niedziela, 29 maja 2011

Wrocław






















Nadszedł ten paskudny czas dla każdego studenta – nagromadzenie zaliczeń i projektów tuż przed sesją i jeszcze wisząca na głowie magisterka, czy, jak ją nazywam „nagisterka”. Brak czasu i woli, żeby pisać. Dlatego zamiast pisać, powstawiam dzisiaj troszkę zdjęć.
We Wrocławiu byłam dzień przed świętami wielkanocnymi, zaledwie przez trzy godziny. W oczekiwaniu na PKS wzięłam walizkę i ruszyłam do centrum. Daleko nie zaszłam, ale zdążyłam komórką zrobić kilka zdjęć.
Miasto było mocno opustoszałe, ludzi można było spotkać tylko na największych skrzyżowaniach. Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy było spore zderzenie osób dzierżących „Gazetę Polską”. Kiepski widok. Natomiast gdy usiadłam na ławce w miniparku, byłam mimowolną słuchaczką wykładu, który na oko pięćdziesięcioletnia kobieta z zakładu oczyszczania miasta wygłaszała przed audytorium złożonym z bezdomnych i jednego niepełnosprawnego. O tym, jakim złem jest Unia Europejska, bo to przez Unię jej wnuczka będzie musiała płacić za studia…























Zanim zakończę ten króciutki post, chciałam zwrócić Waszą uwaghę na fakt, że u doły strony już jakiś czas temu dodałam przyciski umożliwiające ocenianie poszczególnych wpisów – zachęcam do skorzystania.

A album z kilkoma dodatkowymi zdjęciami z Wrocławia znajdziecie tu.






















And here came this terrible time for each and etery student – with huge numbers of exams and projects – even worse than examination session itself. Plus the master thesis waiting for me to write it. So I have no time or will to write. Because of that I decided to post few pictures with just a little comment.
In Wroclaw I was just a day before Eastern and just for three hours. While waiting for a bus I took a suitcase and went to the center. I didn’t get far but I had a chance to take a few pictures with my phone.
The city was empty – I could see the people only at the busiest streets. The first thing that caught my eye was a big number of people holding “Gazeta Polska” (extremely right wing publication). Poor view. When I sat down on the bench in the little park I had no choice but to listen to the lecture given by a lady from the cleaning company to a group of homeless people. She was talking about European Union and what an evil it is. She claimed that because of EU her grand daughter will have to pay her studies…






















Before I finish this short post I would like to drive your attention to the buttons I added some time ago. Thanks to them you can give me your opinion on my posts and I encourage you to use them.

Album with few additional pics you can find here.

środa, 4 maja 2011

Kosmiczny Szczecin / Cosmic Szczecin
























Zaczyna się zanim wsiądziemy do pociągu – mam nagraną bardzo energetyczną składankę muzyczną i w wesołym rytmie piszę do Kasi mieszkającej w Szczecinie - dzięki jej gościnności mogę chwilę później odwołać rezerwację, którą mamy w schronisku młodzieżowym na pierwszą noc.
Wsiadamy z Adą do przedziału, a za nami chłopak z wielkim plecakiem – po chwili siada, otwiera laptopa i puszcza jakąś elektroniczną łupankę.
- Chyba nie będzie przeszkadzać?
Łup, łup, didżej tiesto, łup, łup. W Bożympolu Wielkim przesiadka na PKS do Lęborka w związku z naprawą torów po niedawnym wypadku. Koniec łupanki.
Pod dworcem stoją trzy autobusy – ostatni piętrowy, więc naturalnie właśnie do niego się kieruję, ale Ada coś nie dowierza, że nas do niego wpuszczą, więc staje w kolejce do drugiego – przegubowca. I oczywiście ma rację – na szczęście w końcu udaje mi się do niej dopchać. Dwa siedzenia za nami siedzi chłopak z przedziału – spotkał kolegę i teraz nadaje. Kolega najwyraźniej chce lecieć do Indii, ale „nasz” ma lepszy plan – uzbierał cztery tysiące złotych, chce kupić jacht, opłynąć Afrykę i dopłynąć do Indii. Parskam śmiechem.
- To jak, kupi Kadeta i będzie się pchał pod pięć węzłów prądu Agulhas?
Ruszamy i słychać tylko, że chłopak nadaje dalej, ale już nie słychać co.
- Jak będzie wysiadał, to muszę go zapytać, jak on ma zamiar to zrobić.
Nie spytałam. W Lęborku zauważam, że na samym końcu jest wagon pierwszej klasy przerobiony na dwójkę. Lecimy więc z Adą na koniec. Przechodzimy wagon w poszukiwaniu wolnego przedziału, gdy nagle zza pleców słyszę:
- Dziewczyny, chodźcie tu, jest wolne miejsce.
- To który z panów zamierza opłynąć Afrykę dookoła i dopłynąć do Indii – pytam i popełniam jednocześnie największy błąd tej podróży. Od momentu odpowiedzi chłopak nie zamyka ust aż do Szczecina. Po drodze dowiadujemy się więc, że pływał w tym samym klubie, co my, później pracował na jachtach na Lazurowym Wybrzeżu, że musi zdążyć na samolot do Portugalii. Że przez cztery lata poszukiwał odpowiedzi na jakieś swoje duchowe pytania – w buddyzmie i hinduizmie, ale tak naprawdę, to odczuwa powołanie i jak już zaliczy dużo Azjatek i Murzynek, to będzie głosił Ewangelię – jak dożyje – to nawet w kosmosie. Ze chciałby, aby jego mama już umarła, bo ma nadzieję na spadek (rozmawiał o tym z księdzem). Że ostatnio pracował przy zbiorze winogron we Francji (chociaż ponoć w tym samym czasie mieszkał na skłocie w Atenach), że jara dużo trawy i czyta książki Science Fiction, chociaż woli grać na komputerze. No i że był w psychiatryku. To ostatnie nie zaskakuje.
Gdy okazuje się, że ma spać w tym samym schronisku, od którego wybawiła nas Kasia, mam ochotę po raz pierwszy w życiu zmówić modlitwę dziękczynną do jakiegokolwiek bóstwa, które nad nami w tym momencie czuwało.
Wieczór u Kasi jest podwójnie cudowny.






















