sobota, 19 września 2009

5 złotych za godzinę





























Zastanawialiście się kiedyś, jak mogłaby wyglądać najgorsza wyobrażalna praca? I co wymyśliliście? Grabarza, kurwę, śmieciarza? Coś innego? Moja wyobraźnia, muszę przyznać jest w tym względzie konwencjonalna. Ale są zawody, o których istnieniu nawet nie pomyśleliście. Wpadł ktoś kiedyś na to, że można być sprzątaczką sal operacyjnych? Bo ja przyznam szczerze, że o tym nie pomyślałam. Ale Joasia owszem. I Joasia jako sprzątaczka takowa pracowała. Przedstawię Wam więc Joasię w dwóch krótkich scenach…

Scena 1. Noga i resztki mózgu z poprzedniego tygodnia, czyli parszywy poniedziałek.

Pani Joasia, jak ją tu nazywano i co ją z lekka krępowało, lat 19, adeptka sztuki kosmetycznej, w rytm zarabianych przez nią 5 złotych na godzinę pracowała na swe dalsze nauki. Wezwana została na salę.
- Pani Joasiu, operacja skończona, pacjent wywieziony, oto przekazuję pani teatr działań operacyjnych, jak mawiają Anglicy.
Lekarz rzucił zaświnione (czy też może rzec należy „zaczłowieczone”) rękawiczki na stół i ruszył do wyjścia.
- Ach, byłbym zapomniał, Pani Joasiu… Ja rozumiem, że można mieć pewne opory przed zetknięciem z materią, z której jesteśmy stworzeni, ale sądzać po kolorze i skłądzie tego, co zastałaem pod stołem, są to resztki po operacji z zeszłego tygodnia. A dokładnie rzecz ujmując, mniemam, iż są to jeszcze pozostałości piątkowej trepanacji! Doprawdy, Pani Joasiu, to niedopuszczalne!
Joasia aż zatrzęsła się na to wspomnienie. Jako sprzątaczka sal operacyjnych mogła, a wręcz musiała uczestniczyć w operacjach (trzeba było np. pilnować, żeby któryś z lekarzy nie poślizgnął się na jakiejś przypadkowej plamie krwi). Rano, gdy przychodziła do pracy, już czekał na nią grafik o dziesiątej przeszczep czegoś, czego nazwy nie potrafiłaby powtórzyć z pamięci, o czternastej podwiązywanie jakiejś żyłki, a o szesnastej… No właśnie o szesnastej w ubiegły piątek była trepanacja czaszki. Tego było już dla Joasi nieco za wiele – gdy usłyszała odgłos towarzyszący wyjmowaniu fragmentu kości z czaszki i zobaczyła szarą masę z pulsującymi w niej czerwonymi żyłkami, zaniemogła i zamiast pacjenta po operacji wywieziono ją, ale jeszcze przed początkiem. Sprzątanie sali jednak jej nie ominęło, a teraz czekało na nią TO. W zabiegu uczestniczyła pani Benia, jej pozostało już tylko posprzątać i wynieść TO. A TYM była noga, czy właściwie to, co niej pozostało – jakiś taki niezupełnie już foremny fragment, ucięty tuż nad kolanem i mający dziwną, sino – fioletową barwę. Palców też było jakby tylko pół – nie, że za mało, tylko zdawały się nieco za krótkie. Joasia podeszła do stołu i przyglądając się „pozostałościom” spróbowała przełknąć ślinę, w czym przeszkadzała jej bryłka czegoś gęstego i lepkiego, która utknęła jej w przełyku.
- Powinnam rzucić palenie, to na pewno od tego dodatkowego papierosa rano – pomyślała.
Wtem do pomieszczenia, niczym huragan do Nowego Orleanu w niedalekiej przeszłości wpadła tęga furia – pani Benia, weteranka, sprzątająca na oddziale już od kilku, jakże przecież pięknych lat.
- No kochanieńka, fiku – miku, mamy nóżkę na patyku, a z patyka do śmietnika. Drogę chyba znasz?

Scena 2. Czyli ta, w której żadne elementy przyrody ożywionej nie stają się nieożywione, a bywa wręcz przeciwnie.

