czwartek, 1 listopada 2012

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Bengalczykach, ale nie wypada Wam zapytać… (2) / All that you would like to know about Bangladeshis but it’s not polite to ask...(2)



Ja nie jestem stąd.
Siedzimy na imprezie u Kanadyjczyków, których poznałam z Adą, kiedy zwiedzałyśmy Cox’s Bazar. S. trzyma mnie za kolano i oboje trzęsiemy się ze śmiechu. Bo przed oczami mamy spektakl. Max wyczynia absolutne cuda z talią kart. Znajduje kartę wybraną przez kogoś innego, wyciąga monety zza uszu, zjada kawałki papieru, które potem znajdujesz we własnej kieszeni. Jest doskonały i do tego niepodważalny talent komika scenicznego. Bierze na cel S.
- To pańska dziewczyna?
S. przytakuje.
- Świat jest mały, co?
Znowu wszyscy wyjemy ze śmiechu. Spontaniczny występ trwa ponad pół godziny. A może dłużej – nikt przecież nie patrzy na zegarek. Byłoby lepiej, gdyby nie fakt, że ktoś wylał na podłogę danie, które gospodarze przygotowywali przez pół dnia. Katastrofa wygrywa.
Wychodzimy z Maxem na balkon, żeby zapalić. Dziesięć minut później Max już zgadza się na występ w knajpie, w której S. prowadzi swoje zajęcia. Po chwili chce przygotować dla grupy S. specjalny scenariusz, który wprowadziłby do ich występów nieco performerskiego sznytu.
To przyjecie międzynarodowe. Są tu Kanadyjczycy, Argentyńczyk, Filipińczyk, Hinduska, cholera wie ile jeszcze innych nacji. Dwunastoprocentowe holenderskie piwo (swoją drogą – słyszał ktoś kiedyś o holenderskim piwie?!) leje się strumieniami. Ktoś odpala zioło, jointy krążą między gośćmi. Max powoli ulega procentom.
- Je pierdolę, pierwsza okazja jaka się przydarzy i mnie tu nikt więcej nie zobaczy.
Po chwili wiemy, że przez kilka lat mieszkał w Londynie. Że ćwiczył swoje umiejętności na ulicach Nowego Jorku. Że wrócił, bo jego ojciec się rozchorował i twierdził, że chce zgody. Że jest tu już ponad dwa lata, ojciec nie zmienił się ani trochę i na dodatek rodzina próbuje go wrobić w małżeństwo. Że za scenicznym szerokim uśmiechem skrywa się żal, złość i po prostu smutek.
Nie, nie wszyscy chcą ZNÓW wyjechać. B. chce zostać, bo bengalska muzyka baul inspiruje go jak nic innego. Uczył się tańca na Broadwayu jednocześnie pracując na nocne zmiany w sklepie spożywczym, gdzie cierpiąca na bezsenność staruszka z Polski co wieczór udzielała mu lekcji polskiego. Do dzisiaj pamięta „jak się masz”, „nazywam się B.” i kilka innych zwrotów. Po powrocie uczył tańca, żonglował ogniem w pierwszym składzie zespołu, teraz ma agencję reklamową i w nosie zagranicę.
Islam (nie tylko jako religia, ale i imię) uczył się gotować w Indiach i we Francji. Ale restaurację chce otworzyć w Dhace. Gdy odjechał po kolejnym joincie, zaczął nam mówić, że bóg chce, abyśmy się pobrali, najlepiej od razu. Prawie włożył mi rękę w spodnie, chcąc udowodnić, że bóg mieszka też tam…

Nie znajdziesz kryjówki.
Po kilku imprezach, czy spotkaniach w Dhace masz wrażenie, że znasz wszystkich. Z Adą doświadczyłyśmy tego jeszcze przed przyjazdem – Ada przez Couch Surfing poznała Robina, który podpowiadał jej co powinnyśmy zobaczyć. Po kilku rozmowach okazało się, że studiował z S. na jednym roku.
Z klasy S. ze szkoły średniej, gdzie było około czterdziestu osób, w Bangladeszu zostały dwie. I chwilowo jest tu też S. Nieliczna społeczność tych, którzy zdobyli wykształcenie, mówią płynnie po angielsku i zostali w kraju, tudzież do niego wrócili tworzy tu śmietankę towarzyską. Pracują na najlepszych stanowiskach, trzęsą tym krajem i kiszą się we własnym sosie. Tylko ich stać na eleganckie knajpy, gdzie jedynym dopływem świeżej krwi są obcokrajowcy.
Jeżeli podczas każdego wyjścia widzisz te same twarze, nie ma szans żeby komukolwiek umknęły najmniejsze zmiany w twoim życiu. Piętnasto milionowe miasto z tej perspektywy zdaje się być jak maleńka wioska ukryta w głuchej dziczy.

Bangladesz – to gdzieś w Szkocji?
Przyciężkawo się zrobiło, prawda? Więc podzielę się z Wami czymś weselszym. Myślicie, że tylko Szkoci noszą spódnice? Otóż nie… Pomijam sarongi noszone w południowo-wschodniej Azji i na wyspach Pacyfiku. Prawdziwe spódnice faceci noszą w Bangladeszu. Dostałam taką (nazywają się one lungi) do zwiedzania buddyjskiej świątyni w Bandarban, bo miałam spodnie trzy-czwarte, więc za krótkie. Spódnica to po prostu wielki prostokątny kawał materiału ze zszytymi oboma końcami tak, aby tworzył koło. Jako zwykła spódnica byłby za duży nawet dla zapaśnika Sumo. Po założeniu ujmuje się materiał w obie dłonie, zwija i zawiązuje na supeł pasie. Cóż… Ja musiałam go zawiązać poniżej bioder, bo gdybym zostawiła spódnicę w pasie, byłaby krótsza od moich spodni. Bengalczycy nie tworzą szczególnie rosłej nacji. Ale sami rozumiecie – te sarnie oczy…


I’m not from here.
We’re at the party organized by Canadians I met with Ada during our trip to Cox’s Bazar. S. keeps his hand on my knee and we’re both shaking with laughter. Because there is a real show just in front of us. Max is making magic with a deck of cards. He founds a card picked by someone from the audience, takes coins from behind your ear, eats pieces of paper which you then find in your own pocket. He is brilliant and has a real stand-up comedian gift. He’s pointing at S.
 ‘Is that your girlfriend, Sir?’
S. nods.
‘The world is small, huh?’
We all burst into laughter again. A spontaneous performance takes half an hour. Or maybe longer – nobody’s looking at watch. It would get even better if not for the fact that someone has just spilled the dish which our hosts had been preparing half a day on the floor. The catastrophe wins.
We go out with Max to the balcony to have a ciggie. Ten minutes later Max has already agreed to perform in the bar where S. has his fire spinning lessons. Few moments later he offers himself to write a script for fire spinning shows which would introduce a bit of performance style into the whole thing.
It’s an international party. There are Canadians, Argentinean, a guy from Philippines, Indian girl and god only knows how many other nationalities. Twelve percent Dutch beer (btw – has anyone heard before about the Dutch beer?!) is being consumed in enormous quantities. Somebody takes out weed, guests share their joints. Max slowly drift into a better world of a drunk mind.
‘Fuck. The first chance I get I’m out of here for good.’
After a while we learn that he had been living in London for a few years. That he had been training his skills on the streets of New York. That he got back because his dad got really sick and wanted to reconcile with his son. That Max has been here for over two years now, that his father has never changed and on top of that his family is trying to talk him into a marriage. That after his wide, scenic smile there is only sorrow, anger and despair.
But not everyone wants to leave AGAIN. B. wants to stay because he only gets inspired by traditional Bengali baul music. He learned how to dance in Broadway and to earn his living he was working nights at the groceries where an insomniac Polish granny was teaching him Polish. He still remember phrases like “jak się masz?”, “my name is B.” and a few others. After he got back he was a dancing teacher, he used to fire spin in the first team there was and now he runs an advertising company and does not give a damn about abroad.
Islam (both as a religion and a name) was studying cooking in India and France. But he wants to open his own restaurant in Dhaka. When he got high after another joint he told us that god wants us to get married the sooner the better. He almost put his hand in my trousers trying to prove that god lives there as well…

You shall find no retreat.
After a few parties and meetings in Dhaka City you feel like if you knew everyone. It actually happened to us before we even got here with Ada. Via Couch Surfing she met Robin – now a friend then an online guide just to find out after a few conversations that he used to study with S. at the same year in University.
From S.’s high school class (counting around thirty students) only two people are left in Bangladesh. And of course temporarily there is also S. The small society of those who got educated and speak fluent English and stayed in the country or got back from abroad creates the jet set. They work at the best positions they rule the business of the country and they stick together all the time. Only they can afford expensive restaurants and clubs where the only fresh blood comes from abroad.
If every time you get out from your house you meet the same familiar faces there is no chance you can hide even the smallest changes in your life. From this perspective a fifteen million city seems to be just a country village hidden somewhere in a deep forest.