Pierwszego wstajemy dość późno. Przenosimy się do schroniska, ponoć młodzieżowego – średnia wieku w pokoju 50+. Panie nas sprawdzają – czy będą mogły zostawić otwarte okno na noc, czy nam nie przeszkadza, że przeniosły nasze rzeczy, bo zostawiłyśmy je w miejscu, w którym one rzeczy nie stawiają, gdzie się wybieramy – czy oglądać beatyfikację. Na stoliku leży „Poradnik ksenofoba – Francuzi”. Decydujemy się na przenosiny do dwójki – dopłata niewielka, ale nie będziemy musiały wracać o 23ej do pokoju przesłuchań.
Zamiast pochodu pierwszomajowego na Szczecińskich Błoniach „impreza” z okazji beatyfikacji – uciekamy do centrum. I czujemy się jak w mieście po wybuchu bomby atomowej – ulice są wyludnione, czasem przejeżdża tylko prawie pusty autobus lub tramwaj. Po dłuższej chwili spotykamy w końcu kobietę, która kieruje nas do Galaxy:
- Pójdą panie wzdłuż torów i dojdą prościutko.
Tory urywają się po pierwszym zakręcie – rozkopana ulica wygląda jak po bombardowaniu.






















Reszta pobytu to spotkania z naszymi fantastycznymi znajomymi i szukanie po mieście doskonałych graffiti (zapraszam do albumu "Urban Art").
W poniedziałek rano spotykamy się z Gosią – dziewczyną, którą poznałam w Lizbonie (post z 27 listopada 2010). Gosia przychodzi ze swoją uroczą córeczką – Rozalką (bardzo żałuję, że nie zrobiłam dziewczynom zdjęć, ale mam nadzieję, że będzie wkrótce okazja). Gosia daje rezolutnej dziewczynce pieniądze, żeby ta mogła sama sobie wybrać, co chce zjeść. Rozalka wraca po kilku minutach z zestawem z zabawką.
- Córcia, ale skąd ty to masz? Ja ci nie dałam aż tylu pieniążków.
- Jakaś pani mi dopłaciła.
Gosia oblewa się rumieńcem, a Ada i ja parskamy śmiechem – widać, że młoda poradzi sobie w życiu, po prostu nie da się jej nie lubić.
- Ale która to pani? Oddamy jej pieniążki – drąży Gosia.
- Oj mamo, nie pamiętam – Rozalka już biegnie po sztućce i keczup.
Zgodnie z Adą stwierdzamy, że jak nie lubimy dzieci, tak Rozalka już nas uwiodła.
A ja obiecuję jedynie już nigdy nie rozmawiać w pociągu z nieznajomymi…