Tego dnia Joasia przyszła do pracy nieco wcześniej – nie po to, żeby wypić kawę, bo ciśnienia podnosić sobie nie musiała, ale żeby, wbrew obietnicom złożonym samej sobie kilka dni wcześniej, zapalić spokojnie dodatkowego papierosa. Miała, jak to z dumą nazywała „dyżur” na oddziale ratunkowym. W poczekalni ludzie zazwyczaj leżeli bądź siedzieli, próbując właściwym ułożeniem ciała złagodzić nieco ból różnych fragmentów ich ziemskiej powłoki. Ale w kącie stał (czy aby na pewno stał – ułożenie jego kończyn wskazywało raczej na siad, brakowało jedynie siedzenia) facet w długim płaszczu i kapciach. Płaszcz w okolicach odbytu układał się nieco dziwacznie – jakby urósł mu ogon. Joasia wolała jednak nie zastanawiać się nad przyczynami tej dziwacznej pozycji i ruszyła do szatni, by po chwili już zostać wezwaną na salę.
Facet od płaszcza już nie miał płaszcza, a koszulkę. Tylko koszulkę. A z jego odbytu wystawał duży, różowy, gumowy fallus. Facet na widok młodej panienki odwrócił twarz o kolorze nieco tylko ciemniejszym, ale równie jaskrawym, co wystający mu z tyłka przedmiot do ściany. Lekarka kazała mu się położyć, co wykonał z trudem, pojękując tylko z cicha, po czym podała jakiś zastrzyk.
- W takich przypadkach Pani Joasiu, proszę to zapamiętać, jedynym wyjściem jest uśpienie pacjenta w celu rozluźnienia zwieraczy.
Chwilę później lekarka zgrabnym szybkim ruchem wyjęła gościowi wibrator z odbytu.
- Jaki duży… Ciekawe, czy jeszcze działa. – na fartuchu Joasi pojawiły się nagle brązowe grudki.
- Działa… Pani Joasiu, proszę to umyć bardzo starannie i zdezynfekować.
A po chwili dodała:
- Pacjent może zażądać zwrotu…

niedziela, 13 września 2009

INSTRUKCJA



































Jako, że nie może być wiecznie poważnie, przytoczę tu Instrukcję stanowiskową korzystania z WC, która znalazła się w toalecie w szatni mojego zakładu pracy. Zapewne nasi pracodawcy jak i ja ściągnęli tę wspaniałą rzecz z internetu, ja korzystałam ze strony http://www.smieszny.net/teksty/pokaz.php?id=1145. Powyżej zaś mój szanowny BRAT z bohaterem poniższego w rękach... Enjoy!

Instrukcja stanowiskowa korzystania z WC

1. Ubikacja powinna być zawsze utrzymywana w czystości zgodnie z systemem jakości HACCP.

2. Korzystać z ubikacji mogą tylko osoby, które ukończyły instruktaż stanowiskowy przeprowadzony przez bezpośredniego przełożonego i zdały praktyczny egzamin.

3. Do muszli klozetowej i pisuaru nie wolno wrzucać śmieci, szmat, niedopałków, papierów, środków higieny osobistej, zapałek, resztek jedzenia oraz zużytych dokumentów urzędowych.

4. Muszla klozetowa nie służy do mycia głowy, połowu ryb, ani do uprawiania seksu.

5. Na muszlę klozetową nie należy wchodzić nogami lecz siadać w sposób ergonomiczny jak na krześle całym ciężarem ciała tak, aby pośladki całkowicie i dokładnie przylegały do deski klozetowej. Tułów powinien być wyprostowany, przy czym punkt ciężkości należy przenieść ze stóp na pośladki kładąc ręce wzdłuż odpowiednich kolan. Siedzieć na desce klozetowej tak aby kał wpadał centrycznie z niewielką prędkością do muszli, a nie na deskę. Jednocześnie należy starać się nie zamoczyć deski moczem – w tym celu należy przytrzymać ręką narząd moczowy, skierowując go do muszli.

6. Przy korzystaniu z pisuaru należy podejść do niego jak najbliżej nawet dotykając go kolanami, pochylając się do przodu, wyjąć całkowicie narząd moczowy, lekko nachylać go w dół i oddać mocz aż do ostatniej kropli. Zaleca się narządem moczowym w taki sposób, aby nie rozbryzgiwać moczu po ścianach . W ten sposób podłoga wokół pisuaru będzie sucha, co zmniejszy ryzyko upadku lub poślizgnięcia.

7. Przed oddawaniem moczu należy sprawdzić czy narząd moczowy nie jest chroniony przez męskie środki ochrony indywidualnej.

