to Gdańsk for the presentation that I have in Puck tomorrow – overtakes three trucks at once just before the bend… They’re highly addictive. Same as new views from buses, cars, planes… From decks.
I don’t smoke. I drink reasonably – at least for now – but I know how they both are missed. Same as I know how it is on winter evenings while I cry cowered on the floor because I cannot take the train to Przemyśl just to cross the border. Because I have no money or I have some obligations. Because for every trip I have to wait, collect, prepare… One night I was howling so loud that I decided I cannot go on like this anymore. I packed my backpack, checked timetable for trains and I was about to live home when I realized that my passport was left in Gdynia. I don’t know I why I always want to run trough Przemyśl, always to the east. But I know how it is to refuse trips, parties, going out because of some more important goal which is distant enough. Sometimes it is really tiring. And I know that the moment of being high will be short and will leave me only a bigger emptiness which will be more and more difficult to survive, to wait until the next trip…
This book that i wrote about. “Panda sex”. I cannot quote accurately because the internet is not working and the book I did return to the library. It’s about a strange virus infecting Shanghai. Infected people have sex like pandas – twice a year. And what if this virus woud concern travelling? Oh I would invest a cure…
Now listen to Cui Jian. And buy a saw…



środa, 30 maja 2012

Lekcje języka bengalskiego cz.1/Bangla lessons part 1




Około miesiąca temu podjęłam „niezwykle ważną i zobowiązującą” decyzję związaną z przygotowaniami do wyjazdu. Otóż postanowiłam nauczyć się podstawowych zwrotów w języku bengalskim. Nie, nie jestem wystarczająco naiwna, aby uwierzyć, że mogłabym się nauczyć absolutnie fonetycznie mi obcego języka bez nauczyciela, czy chociażby porządnego programu albo strony internetowej. To se, moi drodzy, ne da… To znaczy pewnie się da, ale trzeba by mieć a) dużo czasu, b) dużo samozaparcia, c) choćby minimalną dozę wiary w sukces.
Po podjęciu decyzji o nauce postanowiłam, że zacznę od liczb – najważniejsze, to umieć przeczytać cenę, nie? Albo jak S. postanowi mnie sprzedać wędrownemu handlarzowi żywym towarem, to chociaż wiedzieć, że się targował i to o wysoką stawkę. Po miesiącu umiem liczyć do dziesięciu (na swoje usprawiedliwienie dodam, że umiem też zapisywać cyfry) – więc S. więc albo wiele na mnie nie zarobi, albo będzie się musiał targować w milionach….
Po walce z cyferkami przyszedł jednak moment na bardziej użyteczne słowa.
Zaczęło się pięknego, słonecznego poniedziałkowego poranka… W mojej pracy mam sporo jeżdżenia – od urzędu skarbowego do ZUSu, przez siedziby klientów itd. Tym razem zaczęłam od mojego „ulubionego”, N-tego Urzędu Skarbowego Warszawa Śródmieście. Urzędu, koło którego jest park – to ważne. Urzędu w którym nigdy nic nie da się załatwić. W którym zawsze wszystko wszystkim nie pasuje. W którym urzędniczki wysyłają faksy, ale te faksy „się nie wysyłają”.