The story had started even before we got on the train. I had prepared a very energetic playlist and wrote to my friend Kasia who lives in Szczecin in a very good mood. Thanks to her hospitality we could resign from the reservation in the youth hostel that we had made for this day.
We packed ourselves to the compartment and some guy with a huge backpack joined us a moment later. He opened a laptop and started playing some electronic shit. ‘I don’t think that would disturb’ – he said.
Thud, thud, dj Tiesto, thud, thud.
In Bożepole Wielkie we had to move to the bus to Lębork – the railroad was under reconstruction after the crash that took place a couple of days before. Thud, thud was over.
There were three buses for passengers – the last one had the upper deck – so naturally I wanted to pick the one. Luckily Ada did not believe that they would open it for us and stayed in the queue for the second one. After a longer while I managed to join her. Two seats behind us was the guy from the compartment – he had met a friend and now was talking to him loudly. It seemed that “a friend” wanted to fly to India but “our guy” had a better plan – he wanted to sail around Africa and then reach India. ‘He’s gonna buy a Cadett and sail against five knots of Agulhas current’ – I burst out laughing.
Then the bus started and I couldn’t hear what he was saying anymore. ‘When he’ll be getting out I’m gonna ask him how the hell he wants to do that’ – I told Ada.
But I didn’t ask – in Lębork I noticed that the last vagon was the first class one but going as a second class. So we harried to the end. While we were looking for a free compartment I heard from behind my back ‘Come here girls, there are enough seats’.
‘So who wants to sail around Africa to India?’ – I asked. And the question occurred to be my biggest mistake during the whole trip – since the guy started answering he did not shut up until we reached Szczecin. On the way he informed us that he used to sail in the same club as us and then worked on some yachts in France, and that he needs to catch a plane to Portugal. And that he was looking for an answer to some spiritual concerns – in Buddhism and Hinduism but actually he feels that he should be a priest so after he will have sex with all the Asian and African girls he will be teaching gospels – even in the space if he is to live long enough. And that he wants to see his mother dead soon because he counts on the inheritance (but it’s not a problem – he talked to a priest about it). And that lately he’s been working in France collecting grapes (though at the same time he was supposed to live in the squat in Athens), that he smokes a lot of dope and reads Science Fiction books, though he prefers computer games. And that he had spent some time in a psychiatric hospital. This last part was not really surprising. When it occurred that he wanted to spend the night in the same hostel that we used to have a booking at – I was – for the first time in my life – ready to pray out of gratefulness to any god that was taking care of us at the moment when Kasia offered us her place. And the evening at hers’ was double fantastic.






















On the first of May we got up pretty late and moved to the “youth” hostel. The average of age in our room was 50+. And ladies started checking up on us – if we would mind sleeping with the open window, if we’re OK with the fact that they moved our stuff because we left it in the place when they never do and so on. On the table we saw “Handbook of a xenophobe – Frenchmen”. We decided to move to the double room – we did not want to come back at 11 p.m. to the “hearing room”.
Instead of 1st May parade there was transmission from beatification on Błonia so we escaped to the center. The city felt like after atomic war – streets were empty and only an empty bus or tram passed by from time to time. After a longer while we managed to find a lady who we asked for directions. ‘Just follow the tram tracks and you will get to Galaxy’ – she said. But the trucks ended after the first bend – the street was under repair but looked like after the bombing.
The rest of our stay were meetings with our wonderful friends and searching for the fabulous graffiti (just check the “Urban Art” album).
On Monday morning we went out with Gosia – a girl I met in Lisbon (read post from 27th November 2010). She came with her cute little girl – Rozalka (I’m just sorry I didn’t take any picture with them but I hope to change it in the near future). Gosia gave her daughter money so that the girl would choose herself what she wants to eat. After a few minutes Rozalka came back with a huge set with a toy. ‘Honey, where do you have it from? I didn’t give you that much money.’ ‘Some lady gave me more.’
Gosia turned red but Ada and I started laughing – it was obvious that young lady would manage in life and it was impossible not to like her.
‘But what lady was it? We shall give her the money back’- Gosia didn’t want to give up.
‘Oh mummy, I don’t remember’ – Rozalka was already running for ketchup and fork. With Ada we decided that although we do not like children – Rozalka made us fall in love with her.
And I just promise one thing – to never talk to strangers on the train again…