Bangladesh – as you mean somewhere in Scotland?
Heavy topics, aren’t they? So know I will share with you something nicer. Do you really think then only Scottish guys wear skirts? Well, no… Let’s forget about sarongs from south-east Asia and Pacific Islands. Real skirts are worn by Bangladeshi men. I got one of these (called lungi) while visiting a Buddhist temple in Bandarban because I was wearing a three quarter trousers which appeared to be too short. The skirt is basically made of one huge rectangular piece of material tailored to form a circle. As a normal skirt it would too big even for a Sumo fighter. After you put it on you’re supposed to grab the material, roll it a bit and tie it in your waist. Well… I had to tie mine somewhere beliw my hips cause when I tried it in my waist the skirt was even shorter than my trousers. After all Bangladeshis are not the tallest nation in the world… But you see – their eyes…


Ja w spódnicy/Me in a skirt - by Ada Reszka

środa, 31 października 2012

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Bengalczykach, ale nie wypada Wam zapytać… (1) / All that you would like to know about Bangladeshis but it’s not polite to ask...(1)



Dzięki bogu za rozwody…
S. ma po trzydziestce (dziadek!), jak i większość jego znajomych, których oczywiście poznaję tu przede wszystkimi innymi. A że ma chłopak swoje nierówności pod sufitem, tak i przyciąga ludzi sobie podobnych. Słowem – tych ciekawych. I jak na razie dziewięćdziesiąt procent osób, które poznałam jest rozwiedzionych. Większość ma przynajmniej po jednym dziecku, chociaż ciężko w tych pięknych, zawsze odstawionych dziewczynach i wyluzowanych facetach poznać byłych małżonków. Nie mają w życiu łatwo – niezamężne kobiety są na cenzurowanym, mężczyźni bez żon są traktowani jakby im co najmniej coś po drodze ucięto. I stanowią grupę, która w duuużym poważaniu ma tradycje, zasady, społeczne kaftany. Wiedzą, czego chcą, mówią o tym otwarcie, choć nie za głośno, mają bunt wpisany we wszystkie gesty.
Jeśli wierzycie, że jesteście wyzwoleni w Polsce decydując się na życie według własnych zasad – nie wiecie, co to znaczy żyć według własnych zasad w Bangladeszu. Tu niezamężne kobiety grubo po dwudziestce podczas rodzinnych imprez sadza się przy stołach dla dzieci, podczas gdy ich nastoletnie koleżanki siedzą z dorosłymi, bo mają papierek na przynależność do jakiegoś faceta. Tu mężczyźni potrafią zatrzymać się przede mną na ulicy, żeby mi powiedzieć, że dla mnie palenie jest surowo zabronione. Dlaczego? Bo mimo, iż mam na sobie spodnie, jest oczywiste, że mam pod nimi cipkę, a nie ptaszka. Fruuu fruuu… Rozwódki mają problem ze znalezieniem męża, bo jak wszędzie – mało który facet zdecyduje się na małżeństwo z kobietą, która już posiada dzieci – przecież to nie jego sperma!
Ale jednocześnie rozwody zdają się być absolutnym zbawieniem w kraju, w którym jako ledwie wkraczająca w życie osoba nie bardzo masz wyjście – musisz dać się zapapierkować (obrączek się tu nie nosi).
Aranżowane małżeństwo to nie fikcja.
Jak już pisałam – w Mamie S. się zakochałam. Polubiłam też jego ciotki z każdej strony rodziny (rzecz jasna te, które poznałam). Niemniej jednak te cudowne istoty robią (prawie) to samo, co wszystkie mamy i ciotki w Polsce(Mamo, dziękuję, że mi tego nie robisz, ale jeśli jeszcze raz zapytasz, kiedy wrócę do domu z czekoladką, dla której będziesz mogła wybudować piaskownicę w ogrodzie – przysięgam – w końcu jakąś wyprodukuję!) – zaczynają od pytania „czy masz męża?”. Odpowiedź „nie” rzecz jasna nikogo nie odstrasza.
- A chłopaka?
- Nie.
- A zamierzasz wyjść za mąż?
- Nie wiem. Może kiedyś.
- Ale niedługo?
- Nie sądzę.
Wtedy zaczyna się litania. Że rodzice powinni się tym zająć i znaleźć mi męża. Ale jak to u was się tego nie robi? To jak wy sobie radzicie? Ano radzimy. Albo i nie. Odpowiedź „nie jest to dla mnie szczególnie istotne” byłaby po prostu niegrzeczna…
A teraz żebyście nie myśleli, że wszyscy biedni Bengalczycy hajtają się wyłącznie z tymi, których im rodzina wybierze. To się zdarza – rzecz oczywista. Dość często. Randkowanie jest przecież nie na miejscu, wspólne wyjścia również, nie mówiąc już o tym, żeby dziewczyna sama chodziła do jakiegoś chłopaka, czy boże odwróć wzrok – została na noc. Co kraj to obyczaj, poglądy rodziców zwyczajnie należy szanować. Mają do nich prawo tak, jak i młodzi mają swoje sposoby na obejście wszelkich utrudnień. Stąd przynajmniej wśród warstw tzw. „uprzywilejowanych” spotyka się najczęściej małżeństwa z wyboru, nie z musu.
Co nie oznacza, że nie zdarzają się tu młodzi, którzy wręcz palą się do aranżowanego małżeństwa. Kilka dni temu przypominałam S. na prośbę jego Mamy, żeby przesłał jej CV swojego znajomego, mieszkającego w USA, który szuka żony. Zaangażowała się cała rodzina, ciotki przynosiły zdjęcia i życiorysy. A co zawiera taki życiorys? Poza standardowym opisem wykształcenia i życia zawodowego – opis rodziny. Że tata nazywa się tak i tak, wykonuje zawód X, pracuje w miejscu Y. Że mama pochodzi z rodziny Q i jest panią domu. Że wszystkie siostry są zamężne, a bracia żonaci (a przynajmniej lepiej, żeby tak było). I lepiej nie kłamać, bo jak się wyda, to będzie wstyd. Zawsze można trochę nagiąć fakty, ale bez przesady.
Deser
A teraz, kiedy już wszyscy utwierdzili się w przekonaniu, że Bangladesz to jakiś średniowieczny kraj, w którym tradycja rządzi tyłkiem każdego członka społeczeństwa, opowiem wam o tym, czego Bengalczykom zazdroszczę najbardziej. A są to ustawowe prawa kobiet. W tym przede wszystkim – prawo do aborcji.
To nie Holandia, Niemcy, ani Francja. Aborcja jest dozwolona wyłącznie w przypadku, gdy zagraża życiu (nie zdrowiu) kobiety. Niemniej jednak – w pierwszym trymestrze można metodą próżniową dokonać „regulacji cyklu menstruacyjnego”. Czyli – przywrócić kobiecie jej stan naturalny – znaczy się „nie ciążowy”. Zbieracie już szczęki z podłogi? Idźmy dalej.
Żeby nie było za różowo. Nie każdy ginekolog się na to zgodzi. Ale wystarczy zapytać koleżankę o adres, albo po prostu pójść do innego lekarza. Rozmawiałam o tym z A., w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia (jakoś tak się dziwnie składa, że większość najważniejszych kobiet mojego życia nosi imiona zaczynające się na literę A: Anna (Mama), Agatka, Ada, AaaaKasia, Asia, AaaaaGosia, AaaaMarta (a nawet dwie) itd.).
- Bo wiesz, w Polsce, to nie możesz sobie pójść do pierwszego z brzegu ginekologa, bo jak trafisz na legalistę, albo domorosłego teologa, to Ci tę ciążę zarejestruje i będziesz na cenzurowanym.
- Jak zarejestruje?
- No wypiszę kartę zdrowia, napisze, że jesteś w ciąży i jak nagle w ciąży nie będziesz, to możesz się  obudzić po uszy w gównie.
- To musi być trudne…
- Musisz znaleźć specjalnego ginekologa przez ogłoszenie, zapłacić równowartość swojej miesięcznej pensji, albo i dwóch, uważać, żeby nikt się nie dowiedział, bo zarówno lekarz, felerny tatuś, jak i twoja najlepsza przyjaciółka, która obciera ci łzy z twarzy mogą pójść siedzieć.
- No żartujesz?!
- A jeśli nawet jesteś „jednym z trzech przypadków”, w których aborcji dokonać wolno, to musisz czekać na orzeczenie sądu, którego nie uzyskasz przed upływem siedmiu tygodni.
A. robiła tylko coraz większe oczy. W Bangladeszu aborcja kosztuje wraz z badaniami (pokażcie mi kobietę, której robi się badania przed aborcją w Polsce!) około 100-150 euro. I tak – zrobią ci USG, sprawdzą czy jesteś zdrowa. No chyba że nie masz kasy – wtedy wykonają zabieg bez znieczulenia…
Niespodzianka numer dwa. Antykoncepcja (mam na myśli każdą formę, włącznie z tabletkami wczesnoporonnymi, czyli „72h” po) jest tu dostępna bez recepty. A tabletki można kupić od równowartości pół euro wzwyż…
Opowiadam A. o tym, że w Polsce niektóre apteki nie sprzedają antykoncepcji ze względów religijnych. Że jak farmaceutom bozia zabrania, to ty – stać cię, czy nie – musisz czasem jeździć do innego miasta po tabletki. Nie mówiąc o tym, że lekarz może ci odmówić wypisania recepty. I nikogo nie interesuje, że może nie masz 25 euro na kolejną wizytę.
Przez dłuższą chwilę A. milczy.
- Olka, ty mówiłaś, że jesteś z Europy i masz 27 lat. Mamy, kurwa, dwudziesty pierwszy wiek.
Europo, ze swoją centralno-wschodnią „wolnością” - kłaniaj się, kurwa,  Południowej Azji!