Zazwyczaj panie w okienkach zaczynają przyjmować około 10 po ósmej. Ja byłam na miejscu już dwie po, więc gdy wzięłam numerek do kolejki, nawet nie spojrzałam na tablicę, aby sprawdzić ile jest osób przede mną, bo uznałam, że to musi jeszcze trochę potrwać. Tymczasem okazało się, że oto już teraz natychmiast wyświetlił się mój numerek, a ja tego nie zauważyłam i kazałam Pani Urzędniczce czekać… Około czterdziestu sekund! O losie!
Skruszona, z przepraszającym uśmieszkiem na wciąż jeszcze zaspanej twarzy podeszłam do okienka i od przeprosin zaczęłam. Rude monstrum po drugiej stronie plexi okazało się niestety mocno głuche i mimo, że próbowałam moje przeprosiny wywrzeszczeć, kontynuowało, że „jak się numerek wyświetla, to się podchodzi a nie czeka na zmiłowanie boskie, bo owo nie nadejdzie, a przynamniej nie dla takich jak petent maluczkich kreatur”…
Podałam monstrum dokumenty. Wypełniony formularz aktualizacyjny. Dwa pełnomocnictwa. Z poświadczeniami opłat.
- A tych pełnomocnictw to nie można było na jednej kartce? Po co tyle papieru marnować?! – monstrum było coraz bardziej krzywe. Jej twarz zdawała się rosnąć z każdym łypnięciem znad grubych szkieł.
Miałam jej tłumaczyć, że przecież nie stosuje się ich jednorazowo, a nie zawsze trzeba upoważniać kilka osób na raz? Miałam jej tłumaczyć, że klienci podpisują od razu kilka egzemplarzy na wypadek, gdyby trzeba je było przedstawić innym monstrom?
- Niestety nie proszę pani, taka polityka firmy.
- Tyle papieru marnować! No i po co mnie to?!
Obejrzała wstępnie formularz.
- A to kto podpisał? Igrekowska?! A ja tu mam pełnomocnictwo Iksińskiej.
- Igrekowskiej też jest. Pod spodem, na tej drugiej kartce.
- No jest, jest, poprawiać mnie nie musi.
Minęło kilka sekund.
- A co to tak naściubione? Ja nawet w okularach przeczytać nie mogę!
Nie odpowiedziałam, żeby sprawiła sobie nowe okulary. Nie zasugerowałam nawet, że może czas już iść na emeryturę.
- A tu, to już tak powciskane, że nigdy tego nie odcyfruję!
- To może ja Pani przeczytam?!
- A po co to tak naściubione, może mi powie, co?!
- Bo tak mało miejsca jest. Próbowałam się zmieścić w kratkach!!!!!
- Niech nie krzyczy, głucha nie jestem! A tu to już takim maczkiem, że nawet jedna wolna została.
Nie – w formularzu jest o jedną za dużo – wyszeptałam do siebie.
- Poczeka.
Monstrum zniknęło na dobrych siedem, czy osiem minut. Widziałam ją w cieniu korytarza, jak rozmawiała z koleżanką. Wróciła z pieczątką. Datownikiem. Nie powiedziałam jej nawet „do widzenia”.
Do autobusu szłam przez park. Chciałam sobie powrzeszczeć. Koło Zamku Ujazdowskiego jest taki piękny znak „Tutaj można krzyczeć”. Ale nie tu. No to żeby chociaż można było pokląć trochę na głos. Dla odstresowania. Ale najpierw minęłam tatuśka z kilkuletnią córeczką. Potem dwie babcie. Mężczyznę w prochowcu. Po angielsku? Nawet babcie zrozumieją. Po hiszpańsku? Ostatnio w moim ulubionym urzędzie musiałam walczyć o miejsce w windzie po hiszpańsku. Po rosyjsku? Będzie jak po polsku.
Wysłałam smsa. „Jak jest kurwa po bengalsku?”
„W takim sensie, jak wy używacie, czyli jako przecinek, wzmocnienie, kropka, wykrzyknik, westchnienie lub po prostu kurwa… to baal. Tyle, że baal nie znaczy kurwa. Znaczy włosy łonowe.”
BAAL – piękne słowo…
Żeby to przetrwać to trzeba być mistrzem zen - jak mawia jeden z dwóch najwspanialszych współlokatorów świata.
Jestem mistrzem zen! I będę powtarzać moją mantrę w nieskończoność. Ommmmm… Baal…. Ommmmm…Baal…KURWA!!!!!!!!!!!!!!