środa, 6 kwietnia 2011

Ira już nie znaczy „gniew” / Ira doesn’t mean “anger” any more
























Wsiadłam do autokaru, a tam na sąsiednim siedzeniu spoczywały dwie wielkie torby adidasa. Spojrzałam na nie i pomyślałam, że sąsiadka (od razu założyłam, że to musi być kobieta) pewnie zwieje na mój widok – byłam już u końca podróży, dwa tygodnie włóczęgi było widać po moich wygniecionych, niedopranych ciuchach. Szczęśliwie, kiedy się zjawiła, nie wyglądała na przestraszoną – młoda, pięknie opalona dziewczyna, z burzą loków i uroczym uśmiechem. Poczęstowała mnie gumą do żucia (a przecież myłam zęby!) i tak zaczęła się rozmowa.
Ira okazała się osiemnastoletnią „uciekinierką”. Przyjechała do Odessy, by spędzić część wakacji z przyjaciółką, pod opieką jej matki. Jednak dziewczyny pokłóciły się i Ira wynajęła pokój samotnie. Wracać też musiała sama autobusem, bo biletów na pociąg już nie było. Trochę obawiała się samotnej podróży, więc jak się okazało, że obie mamy kogoś, kto przypilnuje by autokar nie odjechał, gdy czekamy na swoją kolejkę do toalety, bardzo się ucieszyła.
Ukraińcom rzadko się spieszy – przerwy w kolejnych miastach trwały nawet czterdzieści minut. Dzięki nim dowiedziałam się, że na Ukrainie można kupować alkohol dopiero po ukończeniu dwudziestego pierwszego roku życia. Przezorna Ira powiedziała mi o tym jednak dopiero w połowie butelki…
Na każdym postoju dosiadali się nowi pasażerowie, w którymś momencie skończyły się miejsca i niektórzy musieli stać. Nade mną stanął wyjątkowo potężny mężczyzna. Wiedziałam, że był tłok, ale w którymś momencie nacisk jego wielkiego brzucha na mój bark stał się nieco za duży – zaczęłam się przesuwać w kierunku siedzenia Iry. Facet się jednak nie poddawał i nachylał coraz bardziej. Im dalej uciekałam, tym bardziej on się pochylał – w końcu przyjął taką pozycję, że stało się jasne, że to już nie ucieczka przed tłokiem. Zareagowałam w jedyny możliwy sposób – łokciem…
A rano Ira okazała się nie tylko nie być gniewem, ale wręcz aniołem stróżem. Zadzwoniła do rodziców, żeby powiedzieć, że dojechała i powiedziała, że się spóźni, bo musi pomóc dziewczynie poznanej w pociągu. Pojechałyśmy do centrum. Zameldowałam się w hostelu przy samym rynku we Lwowie. Cena była lekko szokująca. Ira postanowiła, że w jej mieście nie będę nocować w tak drogim miejscu.
Szukałyśmy noclegów według adresów z przewodnika, ale już pierwszy okazał się chybiony – nikt nawet nie pamiętał, że kiedyś było tam schronisko młodzieżowe. Na szczęście Ira poszła się dopytać o adres do biura podróży, które mieściło się tuż obok. Po raz kolejny Ukraińcy okazali się najbardziej gościnnym i pomocnym narodem, z jakim kiedykolwiek miałam do czynienia.
Ira zapytała o adres, ją szef biura zapytał dlaczego pyta, a chwilę później siedziałyśmy w jego gabinecie, popijając herbatę i zajadając ciasteczka. A przeuroczy pan przeszukiwał swój kajecik w poszukiwaniu właściwego kontaktu. Po pół godzinie wyszłyśmy najedzone i z adresem przyszkolnego internatu, może nieco oddalonego od centrum, ale za to o połowę tańszego – 50 UAH – który był moim najtańszym noclegiem na Ukrainie poza pierwszym, darmowym (ale o tym innym razem).
Sam Lwów ciężko opisać inaczej niż „piękny” i „rozkopany”. W czasie, gdy go zwiedzałam, ciężko było przedostać się przez centrum – wszędzie remonty i inwestycje.
Ira poświęciła mi jeszcze trochę czasu. Jako studentka architektury była doskonałą przewodniczką – opowiedziała mi sporo o historii miasta, pokazała najciekawsze miejsca, zabrała na najciekawsze wystawy. Mam nadzieję, że kiedyś będę w stanie się jej odwdzięczyć.
Zdjęcia niestety nie są najlepsze – pogoda była szara, deszczowa, robiło się coraz chłodniej. Z pewnych względów jednak nie chciałam swojego pobytu w tym mieście skracać – przyczyną nie był jedynie urok miasta – dochodziły kwestie osobiste i niezwykle interesujący napój o wdzięcznej nazwie Donna Bomba – wszyscy Polacy wiedzą, co to „u-boot” – piwo z zatopionym na dnie kieliszkiem wódki, ale jeśli dodać do tego coca-colę – otrzymujemy specjał o wiele bardziej słodki…

I got inside the bus and the first thing I saw were two “adidas” bugs on the seat just next to mine. I looked at them and the first thing I thought was that the owner (somehow I was sure that it was a woman) will run away the first second she sees me – two weeks of the trip were visible on my not ironed and not well washed clothes. Luckily when my neighbor appeared she did not seem to be scared – a young, beautifully tanned girl with curly hair and charming smile. She offered me a chewing gum (though I washed my teeth!) and that’s how the conversation started.
Ira appeared to be eighteen years old “runaway”. She went to Odessa to spend some time with her friend and her mother but after a few days girls had a fight and Ira moved out to the other place. She had to come back alone cause there was no place on the train. She was slightly scared of the lonely travel so the fact that both of us had someone who could watch ife the bus is not leaving while you were waiting for you turn in the toilet was comforting to her.
Ukrainians are rarely in a hurry – brakes in some towns lasted up to forty minutes. Thanks to this fact I realized that in Ukraine you are allowed to buy alcohol after turning 21 – somehow Ira told me that just in the middle of the bottle.
With every stop there were more passengers and there came the moment when some of them had to stand. At some moment I realized that the man standing over me is kind of… huge. The tension between his belly and my arm became too big and I started moving towards Ira. But the guy did not give up – the more I was trying to move myself the more he was leaning. At some point he was in such a position that it became obvious that he was not just escaping the crowd. So I used the only possible solution – my elbow…
And in the morning I realized that Ira was not “anger” but a Guardian Angel. She called her parents to tell them that she was on the place but she would be late cause she had to help a friend met on the train… We went to the center and I checked in the hostel just next the main market in Lviev. The price was slightly shocking. Ira decided that in her city I could not stay in such an expensive place.
We were checking addresses from the guide but the first one was wrong – no one even remembered that there used to be a hostel. But for the next time I found out that Ukrainians are the most friendly nation I have ever dealt with.
Ira asked about the address and the boss of the office asked her why she was asking and the moment later we were sitting in his office drinking tea and eating cookies while the guy was looking through his notebook. Half an hour later we left filled up with food and with the address of the dormitory maybe far from the center but half cheaper – just 50 hryvnias – which was my cheapest place to sleep except for the first one – which was for free (that’s another story).
Lviev itself is hard to describe – only words I could use are – “beautiful” and “under repair”. While I was visiting it was event hard to get through the center.
Ira gave me some more of her time – as the architecture student she was the best city guide possible. She told about the history of the city, showed the most pretty places and most interesting exhibitions. I hope that one day I will have the chance to pay her back…
The pictures unfortunately are not the best – the weather was grey and rainy and it was becoming cold. For some reasons I did not want to shorten my stay in the city – cause it was fabulous and I had some personal reasons and they had there a wonderfull drink – “Donna Bomba”. Everyone in Poland knows “U-boot” – a beer with a drowned inside glass of vodka – but when you add coca-cola it becomes so much sweeter…