8. W razie wystąpienia integracyjnego syndromu GAZ – MOCZ - KAŁ, nie należy wpadać w panikę lecz spokojnie opuścić ubikację, poinformować innych pracowników i udać się w kierunku wyjścia ewakuacyjnego w celu zmiany odzieży.

9. W razie zaistnienia wypadku, np. upadek, potknięcia, zakleszczenie narządu moczowego w zamku błyskawicznym, itp. należy zadzwonić pod nr alarmowy 112 lub 999

wtorek, 8 września 2009

Jej pomnik...

































Ona miała 16 lat i wcale nie była prostytutką (bo to nie jest tekst „Chryzantem złocistych” do nurwy kędzy). Ale w ciążę zaszła. Potem wyszła za mąż i do dziś nie wróciła. Dziś ma 34 lata, ciemne włosy, które związuje w ogon, do którego dopina sztuczne przedłużenie – większość włosów straciła podczas choroby, którą wywołał nadmierny stres, a jej brodę przecina głęboka blizna, której nie sposób zamaskować, której nie sposób pominąć wzrokiem. Ubiorem podkreśla swoją kobiecość, nosi staranny makijaż i wiecznie kokietuje zielonymi oczami, otoczonymi rzęsami wytuszowanymi tak starannie, że widać oddzielnie każdy włosek. Jest wesoła, chce się bawić, roznosi uśmiech. Mam kilku synów. I męża, który ją bije, dobija chorobliwą zazdrością, pije przynajmniej 4 piwa dziennie, atakuje z nożem nawet szwagra i ciągle powtarza jej, że jest szmatą. Najstarszy syn kiedyś stanął w jej obronie, teraz jest wrogiem ojca nr 1. Chce uciec, ale dokąd, skoro zarabia 1500 złotych, nie ma tytułu własności ani do mieszkania, ani do budowanego od 17tu lat domu? Skoro wie, że synów z tym potworem nie zostawi?

Ona ma trochę przed czterdziestką i dwie córy. Nastolatki. Jedna jest w klasie maturalnej, druga zaczyna szkołę średnią. Obie dobrze się uczą, angielski szlifują wraz ze znajomymi, których poznały podczas podróży odbytych dzięki troszkę zamożniejszej rodzinie. Zapraszają kolegów z różnych krajów – ona chętnie na to przystaje, bo dzięki temu dziewczynki uczą się tolerancji. Młodsza poszła do technikum, bo pomimo, że bardzo chce skończyć studia, to przecież nie może przewidzieć, co się w jej życiu wydarzy i chce mieć jakiś zawód. Ona jest z dziewczynek dumna. I też chodzi wiecznie uśmiechnięta, wszystkich rozśmiesza żartami. Pomaga każdemu. Jest pełna życia. Nie chce tylko napić się z nami kawy, bo, jak mówi, w którymś momencie postanowiła jej więcej nie pić. Rok temu straciła męża. On nigdy nie miał najmniejszego wypadku, aż do momentu, gdy wracał z pogrzebu kogoś z rodziny (ona nie mogła wtedy pojechać), z jej teściową i dziewczynkami – dziewczynki siedziały z tyłu, dlatego żyją. Bo z przodu samochodu nic nie zostało.

Ona ma koło sześćdziesiątki. Wygląda staro, jest zniszczona i troszkę jakby powolniejsza – nie tylko pod względem ruchowym. Ale robi swoje, każdą czynność wykonując bardzo starannie i dokładnie. Często opowiada, jak to „za jej czasów” – ale nie gani niczyjej młodości, porównuje z ciepłym półuśmiechem na ustach. Pół roku temu wyszła ze szpitala psychiatrycznego – spędziła tam trzy miesiące po tym, jak w którymś momencie puściły jej nerwy. Nie wytrzymała gdy kolejny raz cały obiad wylądował na podłodze, bo talerz stał w złej odległości od skraju stołu i nikt nic nie zjadł – syn, synowa, ani wnuki. Ani jej mąż, który powiedziawszy, co o niej myśli trzepnął ją w głowę, wyszedł i trzasnął drzwiami. Ona znowu z nim mieszka. I codziennie prawie biegnie na autobus, bo on czeka na obiad.

niedziela, 30 sierpnia 2009

I apiat panie, historia się powtarza…


Powyżej mojej produkcji przenośny pokój przesłuchań, model "Dime la verdad mi cielo", z wbudowanym kompleksem Deus ex machina - chciaż ex machina nie zawsze jest deus...