Thank god for divorces…
S. is over thirty (daddy!) as most of his friends who I meet here in the first place. And as a guy is a bit crazy he does attract similar people. So to say – those who are interesting. And so far ninety percent of the people I have met so far are divorced. Most of them have at least one child, though it’s hard to notice parents in these beautiful, always perfectly dressed girls and chilled guys. They don’t have it easy – unmarried women are watched closely and men without wifes are treated as if they were castrated. And they create a group which does not give a damn about tradition, rules, social conventions. They know what they want, they speak about it freely though not loudly and they have a rebellion written on their faces.
If you believe that you live your liberated lives in Poland Just because you’ve decided to follow your own rules only – you have no idea what such a choice means in Bangladesh. Here unmarried women in their late twenties at family gathering are seated on the tables for children while they’re teenage friends seat with adults just because they have a paper stating a belonging to some man. Here strange men can stop in front of me in the middle of the street just to say that smoking is strictly prohibited. Why if I’m surrounded by guys holding smokes between their teeth? Because although I wear trousers – what I have under is a pussy not a dick. Divorces have problems with finding a husband as everywhere – because there are not many men who decide to marry a women with kids – after all it’s not their sperm!
But surprisingly divorces seem to be a kind of salvation in a country in which a person just entering an adult life has no other choice than to get a marriage paper (no one wear rings in here).
Arranged marriages are not a fiction.
As I wrote before – I’ve fallen for S.’s Mom. I also liked his aunts from all the sides of the family (naturally these I’ve met so far). Nonetheless these fabulous creatures do (almost) exactly the same thing as moms and aunts in Poland (Mom thank you so much for not doing that but if u ever ask me again when I’m gonna get back home with a nice kid for you play with – I swear I’ll make one!) – they start with a question “are you married yet?” Naturally the answer “no” does not stop them.
‘So a boyfriend then?’
‘No.’
‘But you are about to get married?’
‘I don’t know. Maybe one day.’
‘But soon?’
‘I don’t think so.’
And there it starts. That the Barents shall Take care of it and find me a husband. But how is it possible that you don’t do that in Poland? So how do you manage? Well… We manage. Or we don’t. The answer “I’m not particularly interested in the matter” would be simply rude…
And so that you folks wouldn’t think that al. the poor Bengali people marry only those picked by their families. It happens – naturally. Quite often in fact. Dating is not seen well, going out as well, not to mention a lonely girls visiting a guy or “god turn your eyes away” – her staying overnight. Every country has its own customs – parents have their right to have their own views same as youngsetres have their right to make their own sneaky-way. So in the end among at least the “privileged” you meat mostly marriages of choice not enforcement.
Which does not mean that there are no young people who would rather use their parents help. Few days back I was asked by S.’s Mom to remind him of a CV he was supposed to send her. It was a resume of his friend living in US who is looking for a wife. Whole family got engaged – aunts bringing pictures and curriculum vitae. And what does such a CV show? Apart from what you would usually write while looking for a job – a description of the family. That dad’s name is such and such, he works as X in a company Y. That mom comes from a Q family and she is a housewife. That all the sisters are married and so are brothers (it’s always better if they are). And you’d better not lie because it that comes up – you will end up in shame. Facts can use some colors but not too many.
Dessert
And now, when everyone is already sure that Bangladesh is some kind of a Dark Ages place in which tradition rules each and every ass I will tell you about what I’m mostly jealous about. And these are statutory women rights. Among them – the right to abortion.
Of course it’s not Netherlands, Germany or France. Abortion is legal only in case a woman’s life (not health) is at stake. Nonetheless - "menstrual regulation"—which involvesvacuum aspiration to bring on menstruation and thereby establishnon-pregnancy—is legal in the first trimester. Shocked already? Lets proceed.
Not that it is all that easy. Not every gynecologist will agree to do that. But it’s enough to ask your friend for the right address or just try a different doctor. I talked about it to A. whom I fell in love with since the moment one I met her (somehow most of the important women in my life have names starting with A, like: Anna (my Mom), Agata, Ada, AaaaaaKaty, Asia, AaaaaMargaret, AaaaaMarta (even two) etc.).
‘Cause you know, in Poland you can’t just go to any doctor and ask cause if you find a doctor is a legal freak or homegrown theologist than he will register your pregnancy and you will be watched closely.‘
‘Register how?’
‘He will open a health record book for you, write there “pregnancy” and if it suddenly turns out that you’re not pregnant anymore you might wake up deep in shit.’
‘That’s hard, dude…’
 ‘You need to find a “special” gynecologist via an advertisement then pay your month two months salary and be damn careful so that no one finds out because all – the doctor, crappy daddy and your best friend helping you out might get arrested.’
‘You kiddin’ me, right?’
‘And even if you “are” one the three cases in which abortion is legal you have to wait for the decision of the court of law to get it done. And there is no chance you will get it in seven weeks.’
A. was looking at me with her eyes open wider and wider. In Bangladesh the abortion costs along with all the necessary tests (and show me a woman in Poland who has her tests done before abortion!) around 100-150 Euros. And yes – they will make you an ultrasound and they will check if you are healthy enough. Or – if you have little money – they will get it done without an anesthesia…
Niespodzianka numer dwa. Antykoncepcja (mam na myśli każdą formę, włącznie z tabletkami wczesnoporonnymi, czyli „72h” po) jest tu dostępna bez recepty. A tabletki można kupić od równowartości pół euro wzwyż…
Opowiadam A. o tym, że w Polsce niektóre apteki nie sprzedają antykoncepcji ze względów religijnych. Że jak farmaceutom bozia zabrania, to ty – stać cię, czy nie – musisz czasem jeździć do innego miasta po tabletki. Nie mówiąc o tym, że lekarz może ci odmówić wypisania recepty. I nikogo nie interesuje, że może nie masz 25 euro na kolejną wizytę.
Przez dłuższą chwilę A. milczy.
- Olka, ty mówiłaś, że jesteś z Europy i masz 27 lat. Mamy, kurwa, dwudziesty pierwszy wiek.
Europo, ze swoją wschodnią „wolnością” - kłaniaj się, kurwa,  Południowej Azji!
Surprise number two. Contraceptives (and I mean each and every form of it including the „after pill”) is sold without a prescription. And pills you can buy with prices starting around half an Euro.
I’m telling A. about the fact that in Poland some of the pharmacies do not sell contraceptives due to religious reasons. That if “god forbids” the pharmacist than you – no matter if you can afford it or not – might have to go to another town to buy pills. Not to mention the fact that the doctor may refuse to prescribe you those. And no one seems to care if you have or have not 25 Euros for another visit.
For a longer while A. remains silent.
‘Dude, you said you are from Europe and that you are 27. And it’s twenty-fucking-first century.’
Europe with you middle-eastern “freedom” – get down on your knees in front of South Asia!