wtorek, 5 kwietnia 2011

Lepiej uważaj/You’d better be aware

Lepiej uważaj






















Kiedy mówiłam, że jadę do Odessy, wiele osób pukało się w czoło – sama?! To jedź, mafia cię zwinie, zgwałci, sprzeda na organy. Tylko się nie dziw, jak nie wrócisz.
Wróciłam i to dość dawno temu, niemniej jednak, przyznaję, że jak wysiadłam z busa niedaleko dworca kolejowego, czułam się trochę nieswojo. Tym bardziej, że różnica pomiędzy zachodnią Ukrainą, której część przebyłam wcześniej, a tym molochem, była widoczna od razu – dookoła słyszałam wyłącznie rosyjski, nie ukraiński, dużo ciężej było zatrzymać kogoś na ulicy, by zapytać o drogę. Podeszłam do taksówkarza, by zapytać o nazwę ulicy, na której miał być najbliższy hostel. Pokazał mi wszystko na mapie, a potem zaproponował kurs – jak usłyszałam cenę, już wiedziałam, że tu nie będzie łatwo. W dodatku nie powiedział hrywny, tylko ruble (a i tak było dużo) - zaproponowałam, że przeliczymy hrywny na ruble, zaskoczona, że chce ode mnie rosyjskiej waluty.
- Ale to cena w hrywnach, tylko tu się mówi ruble.
Poszłam na dworzec, kupić od razu bilet na pociąg do Lwowa. Kolejka była zawijana. Gdy wreszcie dotarłam do okienka i podałam datę za dwa dni, kasjerka spojrzała tylko na mnie krzywo.
- Wyprzedane na trzy tygodnie na przód.
Lekko podłamana wyszłam na zewnątrz. Zobaczyłam grupkę chłopaków z kolorowymi dredami – podeszłam do nich licząc na to, że może mówią po angielsku, bo południowo – ukraiński rosyjski okazał się dla mnie nieco za szybki. Byli z Białorusi i lepiej niż po angielsku, mówili po polsku. Dostałam od nich mapę miasta.
Jak tylko ruszyłam dalej, opadli mnie ludzie proponujący pokoje na wynajem. Proponowali takie ceny, że nawet nie chciałam słuchać – nawet 200 UAH, podczas gdy ja szykowałam się na łóżko w hostelu za 20-30 UAH. Ale było już cholernie późno, zbliżał się wieczór, na piechotę do centrum było daleko, a dojazd każdy tłumaczył inaczej. Zdecydowałam się pójść z na oko siedemdziesięcio- lub osiemdziesięcioletnią babuszką, która zaproponowała najniższą cenę – bagatela 100 UAH.
Wsiadłyśmy do autobusu, babuszka coś opowiadała, ale w takim tempie, że tylko kiwałam głową, udając że rozumiem. Po pół godzinie jazdy zaczęłam się nieco denerwować – ciągle oddalałyśmy się od centrum. Wysiadłyśmy na ostatnim przystanku… przy cmentarzu. Od razu zaczęłam sobie wyobrażać, że babuszka zapewne ma synka, czy wnuczka, który mnie zamorduje, potnie i zakopie w bezimiennym grobie. Szłam jednak dalej. Za wysokim żelaznym płotem z bramą zamykaną na ciężki, wielki klucz były maleńkie drewniane domki, jak na koloniach. Zajęty był tylko jeden, poza tym jakaś parka mieszkała w murowanym domku babuszki. Poza tym sławojka, kuchenka, prysznic w postaci zawieszonego na drewnianej żerdzi baniaka – dawno nie bawiłam się w harcerkę…
Pierwsze co zrobiłam, to rzuciłam graty i pojechałam na dworzec autobusowy. W kasie usłyszałam, że nie ma miejsc. Zrozumiałam, że utknęłam. Już miałam odejść od okienka i zacząć kombinować, gdy kasjerka przywołała mnie z powrotem.
- Jedno miejsce. Ostatnie.
- Biorę.