Pisałam chyba o przerwie w pracy? Że miała trwać dwa tygodnie? I o tym, że mocną stroną polskich pracodawców na pewno nie jest dotrzymywanie słowa?
Kiedy dwa tygodnie minęły i nie miałam żadnych wieści, po prostu zadzwoniłam z pytaniem, co jest grane - „jeszcze kilka dni pani Olu, proszę się nie martwić”. Kiedy opóźnienie było już tygodniowe „do końca tygodnia pani Olu, na pewno” – zaczęłam znowu moją odyseję po ogłoszeniach w dziale „praca” różnych portali i gazet. Ogłoszeń typu już wcześniej cytowanego szczególnie ciekawych nie było, więc tym razem nie będę Was bawić pikantnymi szczegółami różnych form zatrudnienia dla kobiet. Może poza tym, że ogłoszenia tego typu zamieszczane w gazetach zaczynają się prawie zawsze od „AAAAAAAatrakcyjna, młoda…” – nagromadzenie „A” na początku ma chyba spowodować pierwszeństwo ogłoszenia w odpowiedniej rubryce. Ale może chodzi o onomatopeję mającą imitować zachwyt tą atrakcyjnością – „cziort znajet” kak mawiają nasi wschodni sąsiedzi.
Z innych ciekawostek tym razem – ogłoszenie z „Gazety Wyborczej” – casting do filmu J. Majewskiego „Mała matura 47” – spowodowało, że spędziłam przed lustrem sporo czasu zastanawiając się jak mogę sprawić, bym wyglądała na uzdolnionego aktorsko chłopca w wieku 6-20 lat. Niestety nic nie wymyśliłam, więc moja kariera aktorska nadal pozostaje w zawieszeniu.
Natomiast z co bardziej makabrycznych, tu cytuję dosłownie, znalazłam to: „fotografów lub amatorów z samochodem do fotografowania dzieci w przedszkolach i szkołach” – coś nie wydaje mi się, żeby chodziło o robienie fotek na niebieskim tle dzieciom z przyklejonym na szczerbatych zębach uśmiechem nr 4, które następnie przerabia się na kalendarze dla babci… Ale może naoglądałam się za dużo amerykańskich filmów z przesłaniem dydaktycznym klasy „c” (w takich wypadkach zazwyczaj zarówno przesłanie, jak i film mają tę samą klasę).
Co więcej – moja podróż po stronach zadrukowanych drobnym maczkiem zawiodła mnie aż na rozmowę kwalifikacyjną do dużej firmy wydającej pewnego rodzaju katalog informacyjny. Mniejsza o większość – to była pierwsza rozmowa kwalifikacyjna w moim życiu, więc mimo, iż podejrzewałam, że warunki nie będą dla mnie – jakieś szkolenia na początku (tak tak, chodziło o „stanowisko” telemarketerki, ale szkolenie miało być tygodniowe), które pewnie trzeba by było odpracować, umowa o pracę itd. – dałam się ponieść emocjom i miałam tremę.
Już na wstępie okazało się, że nic nie pokrywa się z moimi wyobrażeniami – w pokoju były już dwie osoby i jak się okazało, rozmowa miała być grupowa. Żeby ukryć podenerwowanie wyciągnęłam przewodnik po Kubie, żeby poudawać, że czytam i nie patrzeć na pozostałych. Jak się okaże chwilę później, dobrze, że go schowałam, zanim przyszła pani (jak sądzę) psycholog. Młoda, ładna, ale z charakterem wpisanym w ton. Prosi, żebyśmy się krótko zaprezentowali i podali niestandardową informacje na swój temat. Z dwóch minut zrobiło mi się 30 sekund, ale co tam. Niestandardowa informacja? Wysilałam mózg jak mogłam. Serce waliło nie jak młotem, tylko powiedzmy młotkiem, nic nie przychodziło mi do głowy poza jednym. Czułam, że to może mnie pogrążyć, ale wypaliłam:
- Opłynęłam pół świata na małej łódce.
Padły może jeszcze dwa zdania na ten temat, doszłam do wniosku, że i tak mam przekichane, więc nagle zaczęłam się dobrze bawić. Po kilku minutach zapragnęłam poopowiadać pani psycholog o wszystkich pomysłach na wciśnięcie panu Edkowi miejsca w katalogu, wstąpiła we mnie wena sprzedawcy idealnego, znalazłam w sobie żyłkę do wciskania wszystkiego i wszystkim, uwierzyłam, że moim przeznaczeniem jest praca w sprzedaży tylko po to, by pani podcięła mi skrzydła pytaniem „a na jak długo szuka pani tej pracy?”. To była katastrofa. Ale brnęłam dalej „jak mówiłam już na początku szukam stałej pracy, która da mi stabilizację i możliwość rozwoju kierunkowego tu, na lądzie”. „I jak długo pani tu wytrzyma?”.
Ale zadzwoniła kolejnego dnia, z zaproszeniem na kolejny etap rekrutacji (dla jasności – przyszły telemarketer musi ich przebrnąć aż trzy). Na szczęście już po telefonie z mojej hali – bo tak, wracam do mojej Planety Industria i jej kartonowego świata, aby dalej mnożyć czynności zbyteczne. Przyznałam więc pani psycholog, że dobrze mnie wyczuła i że i tak zamierzam w październiku wyjechać. W odpowiedzi usłyszałam okrzyk „wiedziałam!” – prawie tak pełen radosnej ekspresji, jak historyczne „eureka!”. Na koniec usłyszałam życzenia „szerokich rejsów” i tak zakończyła się moja batalia na polu „sprzedaż telefoniczna”. Pozostało mi tylko pytanie „czy ja mam na czole wypisane, że chcę nawiać?!”.
Jakkolwiek to nie zabrzmi – cieszę się. Odnoszę ostatnio wrażenie, że jestem urodzonym robolkiem… Cieszy mnie praca z dala od ludzi, w której włączam muzykę, zakładam słuchawki i wykonując kilka automatycznych czynności, przenoszę się do światów równoległych, praca w której nie muszę znosić niczyich złych chwil i pełnych wyższości spojrzeń. Ciekawe na jak długo…
Dobra, koniec przynudzania – wracam do kacowania.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