wtorek, 30 października 2012

Eid Mubarak – czyli wesołego po świętach!/Eid Mubarak - as merry „after-holidays”!



Święta, święta i po świętach chciałoby się rzec, rzecz jednak w tym, że ja z tych świąt za wiele nie skorzystałam. S. się lekko pochorował w noc przed więc został u Mamy. Ja z rana wstałam grzecznie, żeby dokładnie obejrzeć obchody. A obchody otwiera… niestety składanie krów i kóz w ofierze, co przekłada się na zarzynanie ich na środku ulicy. Nie musiałam iść daleko. Po prostu wyszłam z mieszkania, zjechałam windą na dół i wyszłam z garażu. Kilka minut później grupka mężczyzn ułożyła spokojną i niczego się niespodziewającą krowę na ziemi, a ulica spłynęła krwią. Stałam tam, pomna swej reporterskiej pasji i powstrzymując mdłości robiłam zdjęcia. Zostałam na jeszcze jedno szlachtowanie, które sfilmowałam. I zawinęłam się na górę, żeby móc znów oddychać. Ucisk w żołądku nieco minął, ale ucisk w gardle pozostał. Umyłam się, przebrałam w tradycyjne wdzianko, którego znalezienie zajęło mi cały poprzedni dzień (dzięki bogu za bengalskich sprzedawców, którzy sprzedadzą komplet o różnych rozmiarach góry i dołu), pojechałam po kwiaty i udałam się do Mamy.


Mama podjęła nas najpierw przepysznym lunchem. Niebo w gębie to za mało powiedziane. Jedzenie po prostu cudowne, lepszego jeszcze w Bangladeszu nie jadłam, a miałam okazję próbować prawdziwych delicji. Smakowało mi wszystko i gdybym była w stanie zmieścić, to zjadłabym więcej. Ale po lunchu nieco mnie ścięło… Noc wcześniej mało spałam, przez incydent z giga karaluchem w sypialni (całą noc miałam wrażenie, że coś mnie podgryza) ale mała ilość snu to przecież nic nowego… Więc przyłożyłam się tylko na piętnaście minut. Wstałam po dwóch godzinach, ale nie po to, by przyłączyć się do świętowania, tylko by złożyć własny hołd muszli klozetowej. Wyglądało na to, że poranny ucisk w gardle nie był spowodowany jedynie widokiem ceremonialnego zarzynania…


S. praktycznie przyniósł mnie do szpitala. I nie odstępował przez kolejne 24 godziny, nosząc za mną kroplówkę, przynosząc wodę, środki czystości, świeżą pościel. Nie miał chłopak szczęścia do świętowania… Ale przynajmniej może śmiało powiedzieć, że uratował mój tyłek od zupełnego odwodnienia. Gdybym tak poczekała do rana, mogłabym już sama nie wstać… Niech się schowają wszystkie pielęgniarki świata – prawdziwych przyjaciół poznaje się, gdy się wisi z głową w kiblu!
Przez te dwadzieścia cztery godziny wpompowano we mnie trzy litry solanki, antybiotyki i kupę leków. S. cały czas siedział obok, najpierw pisząc artykuły, potem oglądając swój ulubiony serial, potem po prostu próbując przetrwać. Wychodził tylko, żeby coś zjeść, albo przynieść mi kolejne rzeczy. Po powrocie Mama zaserwowała mi kleik, identyczny jak polski – widać chore brzuszki leczy się tak samo w każdej części tej małej planety.


Dzisiaj czułam się już o niebo lepiej. Cały dzień spędziłam z rodziną. Poznałam siostry i szwagierkę Mamy, ich córki, kuzyna. Miałam okazję znowu zobaczyć się z siostrą S. i jej mężem, których zdążyłam już bardzo polubić. Smutno mi było tylko patrzeć, jak wszyscy dookoła zajadają się pysznościami Mamy, podczas gdy ja mogłam tylko po troszeczku wchłaniać kolejne porcje kleiku (szczęśliwie coraz bardziej wzbogacanego). Do złamania serca doszło dopiero jak Mama podała przygotowane przez siebie słodkości… Ahh puddingu, może kiedyś uda nam się znowu spotkać?


Jednego jednak nikt mi nie zabierze. Świadomości, że świętowanie wygląda bardzo podobnie, gdziekolwiek się jest. Pełny stół, dużo słodyczy i rodzinne dyskusje. S. podczas teoretycznych sporów ze swoją Mamą jest taki sam jak ja, czy mój brat podczas dyskusji z naszymi rodzicami – nie ma miejsca na opanowanie, są emocje i zacięta walka o to, by udowodnić, że jest się mądrzejszym. Dzieci zawsze chcą postawić na swoim i doskonale wiedzą, że choćby na głowie stanęły, przez wszechwiedzący uśmiech rodzica i tak się nie przebiją. W Bangladeszu, dzięki tej rodzinie, tak podobnej do mojej, czuję się jak w domu.



Holidays, holidays and suddenly they’re gone – I would like to say but unfortunately I could not use these holidays completely. S. got a bit sick just the night before Eid so he stayed at home, with his Mom. I woke up in the morning to have the chance to see proper celebrations. And celebrations are opened with… well a sacrifice made of cows and goats. In other words – animal are being slaughtered in the streets. I didn’t have to go far. I just got out of the apartment, took a lift downstairs and went out of the garage. A few minutes later a group of men put a calm and not expecting anything to happen cow on the ground and then the street was covered with blood. I stood there thinking of my reporter’s passion and took pictures. I stayed for one more killing and filmed it. And then I rushed back upstairs to start breathing again. My stomach was free of tension again but I could still feel the pressure on my throat. I washed myself, put on traditional Bengali clothes for which I was searching all day long before (thanks god for Bengali sellers who can sell you a set of clothes with top and bottom of different sizes), I went to buy flowers and headed towards Mom’s place.


Mom welcomed us with a delicious lunch. Heaven on earth is an understatement. Food was absolutely amazing, I haven’t tried anything better here yet, and trust me – I had an occasion to taste real delicacies. If I could manage more – I would definitely eat more. But after lunch I felt a bit sleepy. Truth is I didn’t sleep much last night due to the giant cockroach incident in the bedroom (during the whole night I had the feeling that something is biting me) but on the contrary a small amount of sleep is not unusual to me at all. So I dosed off for just fifteen minutes. And when I woke up two hours later it was not to join back the celebration but to pay my won respects to the toilet. It seemed that the morning pressure I felt on my throat was not caused only by the view of slaughtering…


S. practically carried me all the way to the hospital. And did not leave my side for another twenty four consecutive hours, carrying my IV, bringing me water, fresh sheets and all other stuff I needed. Guy had no luck with celebrations that night. But at least he can now say without any doubts that he saved my ass from a complete dehydration. If I waited like that until the morning I would probably never get up on own again. Let all the nurses of this world hide – true friends you meet with your head sinking in the toilet!