W jedynym zajętym domku mieszkał młody Rosjanin, żołnierz z Syberii. Mimo obaw z ulgą przyjęłam zaproszenie na piwo i poczęstunek w postaci dzielonej na gazecie ryby. Jakimś cudem, mimo mojego bardzo słabego rosyjskiego, przegadaliśmy całą noc, udało mi się nawet zrozumieć kilka dowcipów. Ubzdryngoliłam się wystarczająco, żeby zasnąć w dusznym, małym pokoiku.
Kolejny dzień był dniem niepodległości Ukrainy. Rosyjski wojak rzecz jasna nie mógł pozwolić, żeby jego polska, samotna rówieśniczka w taki dzień była sama. Zwiedzanie zaczęliśmy od ulicy Deribasiwskiej. Odessa jest nowoczesna, pełna przepychu, zapełniona ludźmi. Jedyne, co raziło, to że na ukraińskie słowa reagowano skrzywieniem, poza rosyjskim lepiej było nie używać żadnego innego języka – angielski zdradzałby „bogatą” turystkę, ukraiński – zachodnią nacjonalistkę, polski – po prostu Polkę, czyli też nie najlepiej.
Na słynnych schodach potiomkinowskich czekała dość ciekawa niespodzianka – przemowy, świętowanie, śpiewy. Wszyscy ubrani w białe, kolorowo haftowane, ukraińskie koszule. Radość, duma.
Po południu zdecydowaliśmy się choć na chwilę pójść na plażę – musiałam spojrzeć na Morze Czarne. W drodze przez park zatrzymała nas jakaś kobieta – okazało się, że łapie naturszczyków do komediowego programu kręconego… w krzakach. Nie pozwolono mi podejść bliżej, ale wyglądało na to, że cały komizm sytuacji miał polegać na tym, że kolejni naturszczycy podawali młodej damie kosz z owocami, przy okazji „przypadkiem” zrywając bluzkę i odsłaniając całkiem niezłe cycki. Mój towarzysz był zachwycony – nagle okazało się, że tak naprawdę, to nie miał być żołnierzem, tylko aktorem…
Wieczorem odwdzięczyłam się stawiając wino i po pewnym czasie musiałam się w przyspieszeniu ewakuować do pokoiku i sprawdzić, czy drzwi są porządnie zamknięte…
Kolejnego dnia łagodne oblicze babuszki nagle nabrało rys – wyrzuciła mnie z pokoju o dwunastej, więc na autobus do Lwowa czekałam na dworcu. Zjadłam bliny, dostałam opieprz od kelnerki, za to, że poprosiłam o sztućce i ruszyłam do Lwowa…
Zdjęcia znajdziecie tu



When I said that I am going to Odessa a lot of people were kind of reluctant to my idea – alone? Off you go, mafia will be rape you, murder, sell your liver. Just don’t be surprised if you don’t come back.
Well – I did come back some time ago but I have to admit that when I got out of the bus from Soroca I was a bit unsure. The difference between west Ukraine that I had traveled through before and this huge city was amazing. Everyone spoke Russian not Ukrainian and it was hard to stop anyone to ask for directions. I asked the taxi driver – he showed me everything on the map and then proposed to drive me there but when he said the price I realized that it would not be easy there. What is more he gave the price in roubels not hryvnias (and it was still a lot) so I offered paying in hryvnias surprised by other currency.
- But this is in hryvnias we just call them roubles in here.
I went straight to railway station to buy the ticket to Lviev. The queue was long and while I reached the window and gave the date, the woman inside only looked at me unfriendly:
- Sold out for three weeks.
Slightly stressed I went outside. I saw a group of boys with colored dread locks so I approached them hoping that they spoke some English cause the south – eastern Ukrainian Russian was a bit too fast for me. They occurred to be from Belarus and spoke better polish than English. They gave me the map of the city.
When I moved forward I was surrounded by a group of people offering rooms for rent. The prices exceeded those I expected around four or five times. But it was late, the evening was almost there, center was too far to walk and no one was giving clear directions about how to get there by bus. I decided to follow a seventy or eighty years old babushka who offered the lowest price – 100 UAH.
We got into the bus – babushka was telling me some stories but she was speaking so fast that I could only nod to pretend I understand. After half an hour of trip I was becoming kind of nervous – we were getting really far from the center. Our stop occurred to be the last one – next to the cemetery. I had a quick vision of babushka’s son or grand son who would wait out there to cut me into pieces and burry in the nameless grave but I followed. Behind the tall, steel fence with the gate opened with a long heavy key I saw little wooden houses – like on the camp. Only one of them was taken and there was some couple living in the babushka’s regular house. And a wooden toilet, kitchen, plastic can filled with water as a shower – it was a long time since I had played a scout girl for the last time.
First thing I did was leaving all my stuff behind and going for the bus station to buy the tickets. And the first news was that there were no places. I was close to brake down when the lady behind the counter called me back and said:
- One place. Last.
- I will take it.
In the only taken house stayed a Russian soldier from Siberia. The invitation for a beer and fish that he served on the old newspaper was a relief. Despite my weak Russian we talked the whole night – I even managed to understand few jokes. I dunk enough to manage to fall asleep in the small, stuffy room.
The next day was the day of independence of Ukraine. Russian soldier could not let his polish, lonely companion to spend such day by herself. We started sightseeing from Deribasivskaya street. Odessa is a modern, rich city filled with people. The only disturbing thing was the fact that using any other language than Russian was not a good idea – English would mean a “rich” tourist, Ukrainian – western nationalist, Polish – simply a person from Poland which also was not best. On the famous Potiomkin stairs waited a nice surprise – lectures, celebrations, singing. Everyone was dressed in white, embroidered, Ukrainian shirts. Happiness, pride.
In the afternoon we decided to go on the beach. While we were going through the parc some woman stopped us and invited my companion to join a tv program which was shot in the bushes. I was not allowed to come closer but the only comic element of the scene seemed to be while a person from the street was handling an actress a bucket filled with fruits, “accidentally” plucking her blouse and showing pretty nice boobs. My companion was delighted – it occurred that he never wanted to be a soldier but an actor…
In the evening I repaid with a wine and after a while I had to quickly evacuate myself back to the room and check if the doors are properly closed… And the next day the gentle babushka’s face changed – she throw me out at twelve with the luggage so I had to wait for the bus at the station. I ate bliny, made the waitress crazy by asking for the fork and left to Lviev…
Photos you can find here