¿En un sueño?


















1
Tramwaj. Gdańsk. Dokładnie okolice Uniwersytetu Gdańskiego. Moja młoda, piękna towarzyszka podróży, nazwijmy ją E., siedzi na krzesełku, ja stoję tuż obok, podkreślając rzecz jasna swoją wielkość, tym razem tylko tę związaną ze wzrostem… Rozmawiamy o czasach szkolnych i studenckich, o dniach spędzonych w bibliotekach i czytelniach, o miejscach wyrwanych z rzeczywistości i tych w pełni przyziemnych. W pewnym momencie zza mojego ramienia wyrasta pani w wieku pomiędzy zaawansowanym wiekiem średnim a momentem, w którym kobietę zaczyna już określać się jako starszą. Zielony kapelusik, takiż bezrękawnik zapinany na guziki, pod nim granatowa bluzka. Twarz zniszczona, niebrzydka, choć daleka od piękności. Świdrujące spojrzenie niebieskich, jakby rozwodnionych oczu. Zauważamy ją w tym samym momencie. E. unosi się z siedzenia:
- Proszę, może pani usiądzie.
- Ależ nie, nie, wystarczy, że pani siedzi i trzyma na kolanach swój sweter.
E. przez chwilę jeszcze stoi niezdecydowana, zaskoczona odpowiedzią, ale kobieta nakłania ją gestem, aby powróciła na miejsce.
Właściwie nie zrozumiałam, co kobieta odpowiedziała, ale powstrzymuję się od pytań i powracam do przerwanej rozmowy. Opowiadam o sympatycznej pani, która zostawiała mi książki w czytelni PAN w Gdańsku, gdy ta była jeszcze ogólnie dostępna, w jej starej siedzibie. Nagle kobieta obok nachyla się do mnie:
- Jak masz na imię?
- Ja? – zastanawiam się czy odpowiedzieć.
- Tak.
- Ola. – mam za mało czasu, odruch bierze górę.
- A dlaczego? – pyta przytomniejsza E.
- A nie… tak z ciekawości.
Patrzę na E. szukając wsparcia, a gdy odwracam się ponownie, kobiety już nie ma. Ani obok mnie, ani w całym tramwaju.