Around a month ago I made an "extremely import ant and bounding "decision connected with my preparations for the trip. I decided to learn some basic bangle words and phrases. And no I am not an idiot enough to believe that I might learn a completely phonetically new language without a teacher or at least a good program or Internet site. No that is not possible.... Or maybe it is if you have a) a lot of time, b) a lot of persistence, c) at least a minimal belief in success.
After I made the decision concerning learning, I thought that it would be a good idea to start with the numbers - it's most important to know the price, right? Or if S. would want to sell me to the travelling
female trafficker I would at least like to know that he bargained with him and they high rate. Well... After a month I can count to ten (as an excuse I can use the fact that I also know how to write down those numbers). It might mean only two things - either S. is not gonna earn much or he will have to bargain for millions...
Anyway - the time has come for more useful words...https://lh3.googleusercontent.com/01bkLnkCrRlfcDTeGqFZIZx-zBoelBgf_37LtlUeIM14CDnl9xgzd2bWDFNonQ0WzA6X8UkjnwsDyIU2eTtVT6BIN1-V2f79zmo2Ie1Ioc26lxks8Yk
It has all started on one sunny Monday morning. At my work I “perform” a lot of riding around the city – to all kinds of offices, clients seats etc. That morning I started with my “favorite” Tax Office no X Warsaw-Downtown.  Note there is a park next to it – it is important. It’s hard to get anything done in this particular office. The clerks in there are never satisfied with the documents that we bring in. Office ladies happen to send us faxes that “do not want to send themselves” and so on…
Usually the counter starts working around 8:10 a.m. I was at the place already at 8:02 so after taking the number I did not even look at the board to check when I might approach the window. But to my surprise it occurred that “my” window has already started working. With all this I made the clerk at the desk wait full 40 seconds! Oh, my fate was coursed…
With a huge “I’m so sorry” smile on my face I approached the window and started apologizing. Ginger haired monster from the other side of the glass unfortunately turned out to be deaf but although I tried to cream my apologies out she seemed not to get it and continued on her speech:
‘If the number is shown on the board you shall immediately, and I say immediately, approach – I don’t have all day to wait!’
I passed documents to the monster. A filled in form of data actualization. Two authorizations and payment confirmation.
‘Why couldn’t you write those authorizations on one piece of paper I ask?! Why shall you waste so much paper?!’
The monster was obviously into ecology. Her face was turning more and more wry and twice as big as she was gazing me from above her thick glasses. I opened my mouth to explain that they are always prepared in many separate copies so as they could be presented to other monster but I cut it. Would my explanation make any change whatsoever?
‘I’m sorry – company policy’
‘To waste so much paper?! And what am I to do with it?’
She scanned the form with a quick glance.
‘And who signed these? Ygrek? So why you gave me the authorization for Epsilon?’
‘The one for Ygrek is also there. On this second sheet.’
‘Are you saying that I’m blind? I can see that!’
She watched the papers for a few more seconds.
‘And why are those letters so small? I have troubles reading it even with my glasses on!’
No… I did not tell her to buy new glasses. I did not even suggest that maybe it was high time for her to start thinking of the retirement. I just shut up.
‘And here, look, here – it is so small that I will never decipher this!’
‘So maybe I might read it for you?’
‘Maybe you will tell me why these letters are so tiny?!’
‘Can’t you see how little space there is?! I was just trying to fit in!!!!!’
‘Don’t scream I hear all too well. Here, here – it is so small that even one box is left.’
There was no box left. There was just one too many in the form.
‘Now wait’
Monster disappeared for seven – eight minutes. I could see her in the shadow of the corridor when she was talking to a friend. She got back with a date stamp. I did not even bother to say goodbye.
The way to the bus leads through the park. But it has one little disadvantage – no “here you can scream’ sign. There is one next to the Ujazdowski Castle but not here. And I could not even curse out loud. Cause first I passed a daddy with a little girl. Than two elderly ladies. A man in a coat. So how? In English? Even grannies would understand. Spanish? Last time I had to speak this language in the neighborhood… Russian? Sounds like Polish…
I sent a sms. ‘How is “kurwa” in bangla?’
‘The context “kurwa” is used in, we use baal which means pubic hair.’
BAAL. Such a pretty word…
To survive all this one has to be a master of zen – as my flatmate says…
And I am a master of zen! And I will repeat my mantra until the end of time: Ohmmmm…. Baal…. Ohmmmm… baal…. KURWA!!!!!!!!!