poniedziałek, 28 marca 2011

My shitty pictures from Moldova


Unlike previously I will start with the English part and then give a Polish translation. The reason is simple – this post is actually an answer to the e-mail I received a few days ago: “Where are your Moldavian shitty pictures? Michel lost his camera stupidly (he forgot it on the roof of his car before driving back home). Ciao!” So well – here they are all right! From Chisnau and from Soroca.
Anyway – this e-mail reminded me that not only I have never posted pictures from this trip but also mentioned the escapade only once.
Last summer I went on the lonely trip to Ukraine, Romania and Moldova. After I got back I was busy with preparations for my studies in Barcelona and in Barcelona… well I was THERE. So now it is high time to write something about this trip and as I was asked about Moldova, I shall start with it, although it was the third country on my list back then.
Flavienne and Michel were the two French guys I met in the hostel in Suceava (Romania). We went for the same trip around medieval monasteries which make the whole Bucovia neighborhood famous and in the meanwhile decided to move on to Moldova together. Guys planned to visit Chisnau and some little village known for it’s wine production but I managed to convince them to go with me to Soroca instead – the Gypsy capital of the country and I shall say - the whole area.
Unfortunately Chisnau soon turned out to be one of the ugliest cities I have ever visited in my entire life. All made of concrete, almost without plants or decent green areas. The center – all built in soviet style reminded me of some forgotten suburbs of Warsaw. We couldn’t even find a proper party to drink ourselves silly on the Saturday night.
So the next day we moved on to Soroca. At first sight it also was a sad, grey, little town totally burned with South-European sun. All there seemed to be was an old medieval castle, unattractive and empty inside, empty streets and few hungry dogs. Nothing that would look like exceptional examples of gypsy architecture described by Polish writer Andrzej Stasiuk in one of his books.
As the place seemed to be deserted, with only one open bar we decided to follow two guys from Belarus that we met earlier that day on the bus from Chisnau. They were inviting us on the hippie festival – “Rainbow” was it’s name if I remember well.
We left our stuff at the hotel and went to the bus station where we met the Russian Hippie Girl who spoke really good English (which was much of a relief for me as my Russian – spoken in Moldova more often than Moldovan – is rather poor). In the group of four we took a bus to suburbs where we were supposed to start hitch-hiking.
And when the old, used-out bus started climbing up the hills through narrow almost street-like roads, I saw what Stasiuk was describing – gypsy palaces on the dumping ground. It was sunset and I was taking pictures from the bus so they really are shitty but I hope they will let you imagine how extraordinary the place is.
By the time we reached the road leading out from Soroca it was almost dusk. And I have to admit that I had no intention of hitch-hiking at night – first because I had an early morning bus to Odessa, second – because I started being jealous for the Russian girl who attracted too much of my companions’ attention, haha… Luckily the problem solved itself – the songster of the “Rainbow” community left us with the first car that stopped by and did not seem worried about the fact that there was no place for us.
We decided to get back to the hotel and drink the wine we bought for the road. I knew that guys were not very happy about the sudden change of plans – especially with Michel constantly repeating “fuck the hippies” but a nice surprise was waiting on our way – on the whereabouts of the center we bumped into a Gypsy Orchestra. To be honest the party was just coming to an end but it made the whole trip to Soroca simply worth it.
And I am still grateful to the guys for joining me – you made really good company!
Yours
Miss Catastrophe