During these twenty four hours three litters of salty water were pumped into me along with antibiotics and lots of other medicines. S. was sitting next to me all the time, firstly writing his articles than watching his favorite series than just trying to stay awake. He left only to eat or bring me another stuff. After we got back home Mom served me cooked rice, identical to the one I could get from my Mom – it seems that sick stomachs are treated the same way all over the world.
Today I felt soooo much better. I’ve spent the whole day with S.’s family. Imet his Mom’s sisters and a sister in law, their daughters and a cousin. I had the chance to see again S.’s sister and her husband. I was just envy and sad to watch them all eating all that fabulous food while I was just having my plain rice (luckily “a bit upgraded” every time). My heart got broken only when Mom served homemade sweets… Ahh… pudding, shall we ever meet again?


But there is one thing that no one can take away from me. And it’s the awareness of the fact that celebrations are similar whenever you are. Full table, loads of sweets and family discussions. S. while having theoretical discussions with his Mom is exactly same as me or my brother while arguing with our parents. Nothing can be said calmly – everything is full of emotions and attempts to prove you’re the smarter one. Children always try to prove their point although they know that there is no victory over the almighty smiles of their parents. In Bangladesh, thanks to his family, so much alike mine, I felt at home today. 


piątek, 26 października 2012

Durgapudźa/Durga Puja



Na początek wesprę się polską Wikipedią:
„Durgapudźa ( beng. দুর্গা পূজা, także Durgotsab দুর্গো সব, ang. Durga Puja , "święto Durgi" ) – największe święto hinduskie we wschodnich Indiach, obchodzone również w Nepalu i Bangladeszu. Dokładna data święta jest wyznaczana na podstawie tradycyjnego bengalskiego kalendarza lunarnego. Połowa miesiąca, podczas której wypada święto, nazywana jest Debi Pokkho ( beng. দেবী পক্ষ trl.Devi pakṣa, "Dwa tygodnie Bogini" ). Z największym rozmachem święto jest obchodzone w Kalkucie, gdzie buduje się specjalne pawilony-świątynie zwane pandal, w których znajdują się wizerunki bogini.”



Niestety opis ten jest rzekłabym… lapidarny. Nieco więcej informacji oferuje natomiast angielska wersja hasła. Otóż pudźa upamiętnia zwycięstwo bogini Durga nad złym „byczym” demonem Mahishasura, a co za tym idzie – zwycięstwo dobra nad złem. W Bangladeszu jest to święto narodowe, takie samo jak islamski Eid (którego najważniejsze obchody przypadają jutro, zatem „Eid Mubarak!”). Obchody trwają sześć dni. Ostatnie trzy są dla większości wolne od pracy (co nie oznacza, że nikt nie pracuje – święto narodowe w Bangladeszu to trochę co innego niż u nas i nie każdy na wolne może liczyć). Specjalnie przygotowane sceny zapełniane są figurami, które ostatniego dnia podczas uroczystej parady transportuje się na brzeg rzeki, by te na koniec „spoczęły” w jej mętnych wodach.
Niestety nie mogę Wam zaoferować zdjęć z parady – przede wszystkim dlatego, że nikt nie wiedział, kiedy może się ona odbyć. Po drugie przemieszczanie się po Dhace nie należy do prostych, więc jeden obchód miasta dziennie to już i tak wyczyn. Za zdjęcia w ogóle przepraszam, nie są najlepszej jakości, ale cóż… mój aparat ciut się przegrzał i postanowił odmówić współpracy. Po powrocie do Polski, kiedy wreszcie będę mogła skorzystać z „normalnego” Internetu załaduję filmy z obchodów (w Bangladeszu youtube i tak jest zablokowany).
Pierwsze dwa zdjęcia przedstawiają scenę wybudowaną w dzielnicy Dhaki – Banani. Ta była największa. I tu pozwolę sobie skorzystać z okazji, żeby podziękować Robinowi za to, że mnie tu przywiózł – dzięki stary! Na kolejnych możecie zobaczyć mini sceny z Hindu Street w starej Dhace, która stanowi centrum świata hinduistycznej społeczności miasta. To wąska uliczka z szeregiem sklepów po obu stronach, poprzetykanych kilkoma świątyniami.



Sceny ustawione były na bambusowych rusztowaniach tuż nad głowami przechodniów (przynajmniej bengalskich, bo ja musiałam się nieźle poskładać, żeby się pod nimi przecisnąć). Na każdą ze scen dostać się można było po ustawionej centralnie drabinie. Wierni (głównie kobiety) wchodziły na górę by złożyć ofiarę z jedzenia i posmarować czoło bogini czerwoną pastą. Niektóre wychodziły również z twarzami pomalowanymi czerwoną pastą, ze szlaczkami na przedziałku. Mnie pomalowano ręce w kwiatowe (chyba)wzory.
Ze starej Dhaki poszłam na spacer wzdłuż rzeki. Po drodze trafiłam na krowi targ (wszyscy namiętnie kupują krowy na jutro, na Eid, bo część ceremonii polega na zaszlachtowaniu zwierzęcia). A potem pod kolejną scenę, tym razem urządzoną… na cmentarzu. I tutaj akurat nie czułam się do końca mile widzianym gościem… Moje wtargnięcie zdawało się naruszać jakiś prywatny charakter obchodów. Wycofałam się…



I will start with a little help from Wikipedia:

“Durga Puja (Bengali: দুর্গা পূজা, pronounced [ˈd̪ʊrɡaː ˈpuːdʒaː]; also referred to as Durgotsava, ‘Festival of Durga’) or Sharadotsav is an annual Hindu festival in South Asia that celebrates worship of the Hindu goddess Durga. It refers to all the six days observed as Mahalaya, Shashthi, Maha Saptami, Maha Ashtami, Maha Navami and Vijayadashami. The dates of Durga Puja celebrations are set according to the traditionalHindu calendar and the fortnight corresponding to the festival is called Devi Paksha (Bengali:দেবী পক্ষ, ‘Fortnight of the Goddess’). Devi Paksha is preceded by Mahalaya (Bengali: মহালয়া), the last day of the previous fortnight Pitri Paksha, ‘Fortnight of the Forefathers’), and is ended on Kojagori Lokkhi Puja (‘Worship of Goddess Lakshmi on Kojagori Full Moon Night’).
Durga Puja festival marks the victory of Goddess Durga over the evil buffalo demon Mahishasura. Thus, Durga Puja festival epitomises the victory of Good over Evil.
[…]
Durga Puja is celebrated as a major festival in Nepal and in Bangladesh all over the places of Dhaka, Chittagong, Khulna, Sylhet, Rajshahi, Rangpur, Bogra and other major places and all the villages of Bangladesh where the 20% population is Hindu.3 day National Holiday is being declared and most of the educational institutions remain closed as it is one of the major national festival also in Bangladesh which is widely celebrated and peoples from all religion participate in the program.”





As you could read above – the celebration takes six days, three of which are supposed to be a Holiday. But do not expect that none of your friends will be working during that time. Bangladesh is not Europe so some of them will have to go to work especially that they will have to catch up with it before Islamic Eid (which is btw coming tomorrow so “Eid Mubarak!”). For last three days people prepare stages with the figures. On the last day figures are transported during the procession to the river bank and there thrown into the water.
Unfortunately I cannot offer you the picture from the parade – mostly because no one really knew what time it was supposed to start (or from where for that matter). The other reason is that wandering around Dhaka is not an easy thing to do and walking around once a day is big enough. For the photos I am generally sorry – they are not of a good quality because well… my poor camera decided to stop our cooperation for a while… After I get back to Poland and finally have the chance to use the “normal” internet connection, I will upload movies (in Bangladesh youtube is blocked anyway).