wtorek, 29 maja 2012

Perły i perełki / Pearls big and small


Napisałam dłuższy post, ale utknęłam na tłumaczeniu – nie mam czasu do nie go usiąść. Więc będzie krótko i na temat.
I wrote a longer post but I got stuck in translation – I simply have no time to do that. So I will make this one short and to the point.


Graffiti na Rozbracie / Graffiti on Rozbrat Street

Spaceruję, chodzę, łażę. Mniejsza niestety połowa mojej pracy polega na objeżdżaniu Warszawy, a w niej urzędów i biur usytuowanych w najróżniejszych dzielnicach. I po drodze trafiam na perły i perełki, których nie znajdziecie w przewodnikach ani miejskich spacerownikach.

  
















To nie greckie wybrzeże, tylko ulica Myśliwiecka. / It is not a Greek coast but Myśliwiecka Street.

I walk, I stroll, I trump. Unfortunatelly the „smaller half” of my work is going around Warsaw to all kinds of offices and bureaus seated in different districts. And on my way I find rare pearls that you cannot find in guides and city tour books.



Łazienki Królewskie

Ale moim najciekawszym odkryciem było mini-muzeum liczydeł w jednym z biur rachunkowych, nieśmiało wciśnięte pod parapet...

But my most interesting founding was a mini-museum of abacus, put under the windowsill, that I found in one of the accounting bureaus...







niedziela, 20 maja 2012

Noc Muzeów/The Night of The Museums



Zabawne, jak łatwo zapominamy o najprostszych sposobach na to, aby sprawić przyjemność samym sobie. Albo jak łatwo zapominamy, że te przyjemności nie koniecznie muszą wiązać się ze szczególnym wysiłkiem bądź poświęceniem. Mnie musiało o tym przypomnieć ogólnopolskie poruszenie zwane nocą muzeów.
Chciałam się wybrać. Ale nie miałam z kim. Ktoś był poza Warszawą, ktoś był zmęczony, kto inny zajęty. Sto tysięcy powodów, żeby nie stać w przydługich kolejkach. Też miałam powód, żeby nie iść. Nie licząc przerwy na śniadanie, leżałam w łóżku do 18 lecząc kaca. Miałam sporo nietkniętej pracy (jakimś cudem dzisiaj wcale nie mam jej o wiele mniej…), na kacu nienajlepiej wyglądałam, lodówka krzyczała pustką i resztką musztardy, która groziła, że sama wyjdzie, bolała mnie głowa i jeszcze miałam umówione spotkanie na skypie. Zrobiłam zakupy, a że nie sądziłam, że dzień jest taki ciepły, spociłam się jak świnia. Koło 20 zabrałam się za przygotowywanie pasztetu. W między czasie chciałam ustalić o której mam włączyć skype. Wtedy padło pytanie:  „to co będziesz robić – posiedzisz ze mną, czy pójdziesz do muzeum?”
- Pewnie posiedzę z tobą.
-Jesteś taka przewidywalna.

Challenge accepted! Jeszcze się taki nie urodził, który miałby prawo bezkarnie powiedzieć mi, że jestem przewidywalna! Skończyłam szykować masę na pasztet, wzięłam szybki prysznic, otworzyłam szampana, nalałam go do kubka po coli i godzinę przed północą ruszyłam w miasto.
Nie twierdzę, że Warszawa w sobotnie wieczory jest pusta. Ale zdecydowanie nie jest zatłoczona. Tego wieczoru było inaczej. Centrum wyglądało prawie jak barcelońska La Rambla. Popijając szampana przez słomkę oglądałam ludzi z okien tramwaju. W słuchawkach grała jedna z moich ulubionych płyt „spacerowych” z Barcelony – Amsterdam Klezmer Band. Wciąż było ciepło…
Kolejka pod Muzeum Narodowym  przesuwała się nadspodziewanie szybko. Sam budynek w nocnej iluminacji przypominał mi Egipskie Muzeum narodowe w Kairze, którego ściany „podziwiałam” kiedyś z balkonu hostelu na który wychodziłam, żeby zapalić. Przez muzykę przebijały się najróżniejsze języki. Choć dominował polski, słychać było angielski, hiszpański, japoński, któryś z chińskich, niemiecki, francuski. I nagle Warszawa stała się jakby bliższa. Trochę bardziej moja…
A potem była już tylko duchota muzealnych sal i absolutne oszołomienie wzroku…


It’s funny how easy it is to forget about our most simple pleasures. Or how those pleasures do not involve any kind of effort or sacrifice. I had to be reminded of all this by the national event called the Night of The Museums.
I mean I wanted to go. But I had no company. Someone was outside the city, someone was tired, soemone else busy. Thousands of reasons to not stay in long lines. I also had one – I got up at 6 p.m. after spending the day in bed with hangover and just one short brake for breakfast. Plus a lot work watining to be done (somehow most of it is still waiting…), I looked pretty shitty with the hangover, my fridge was empty except for some mustard leftovers that were already going to leave the place by themselves, I had a headache and a set up meeting on skype. Finally I managed to do some shopping but as I hadn't have realised it was such a warm day I was already sweating like a pig. Around eight I started preparing a pate. And decided to ask at what time I shall have my skype on. And than the question was asked: „so are you going to hang out with me or you will go to the museum?”
‘I guess I’ll hang out with you.’
‘You are so predictable.’

Challenge accepted! There is no man in this world who can get away with such a statement. I finnished preparing the mass for pate, took a quick shower opened a champagne and pured I into the coca cola cup and an hour before midnight I was out.
I am not saying that normally Warsaw at Saturday evening is deserted or something… It’s just not really crowded. But this night was different. The center resembled of La Rambla in Barcelona. I was sipping my champagne and watching people from the tram. My headphones „were playing” one of my my favourite walking CDs from Barcelona by Amsterdam Klezmer Band. The night was still warm…
The line under National Museum was moving surprisingly quick. The building itself illmuinated for the night reminded me of the National Museum in Cairo which walls I watched from the hostel balcony were I used to smoke. Through the music I could hear all different languages. Starting with dominating polish, through english, spanish, japanese, german and french to some chineese. And somehow all of the sudden Warsaw became a bit closer. A bit more „mine”….
And than there was only the stuffy air of show-rooms and the visual bombing…