Zastanawialiście się kiedyś, jak mogłaby wyglądać najgorsza wyobrażalna praca? I co wymyśliliście? Grabarza, kurwę, śmieciarza? Coś innego? Moja wyobraźnia, muszę przyznać jest w tym względzie konwencjonalna. Ale są zawody, o których istnieniu nawet nie pomyśleliście. Wpadł ktoś kiedyś na to, że można być sprzątaczką sal operacyjnych? Bo ja przyznam szczerze, że o tym nie pomyślałam. Ale Joasia owszem. I Joasia jako sprzątaczka takowa pracowała. Przedstawię Wam więc Joasię w dwóch krótkich scenach…
Scena 1. Noga i resztki mózgu z poprzedniego tygodnia, czyli parszywy poniedziałek.
Pani Joasia, jak ją tu nazywano i co ją z lekka krępowało, lat 19, adeptka sztuki kosmetycznej, w rytm zarabianych przez nią 5 złotych na godzinę pracowała na swe dalsze nauki. Wezwana została na salę.
- Pani Joasiu, operacja skończona, pacjent wywieziony, oto przekazuję pani teatr działań operacyjnych, jak mawiają Anglicy.
Lekarz rzucił zaświnione (czy też może rzec należy „zaczłowieczone”) rękawiczki na stół i ruszył do wyjścia.
- Ach, byłbym zapomniał, Pani Joasiu… Ja rozumiem, że można mieć pewne opory przed zetknięciem z materią, z której jesteśmy stworzeni, ale sądzać po kolorze i skłądzie tego, co zastałaem pod stołem, są to resztki po operacji z zeszłego tygodnia. A dokładnie rzecz ujmując, mniemam, iż są to jeszcze pozostałości piątkowej trepanacji! Doprawdy, Pani Joasiu, to niedopuszczalne!
Joasia aż zatrzęsła się na to wspomnienie. Jako sprzątaczka sal operacyjnych mogła, a wręcz musiała uczestniczyć w operacjach (trzeba było np. pilnować, żeby któryś z lekarzy nie poślizgnął się na jakiejś przypadkowej plamie krwi). Rano, gdy przychodziła do pracy, już czekał na nią grafik o dziesiątej przeszczep czegoś, czego nazwy nie potrafiłaby powtórzyć z pamięci, o czternastej podwiązywanie jakiejś żyłki, a o szesnastej… No właśnie o szesnastej w ubiegły piątek była trepanacja czaszki. Tego było już dla Joasi nieco za wiele – gdy usłyszała odgłos towarzyszący wyjmowaniu fragmentu kości z czaszki i zobaczyła szarą masę z pulsującymi w niej czerwonymi żyłkami, zaniemogła i zamiast pacjenta po operacji wywieziono ją, ale jeszcze przed początkiem. Sprzątanie sali jednak jej nie ominęło, a teraz czekało na nią TO. W zabiegu uczestniczyła pani Benia, jej pozostało już tylko posprzątać i wynieść TO. A TYM była noga, czy właściwie to, co niej pozostało – jakiś taki niezupełnie już foremny fragment, ucięty tuż nad kolanem i mający dziwną, sino – fioletową barwę. Palców też było jakby tylko pół – nie, że za mało, tylko zdawały się nieco za krótkie. Joasia podeszła do stołu i przyglądając się „pozostałościom” spróbowała przełknąć ślinę, w czym przeszkadzała jej bryłka czegoś gęstego i lepkiego, która utknęła jej w przełyku.
- Powinnam rzucić palenie, to na pewno od tego dodatkowego papierosa rano – pomyślała.
Wtem do pomieszczenia, niczym huragan do Nowego Orleanu w niedalekiej przeszłości wpadła tęga furia – pani Benia, weteranka, sprzątająca na oddziale już od kilku, jakże przecież pięknych lat.
- No kochanieńka, fiku – miku, mamy nóżkę na patyku, a z patyka do śmietnika. Drogę chyba znasz?
Scena 2. Czyli ta, w której żadne elementy przyrody ożywionej nie stają się nieożywione, a bywa wręcz przeciwnie.
Tego dnia Joasia przyszła do pracy nieco wcześniej – nie po to, żeby wypić kawę, bo ciśnienia podnosić sobie nie musiała, ale żeby, wbrew obietnicom złożonym samej sobie kilka dni wcześniej, zapalić spokojnie dodatkowego papierosa. Miała, jak to z dumą nazywała „dyżur” na oddziale ratunkowym. W poczekalni ludzie zazwyczaj leżeli bądź siedzieli, próbując właściwym ułożeniem ciała złagodzić nieco ból różnych fragmentów ich ziemskiej powłoki. Ale w kącie stał (czy aby na pewno stał – ułożenie jego kończyn wskazywało raczej na siad, brakowało jedynie siedzenia) facet w długim płaszczu i kapciach. Płaszcz w okolicach odbytu układał się nieco dziwacznie – jakby urósł mu ogon. Joasia wolała jednak nie zastanawiać się nad przyczynami tej dziwacznej pozycji i ruszyła do szatni, by po chwili już zostać wezwaną na salę.
Facet od płaszcza już nie miał płaszcza, a koszulkę. Tylko koszulkę. A z jego odbytu wystawał duży, różowy, gumowy fallus. Facet na widok młodej panienki odwrócił twarz o kolorze nieco tylko ciemniejszym, ale równie jaskrawym, co wystający mu z tyłka przedmiot do ściany. Lekarka kazała mu się położyć, co wykonał z trudem, pojękując tylko z cicha, po czym podała jakiś zastrzyk.
- W takich przypadkach Pani Joasiu, proszę to zapamiętać, jedynym wyjściem jest uśpienie pacjenta w celu rozluźnienia zwieraczy.
Chwilę później lekarka zgrabnym szybkim ruchem wyjęła gościowi wibrator z odbytu.
- Jaki duży… Ciekawe, czy jeszcze działa. – na fartuchu Joasi pojawiły się nagle brązowe grudki.
- Działa… Pani Joasiu, proszę to umyć bardzo starannie i zdezynfekować.
A po chwili dodała:
- Pacjent może zażądać zwrotu…