2
Maluję płot przed domem. Uściślę, że płot jest biały. W słuchawkach hałasuje Gogol Bordello, wkurzam się na rzadką farbę, na płocie tworzą się zacieki.
- …bry
Odwracam się w kierunku głosu, wyciągając z ucha słuchawkę, upaćkaną rękawicą.
- Proszę?
- Dzień dobry.
Właścicielką głosu jest może dziewięcioletnia dziewczynka, blondyneczka, w jasnej sukience w kwiatki. Z uszu zwisają jej długie, ciemne kolczyki, nie pasujące ani do wieku, ani do sukienki. Ma śliczne oczy. Siedzi na rowerze.
- Dzień dobry.
- Ładny płot pani maluje.
- Dziękuję.
- Ja mieszkam w bloku, z mamą, nie mam takiego płotu.
- Może kiedyś będziesz miała własny dom, to będziesz miała płot i będziesz mogła go malować.
- Ale ja będę miała czarny. Bo nie chciałoby mi się go malować. Mój tata mieszka w domu, a nie w bloku i ma ciemny płot.
- Czarny płot też trzeba malować niestety, nie ma lekko.
- Tata nie maluje. A ja będę mieszkała z tatą w domu. Ale muszę najpierw wygrać za mamą.
Odjechała nie mówiąc już nic więcej.

czwartek, 13 sierpnia 2009

Zaniedbałam, więc "odniedbuję"
















Duża hala. Niewykończona. Wylany beton, zamontowane w części światło i tyle. Po lewej, bliżej okien, które umieszczone są wysoko i nie dają dużo światła, za to sprawiają wrażenie niedostępności, wydzielona jest część do pracy. „Linia technologiczna” składa się z kilku wysokich drewnianych stołów na kółkach. Ustawia się je w dowolnej konfiguracji, w zależności od potrzeb. Pozostała część hali odgrodzona jest żółto–czarną taśmą rozwieszoną między wspornikami. Przestrzeń ta pogrążona w półmroku nawet w środku dnia i oznakowana jak z kryminału jest tak teatralno – sceniczna, że można sobie wyobrazić dziejące się w niej najrozmaitsze zbrodnie. Ale tam nic się nie dzieje.
Nie chcę pisać, co dokładnie robimy, bo jeszcze ktoś to odkryje i zostanę zaciągnięta przed oblicze sądu za wyjawianie informacji o firmie, ale bywa to…

Pierwszy dzień. Zespół podzielony na dwie części. Jak się dowiem później, jego milcząca, odcięta w głębi „mniejsza połowa” to pracownicy innej firmy. Naklejają naklejki. Mają dużo dziwnego sprzętu, włącznie ze strzykawkami napełnionymi przezroczystą substancją (wiadomo, co to jest, ale dopóki nie nazywamy rzeczy po imieniu, są bardziej tajemnicze). Naklejki pokrywają całą przednią ściankę przedmiotów, które produkuje moja firma. Nasza „większa połowa” te naklejki zdziera. Pierwszego dnia nie dowiem się, dlaczego je zdzieramy. Mogę się tylko domyślać, ze coś jest z nimi nie tak, więc w krótkiej przerwie usiłuję dostrzec różnicę w niemieckich napisach. Nie ma żadnej.
Dzień drugi i tak aż do przerwy, którą obecnie mamy – te małe, gówniane, plastikowe sprzęty owijane są w folię (mniejsza grupa wciąż nakleja naklejki, ale już nikt ich nie zdziera), wkładane w tekturowe ochronki i pakowane do kartonu. Karton jest zaklejany. I tu zaczyna się moja rola – mniejszy karton opakowuję w większy, nakładając narożniki z pianki. Ciekawa jestem, czy ktoś kiedyś policzył, ile papieru i plastiku zużywa się na transport czegoś, co posłuży najwyżej kilka miesięcy, bo samo w sobie nie zawiera zapowiedzi długiego żywota.
Ale to nic. Najciekawsze w tej pracy jest to, jak ona wpływa na człowieka nie przygotowanego. Jak tych kilka ruchów, które po upływie dwóch godzin stają się rutyną i powodują, że człowiek ma wrażenie, że są sterowane automatycznie, czyści mózg. Po czterech godzinach nie ma się ochoty otwierać do nikogo ust, po sześciu nawet muzyka przeszkadza. Po 8-10, kiedy wychodzę z pracy, jestem tak zmęczona, że ledwie powłóczę nogami, na których stałam cały dzień, mój mózg lewituje już ćwierć metra nad czaszką. Cała sztuka polega na tym, żeby go złapać i wcisnąć z powrotem do czaszki przed snem…