First two pictures show the biggest scene in Dhaka in Banani. And here I’ll let myself use the occasion and thank Robin for taking me there (thanks man!). The rest show mini stages at Hindu Street in the Old Dhaka which is the center of Hindu population of the city. This is a narrow street with chain of little shops on both sides with hidden temples among them.
Stages were put on the bamboo scaffolds in the street hanging just above the heads of people (at least Bengali people – I had to exercise a lot to fit under them) with ladders leading to the top. Believers (mostly women) were climbing up to leave the food gifts and put some red paste on the goddess’s forehead. They were coming down with their faces painted red. I had my hands painted in flowery patterns.
From Old Dhaka I went along the river. I went through the cow market (everyone is buying cows for tomorrow Eid, which is partly celebrated with cow slaughtering) and then got to another stage set on… the cemetery. Unfortunately I didn’t feel welcome there, my intrusion seemed to disturb something private in the ceremony. I just stepped back…


poniedziałek, 22 października 2012

Świat bez kobiet / The World Without Women



Ten świat nie zaczyna się, jak chciała Agnieszka Graff w książce pod tym samym tytułem gdzieś w Polsce. On zaczyna się na Bliskim Wschodzie.
Traf chciał, że właśnie książkę Graff Ada wypożyczyła z biblioteki na podróż. Nie spodziewałam się, że ten tytuł będzie aż tak znamienny. I nie jest moim zamiarem umniejszanie problemów opisywanych przez Graff – przeciwnie – pod jej diagnozami mogłabym się podpisać każdą kończyną, którą byłabym w stanie utrzymać długopis. Sama wielu z tych problemów boleśnie doświadczyłam na własnej skórze. Mam na myśli raczej to, że przybyłam do tego świata, świata innej kultury oraz odmiennego spojrzenia z pewną konkretną, europejską, polską świadomością. Dla mnie w pełni oczywistym jest, że jako kobieta, „człowiek po prostu” mam pewne określone prawa. Mimo, że czasem muszę stającym na mojej drodze mężczyznom dobitnie o nich przypominać. Ale w mojej świadomości to nie ja czegoś się domagam, tylko oni – te wapniaki – żyją z mózgiem zatopionym w średniowieczu i trzeba im uświadomić, że mamy rok 2012 i ich poglądy można między jakieś specyficznym folklorem zajeżdżające legendy włożyć.
Zderzenie z Azją przypomina mi jednak dobitnie, że nie jest to stan na świecie naturalny.
Po kilku godzinach w samolocie, bez względu na to, ile mi czasu zostało do kolejnego lotu, zawsze najpierw szukam palarni. Nałóg to nałóg – i silniejsi z nim przegrywali. W końcu jest –znalazłam palarnię na lotnisku w Doha w Katarze. Pomieszczenie jest słabo wentylowane, w powietrzu zawiesić można siekierę i kilka innych narzędzi. I sami mężczyźni dookoła. Kilku europejczyków. Niektórzy prowadzą rozmowy, ale kiedy wchodzę – nagle milkną. Przez sekundę zastanawiam się nad odwrotem, ale papieros wygrywa. Sytuacja wraca do normy.
W Dhace S. zawsze idzie przodem. Ma to sens, szczególnie w tym tłoku, poza tym prowadzi – rozszyfrowanie uliczek w tym mieście nie jest wcale prostym zadaniem. Nazw ulic na rogach właściwie nie ma, od czasu do czasu tylko tu i ówdzie można znaleźć jakiś złamany znak z numerem ulicy. Ale wszyscy inni też zawsze idą przodem. Chyba że akurat przystaną zaskoczeni widokiem białego dziwa.
Kobiety na ulicy widać – i owszem. Niektóre chodzą same. Ale najczęściej tylko przemykają lub siedzą schowane w rikszach z rozłożonym daszkiem lub za okratowanymi drzwiami motorowych taksówek, zwanych tu, od rodzaju paliwa, CNG. Rzadko przystają przed przydrożnymi sklepikami. Na zakupach na bazarach zazwyczaj towarzyszą im mężczyźni. Sprzedawczynie należą do rzadkości – widuje się je tylko w elegantszych sklepach z klimatyzacją.



S. poza prowadzeniem zespołu żonglowania ogniem uczy też nowe osoby. W pierwszej lekcji, w którą z Adą widziałyśmy, brały udział tylko dwie dziewczyny. Chłopaków było ośmiu albo i więcej. Podczas drugiej proporcje były nieco bardziej wyrównane – trzy Bengalki, ja (ale mnie ciężko liczyć) i chłopaków trochę chyba mniej. Jedna z najlepszych performerek w grupie wyjechała z rodziną do Malezji. Druga – jeździ na pokazy tylko jeśli uda się jej ukryć przed rodziną gdzie naprawdę jest. Lekcje odbywają się w restauracji/barze/klubie, na tyłach. Poza dziewczynami, które uczestniczą w zajęciach i zaraz po ich zakończeniu znikają, na sali nie ma kobiet – jest tylko pani doglądająca kuchni.
Przychodzi koleżanka S. Żali się, że mężczyźni zabraniają jej palenia papierosów. Opowiada jak próbowała im tłumaczyć, że przecież ma do tego takie samo prawo. Brzmi niby jak feministka, ale od feminizmu zdecydowanie się odcina. Opowiada o ustawie, która pozwala kobiecie uzyskać rozwód na podstawie ustnego oświadczenia o tym, że mąż się nad nią znęca. Co więcej – jeżeli tylko złoży donos na policji, delikwent powinien być natychmiast aresztowany (wbrew pozorom prawo w Bangladeszu jest bardzo pro kobiece, nieco gorzej tylko przedstawia się jego egzekwowanie). Koleżanka S. mówi, że nie może być feministką, bo kobiety nadużywają prawa, a jej żal jest mężczyzn. Nie ma w jej słowniku pojęcia społecznej świadomości prawa, nie zauważa, że aby w tym świecie zapanował spokój potrzebny jest jeszcze balans pomiędzy prawem zwyczajowym a państwowym. „Kobiety są głupie” - tak kończy swój wywód.
Rozmowy kobiet toczą się w jadalni. Koło kuchni. Zazwyczaj wtedy, gdy mężczyzn nie ma. Przy wodzie, ciastku, herbacie z obowiązkowym mlekiem.
A na ulicy tylko z plakatów uśmiechają się dwie miłe starsze panie z dwóch przeciwstawnych partii – była premier Khaleda Zia i obecna - Sheikh Hasina.



This world does not begin as Agnieszka Graff – polish feminist writer and an author of the book under the same title wanted – somewhere in Poland. It begins in the Middle East.
And it was this book that Ada chose from the library as a book for the trip. I didn’t expect this title to be that meaningful. And it is not my goal to minimize the problems described by Graff – contrary – I would sign myself under her diagnosis with every and each part of my body capable of holding a pen. I myself have painfully experienced many of these problems. What I am trying to say is – I came to this world, world of different culture and points of view with a very concrete, European, Polish awareness. It is absolutely obvious for me that as a woman, “a human being in fact” I have my rights. I have them despite the fact that from time to time I have to remind about it some of the men I meet on my way. But in the way I see it – it’s not me demanding something – it’s them who have their brains still somewhere in the Middle Ages and they have to realize that we live in the year 2012 and their opinions can be only put somewhere among folklore legends.
Coming to Asia reminded me clearly that it is not the natural state of the world.
After a few hours on the plane, no matter how much time I’ve got left before the next flight – firstly I’m always looking for a smoking room. Addiction is an addiction – even stronger were loosing against it. There it was – a smoking room on the Doha Airport, Qatar. The room was hardly ventilated, the air was very thick. And only men around me. A few of them were Europeans. Some of them talking but when I entered – they went silent. For a second I was thinking of going back but the cigarette won. The situation got back to normal.
In Dhaka S. always goes first. It makes sense especially in this crowd. And he makes the path – learning streets in this city is not really an easy thing to do. There are no boards with the names of the streets just from time to time you can see a little sign with their number. But all the other men also always walk in front – that changes only if they stop surprised by the white wonder.
There are some women on the street. Some of them alone. But mostly they just sneak through the pavement or seat hidden in rickshaws or behind the barred windows of motor taxis called here CNG – from the type of fuel. Rarely they stop in front of little street shops. While they’re shopping on the markets, they’re usually accompanied by men. There are almost no female sellers – except for luxurious air conditioned stores.
Except for having fire spinning show S. also gives lessons to newcomers. During the first lesson which we saw with Ada, only two girls were attending. For eight or more boys. During the second one proportions were more aligned – three Bengali girls plus me (although given the circumstances I shall not be counted) and a bit less men. One of the best performers in the group left with her family to Malaysia. The other one usually cannot attend. Lessons take place at the back of the restaurant. Except for the girls which attend classes and run out just after there are no women in this place. Only an elderly woman taking care of the kitchen.
S.’s friend joined us. She was complaining about the fact that men are forbidding her to smoke. She told us how she was explaining to them that she has the same right to do that. One could say she sounded like a feminist but she cut herself off the feminism. She told us about the act of law which gives women the right to get a divorce basing just on a statement that they were molested by their husbands. What is more – it’s enough for a woman to show up at the police station and give a statement to have her husband arrested (surprisingly the law in Bangladesh is very women pro but it’s execution is not that effective). S.’s friend said that she cannot be a feminist because women overuse this law and she is sorry for the poor guys. Her dictionary does not contain a phrase “social awareness of law”. She does not notice the need for balance between the state and traditional law. “Women are stupid” is how she ends her reasoning.
Women’s talks take place in the dining room. Close to the kitchen. Usually when men are not around. With water, cake and tea with obligatory milk.
And in the streets you can see only two elderly women smiling from the posters. They come from to opposing parties – former prime minister Khaleda Zia and the present one – Sheik Hasina. 