No to lecimy z polskim „tłumaczeniem”:
Post publikuję najpierw w języku angielskim z tego prostego względu, że jest on odpowiedzią na maila, którego otrzymałam kilka dni temu: „Gdzie są twoje gówniane mołdawskie zdjęcia? Michel głupio zgubił swój aparat (zostawił go na dachu samochodu i odjechał do domu). Ciao!” Niniejszym więc moje zdjęcia prezentuję: z Kiszyniowa i z Soroki.
Niemniej jednak ten mail przypomniał mi o tym, że nie dość, że nigdy zdjęć z tej wycieczki nie publikowałam, to w dodatku zaledwie raz o niej wspomniałam.
Podczas ostatnich wakacji wybrałam się samotnie na objazd po Ukrainie, Rumunii i Mołdawii. Po powrocie byłam zajęta przygotowaniami do wyjazdu na studia do Barcelony, a w Barcelonie… po prostu byłam. Więc chyba czas najwyższy skrobnąć parę słów o tej eskapadzie, a że Flavienne pytał o Mołdawię, to od niej zacznę.
Jego i Michela poznałam w hotelu w Suczawie, w Rumunii. Wybraliśmy się na tę samą objazdówkę po okolicznych, średniowiecznych monastyrach, sławiących całą Bukowinę i w międzyczasie postanowiliśmy razem pojechać do Mołdawii. Chłopaki mieli w planach zwiedzanie Kiszyniowa i jakiejś wiochy słynnej ze swoich winnic, ale udało mi się ich namówić, żeby pojechali ze mną do Soroki – cygańskiej stolicy kraju, a właściwie – regionu.
Na nasze nieszczęście Kiszyniów szybko okazał się być jednym z najbrzydszych miast jakie kiedykolwiek widziałam – to był prawdziwy sowiecki, betonowy moloch, bez zieleni, ponury. Centrum wyglądało jak jakieś zapomniane przedmieścia Warszawy. A pomimo sobotniej nocy nie trafiliśmy nawet na porządną knajpę, w której można by było zapić to paskudne wrażenie.
Daleko nam było do żalu, gdy ruszyliśmy do Soroki w niedzielę rano. Ale na miejscu czekało na nas kolejne rozczarowanie – szare, smutne miasteczko z pustymi ulicami, którego jedyną atrakcją zdawał się być mało atrakcyjny średniowieczny zamek, w którym nawet nie było co oglądać. Ledwie kilka wygłodzonych psów przebiegło nam drogę. Nic nie wyglądało tak, jak obiecywał Andrzej Stasiuk w swojej książce „Jadąc do Babadag”.
Nie pozostawało nam więc nic innego jak pojechać za radą dwóch chłopaków z Białorusi, których poznaliśmy w autobusie z Kiszyniowa, do sąsiedniej miejscowości na festiwal hipisowski „Rainbow” (o ile tak się nazywał – pamięć już nie ta).
Zostawiliśmy bambetle w hotelu i ruszyliśmy na dworzec autobusowy, gdzie poznaliśmy Rosjankę posługującą się całkiem niezłą angielszczyzną, co dla mnie stanowiło prawdziwą ulgę, jako że niestety, wstyd się przyznać, mój Rosyjski (a w Mołdawii częściej mówi się po rosyjsku niż w ojczystym języku) zdążył już w większości wyparować. We czwórkę wsiedliśmy więc do autobusu, który jechał na obrzeża miasta, skąd mieliśmy łapać stopa na dalszą podróż.
I kiedy ten stary, zużyty gruchot zaczął się wspinać po wąskich wertepach, które niczym nie przypominały ulic, zrozumiałam, co Stasiuk próbował opisać. Po obu stronach drogi zaczęły co chwila wyrastać cygańskie pałace – królestwo na śmietnisku. Jako, że słońce już zachodziło i zdjęcia robiłam z autobusu, rzeczywiście są gówniane, ale mam nadzieję, że chociaż dadzą jakieś słabe wyobrażenie o tym, jak zaskakująco piękne jest to miejsce.
Gdy dotarliśmy wreszcie na ostatni przystanek, zapadał zmierzch. Miałam coraz mniejszą ochotę na jazdę stopem po nocy, przede wszystkim dlatego, że rano miałam złapać autobus do Odessy, a ponadto – nasza rosyjska towarzyszka pochłaniała zdecydowanie za dużo uwagi moich kolegów, więc zrobiłam się zazdrosna. Szczęśliwie problem rozwiązał się sam – piewczyni wspólnoty spod znaku „Rainbow” odjechała pierwszym samochodem, który się zatrzymał i nie zmartwiła się, że dla nas zabrakło miejsca.
Kupiliśmy więc wino na drogę i ruszyliśmy z powrotem – Michel ciągle powtarzał „fuck the hippies”, ale wiedziałam, że byli zawiedzeni nagłą zmianą planów. Przed pewnym potępieniem uratowała mnie cygańska orkiestra, na którą trafiliśmy dochodząc już do centrum. I pomimo, że był to koniec imprezy, muzyka sprawiła, że jednak cały wypad w te strony nabrał sensu.
Panna Katastrofa

niedziela, 20 marca 2011

Urban Art
























Trudno dziś wyobrazić sobie jakiekolwiek miasto bez spontanicznie tworzonych dekoracji. W jakąkolwiek stronę świata się nie udamy, znajdziemy wszystko - od graffiti po płaskorzeźbę. Od totalnego kiczu, po arcydzieła. Dlatego postanowiłam utworzyć ALBUM dokumentujący moje miejskie wycieczki i znaleziska.























It is hard to imagine nowadays a city that would not be spontaneously decorated. Whichever side of the world we visit we will find everything - from graffiti to reliefs. From a total kitch to masterpieces. That is why I decided to create an ALBUM which would be a documentation of my urban trips and discoveries.