niedziela, 23 września 2012

Hidżab/Hijab


Wszystko się sypie. W tempie, jakiego nie mogłam się spodziewać. S. użył sformułowania „nie chcę was tutaj”. Nie żebym się tego w ogóle nie spodziewała, ale zakładałam inne przyczyny niż fakt, że Dhaką wstrząsają religijne zamieszki. Według S. zginęło kilkanaście osób. Według anglojęzycznych mediów bengalskich rzeczywiście są ofiary, ale wypadku autokaru i zamieszek na tle etnicznym poza Dhaką. Inna sprawa, że w tym kraju nie należy się spodziewać wyjątkowo dobrze zorganizowanej informacji. Niełatwo będzie na razie dojść jakie są fakty.
Wiadomości ostatni raz sprawdzałam przed chwilą (teraz jest niedziela, godzina 16:20, siedzę już w autobusie powrotnym do Warszawy). 12 islamskich partii ogłosiło strajk generalny, ale chociaż w Bangladeszu dzień już się kończy – dzisiaj nie było żadnych szczególnych incydentów. Niczego choćby porównywalnego z zamieszkami sprzed dwóch dni. Jutro drugi dzień strajku. Mamy jeszcze półtora tygodnia, należy liczyć na to, że sytuacja się nieco uspokoi.
W międzyczasie kupiłam dla Ady i siebie hidżaby i specjalne opasko-czepki, które się pod niego zakłada. Może w tym stroju, chociaż rzucać się w oczy będziemy na pewno, nie będziemy jednak nikogo wkurzać. Do hidżabów można szczęśliwie nosić europejskie stroje, oczywiście pod warunkiem, że przykrywają kobietę od kostek po Hidżab właśnie, włącznie z rękami. O ile pamiętam Muzułmanki noszą sandały, więc może chociaż stóp sobie nie poodparzamy.
Pytanie tylko, czy S. zgodzi się na nasz przyjazd. Ale to od dawna było jedną wielką zagadką.

Everything is collapsing. At enormous speed. S. actually said “I don’t want you here”. Not that I haven’t expected this but I suspected reasons other than Dhaka becoming the center of religious riots. According to S. dozen of people or so were killed. According to English language Bangladeshi media there were victims but of a bus crash and some ethnical riots outside Dhaka. Other thing is that information in this country might not be perfectly organized. It might be hard to find out what the truth is.
I checked the news a moment ago (it’s Sunday 4:20 p.m. I’m already on the bus going back to Warsaw). 12 Islamist parties have announced a general strike but although the day is already coming to an end in Bangladesh – today there were no special incidents. Nothing even comparable to what was going on two days ago. Tomorrow is the second day of an announced strike. We have a week and a half for the situation to calm down and I’m counting on it.
In the meantime I bought two hijabs and special “underscarfs” that are supposed to be under them for Ada and me. Dressed like that we will still stand out but maybe in a less frustrating manner. Luckily one can wear European clothes along with hijab, they’re just supposed to cover a woman completely from ankles up to where hijab starts along with arms. If I remember well Muslim women are allowed to wear sandals so at least our feet will not get boiled.
The last question is if S. will allow us to come. But that has been question for a long time now. 
LATEST NEWS FROM BANGLADESH

piątek, 21 września 2012

Trzynastolatka/Thirteen years old



Aduśka dużo grzebie w necie. Jest moim dostawcą informacji. Znalazła już chyba wszystko, co opublikowano na temat Bangladeszu w języku polskim. I wciąż trzyma rękę na pulsie. Co więcej – nawiązała już kilka przyjaźni poprzez couchsurfing, więc w razie jakiejkolwiek awarii ma szansę uratować nam tyłki. Niedawno dogrzebała się na TVN 24 filmików z piątku sprzed tygodnia, na których pokazywano protesty przeciwko Amerykanom. Policja zatrzymała napierający tłum jakieś pół kilometra od amerykańskiej ambasady armatkami wodnymi. Co ciekawe – w bangladeskich mediach na ten temat nie podawano żadnych informacji (tajny wywiad Ady zrobił już na ten temat research), a demonstracje były pokazywane jedynie przez zagraniczne serwisy informacyjne. Nos Oli dzięki wywiadowi Ady wyczuwa temat dla siebie w sam raz… Tylko niestety po raz pierwszy jadę z ledwie ogólnym planem i bez porządnego przygotowania merytorycznego, więc będę musiała się spinać na miejscu.
Tym bardziej, że mieszkańców Dhaki bardziej niż demonstracje, o których zdawali się ledwie wiedzieć, bardziej rozgrzewają zupełnie inne decyzje polityczne – blokowanie serwisu youtube, czy dostępu do Google. Nie wiem na czym taka blokada dokładnie polega, bo wyszukiwarka ponoć nie działała, ale kumpel opowiadał mi o tym za pomocą Google Talk.
A tym czasem z innej beczki. Dokładnie piętnaście lat temu, jako urocza trzynastolatka pod koniec siódmej klasy szkoły podstawowej wyciągnęłam szanowną mą Producentkę do jeszcze wtedy istniejącego kina Żak w Gdańsku (tzn. kino istnieje chyba nadal, ale w zupełnie innym miejscu) na przedpremierowy pokaz filmu „Hype!” – dokumentu o fenomenie muzyki grunge w Seattle. Mama straszyła, że jak pójdę w podartych jeansach, to mnie do kina nie wpuszczą, bo każdy rozpozna we mnie dzieciaka. Na sali Mama była najstarsza, ja najmłodsza. Ale żadna z nas nie wyróżniała się z tłumu. Ja dzięki podartym dżinsom, ona dzięki kraciastej koszuli. Mama wyszła z kina lekko ogłuszona, ale prędko stała się wielką fanką Soundgarden. Nie miałam więc problemów z przeforsowaniem ustawiania głośników na maksa w pokoju, ani wyboru muzyki podczas jazdy samochodem. No nie było się przeciwko czemu buntować po prostu… Dla dzieciaka autentyczna tragedia…
Grunge’u nie słucham już od dobrych ośmiu, może nawet dziesięciu lat. Ale kiedy poszłyśmy ostatnio na zakupy, to w skądinąd amerykańskiej sieciówce H&M królowało nie co innego, jak kraciaste koszule, koszulki z NIrvaną, przecierane dżinsy. I jak trzynastolatce, którą znów się poczułam – Mama kupiła mi trampki w kratkę. Piętnaście lat temu byłabym gotowa za takie zabić… Uznałam, że wybór filmu na jazdę powrotną do Warszawy był dość oczywisty – po piętnastu latach obejrzałam sobie ponownie „Hype!”.
Ten hałas nie wydaje mi się już tak dobrze zorganizowany jak kiedyś. Ale nadal powoduje, że krew nieco szybciej krąży w żyłach. Zastanawiam się nawet nad przetarciem starych dżinsów. I kupnem flanelowej koszuli… Ale tylko z metką porządnej firmy, a nie producenta odzieży roboczej, jak miałam w zwyczaju  – musi mieć kobiecy krój i wcięcie w talii.
Zastanawiam się, czy dobrze zrobiłam tak odczarowując mity z przeszłości. Chociaż na szczęście te nigdy nie należały do pieczołowicie przechowywanych i wielbionych. Gdzieś kiedyś rozeszło się po kątach, pozostała tylko wielka miłość do punk rocka. Ale Eddie Vedder z Pearl Jamu najarany jak stodoła i pieprzący coś do kamery tylko po to, by coś pieprzyć, bo przecież w końcu tę kamerę przed nim postawili już raczej nie zdobędzie ponownej szansy na zdobycie tytułu „uduchowionego”… Szkoda – tak łatwo było kiedyś wierzyć…
Ale sentymenty na bok. „Hype!”, jak już chyba pisałam w poście o Czerwonych Latarniach (dlaczego chyba? A czy wy naprawdę wierzycie, że ja czytam własne posty?!) zupełnie przypadkowo naraził mnie na zakochanie w kinie azjatyckim. Napisałam bowiem jego recenzję do „Filmu” (jeszcze wysyłało się je pocztą, nie mailem) i wygrałam film „Zawieście Czerwone Latarnie” (na kasecie VHS, nie płycie DVD). I się potoczyło.
Toczy się nadal. Za dwa tygodnie wyląduję w Dhace. Tak z rozpędu. Moja Azja. To teraz w ramach jakiegoś konkretu na zakończenie tego mętnego wywodu :
_____________________________________________________________________
NIEZBĘDNIK PRZEDWYJAZDOWY

Wiza na pojedynczy wjazd do Bagladeszu – 37 EUR
Najbliższa ambasada jest w Hadze, kuriera najlepiej zamówić na firmę, bo ceny są dość drastyczne. Ja w końcu stargowałam do około 128 PLN w jedną stronę plus opłata importowa – 98 PLN.

SzczepieniaWZW AiB: potrzebne są trzy dawki, jedna kosztuje 155-180 PLN, taniej jest poza Warszawą, a już w ogóle najlepiej i najtaniej to w Centrum Medycyny Morskiej i Tropikalnej w Gdyni.

Dur brzuszny – 180-200 PLN, konieczna tylko jedna dawka. W tej chwili w Gdyni szczepionki nie ma, bo została wycofana.

Bilety lotnicze: Gdańsk – Dhaka – Gdańsk – ok. 3000 PLN.
Gdańsk – Dhaka – ok. 2000 PLN.

Ubezpieczenie – ja wykupiłam kartę EURO26 (hehe, a co?!) ale trzeba przyznać, że nie obejmuje ona ubezpieczenia od chorób tropikalnych i wielu innych rzeczy. Ubezpieczenie podróżne na 2 tygodnie wychodzi około 100 -200 PLN, w zależności od pakietu. Na dwa miesiące – nawet nie pytajcie - ja ryzykuję podróż z kartą i tylko z nią.

Malaria - nie poleca się wcale brania leków antymalarycznych – profilaktyka bywa bardziej zabójcza od samej choroby, dużo kosztuje, poza tym w leki dostępne w Polsce są starej generacji, nie sprowadza się nowszych, bo nie ma takiej potrzeby. Lepiej więc w przypadku zachorowania od razu lecieć do miejscowego lekarza i brać to, co można kupić na miejscu – jest o wiele bardziej skuteczne.


Ada makes a lot of research on the Internet. She is my private information supplier. She has probably found every single thing that was published in Poland about Bangladesh. And she keeps looking. What is more – she even made friends with some people from couchsurfing so in case of any trouble she might be able to save both our asses. Not long ago she found some short films on TVN 24 from last Friday showing the anti-American demonstration in Dhaka. The police stopped the mob around 0,5 km from the embassy with water cannons. What’s interesting – in Bangladeshi media there was not a single information about it (Ada’s secret intelligence service has already checked it) and the demonstration has been only shown in foreign media. Ola’s nose is telling her that she might find some pretty good material in there. It’s just that for the first time in my life I am going with no proper preparation so I’ll have to struggle on the place.
But Dhaka inhabitants are way more interested in other political decisions – youtube is being blocked along with Google. I have no idea how this blockade looks exactly because I was told about it via Google Talk though the search engine was not supposed to work at the time.
And in the meantime – exactly fifteen years ago as a lovely thirteen years old girl close to the end of the seventh grade I took my mom to a still existing back than cinema „Żak” in Gdańsk for the movie „Hype!”- a documentary about a grunge phenomenon. Mom was telling me that I would not be allowed inside the theatre in my torn jeans because everyone would recognize an underage kid in me. But we entered. She was the oldest and I was the youngest in the place. But none of us stood even a little bit out – me thanks to my jeans an mom – to her checked shirt. She left the theater a bit stunned but soon enough she was Soundgarden’s fan no 1. Since then I had no troubles playing music on a full volume or choosing a music for car trips. Nothing to rebel against. For a kid like me – a pure tragedy.
I haven’t been listening to grunge for like eight or ten years now. But when we went shopping last time in a H&M shop what was no 1 fashion trend? Checked shirts, Nirvana T-shirts, trousers with holes. And as for a thirteen years old (and I really felt like one at the very moment) – mom bought for me checked shoes. Fifteen years ago I would kill for those. So I decided that a choice of a movie for the trip back to Warsaw was quite obvious. After fifteen years I watched “Hype!” again.
This noise doesn’t seem that well organized anymore. But it still makes my blood go faster through my veins. I’ve been even thinking of tearing some of my old jeans. And buying a flannel shirt. But only from a normal clothing company and not working style like those I used to wear. Now it’s supposed to be nice and womanly.
I’m just wondering if I did well to take the magic away from the myths of past. Luckily they were not that very dear to me. Sometime ago they faded away and all that is left is my incurable love for punk rock. But stoned Pearl Jam’s Eddie Vedder talking some shit in front of the camera just because the camera is standing there and he obviously feels like he has to say something will never get any chance to be called “spiritual” anymore – unless it’s a word coming from spirit as a liquor. It’s sad how easy it was to believe back then.
But sentiments aside. As I wrote in some previous post (I think I did) about the Red Lanterns (why do I just think I did? And do you really believe that I read what I write?) “Hype!” by pure chance made me fall in love with Asian cinema. I wrote it’s review to the “Film” magazine (it was sent by post not via e-mail) and I won the movie “Raise the Red Lanterns” (on the VHS not DVD). And so it happened.
And so it’s been going on until now. In two weeks I will land in Dhaka. My first time in Asia. And now as for some concrete after this long and meaningless lecture:
______________________________________________________________________
TRAVEL NECCESITIES

Bangladesh visa for a single entry -37 EUR
The closest embassy is in Hague and it’s best to order a courier service for a company because the prices are quite high. I managed to make it just 128 PLN one side plus import fee – 98 PLN.

HEP A&B vaccination – you need three doses and one costs around 155-180 PLN. It’s cheaper to take them outside Warsaw and the best and cheapest solution is to take them in Gdynia in the Centre of Tropical and Maritime Medicine.

Typhoid fever – 180 – 200 PLN, just one dose is needed. Right now they do not have this vaccination in Gdynia because for some reasons it was banned.

Plane tickets: Gdańsk – Dhaka – Gdańsk – around 3000 PLN.
Gdańsk – Dhaka – around 2000 PLN.

Insurance – I only bought the EURO26 card (and why not?!) but I must admit that it does not cover tropical diseases and many other things. Travel insurance for 2 weeks costs around 100 – 200 PLN depending on the package. Insurance for 2 months – don’t even ask. I’m taking only my card and card only.

Malaria – it’s not a good idea to take anti-malaria medicine before you go – they might have side effects even worse than a disease itself. Plus the medicines that you can get in Poland are not very modern – the newest are not imported as they are not really needed. In case of getting sick it’s better to go to local doctor and buy local medicine – it’s way more effective.