Dzisiaj trudno będzie mi pisać o włóczeniu się "ulicami" Warszawy, bo ten wpis jest ściśle tematyczny i poświęcony mojemu absolutnie ulubionemu miejscu w Warszawie - Łazienkom.
Zapytalibyście zapewne o przyczynę tej mojej dziwniej namiętności - otóż jest bardzo prosta - przy samych łazienkach pracuję. Przez Łazienki przechodzę idąc do pracy. Koło Łazienek z pracy wracam.
Przez Łazienki mogę przejść idąc na pocztę. Przez Łazienki przebiegam idąc biura jednego z naszych klientów. W Łazienkach czasem siadam na minutę - dwie, żeby zjeść drugie śniadanie.
Tu uciekam przed natrętnymi wiewiórkami, które znalazły sobie we mnie przyjaciółkę. Tu słucham krzyków pawi. Tu spiesząc się w deszczu do biura płoszę sarny.
I na piwo też tu mam najbliżej...
Dzięki temu, że byłyśmy tam razem z Adą - poszłyśmy dalej niż ja sama docieram zazwyczaj :D WIĘCEJ ZDJĘĆ
Today it would be hard to write about wandering the "streets" of Warsaw because this post has it's stricly limited topic and is dedicated to my absolutely favourite place in Warsaw - Royal Museum of Łazienki.
You shall ask for the reasons of this specific passion - which are actually really simple - I work just next to it. I go trough Łazienki on my way to work. Next to them I come back from work.
Through them I walk when I go to one of our client's office. There I seat sometimes for a minute or two to eat my second breakfest.
Here I escape crazy squirls which found a friend in me. Here I listen to peacocks' screams. Here I scary off the deers while harrying to my office.
And here is the closest location for grabbing a beer...
Thanks to the fact that I was with Ada - we managed to find places where I hadn't been before... MORE PICTURES
Cisza zapadła.
Nie, nie lenię się, po prostu naprawdę mam czas wyładowany do granic i dlatego ciężko blogować. "Międzyczasu" brak...
Dlatego kolejny to będzie post "obrazkowy", którym odeślę Was do nienowego, ale wciąż odnawianego ALBUMU poświęconego sztuce miejskiej. Warszawa jest bowiem nie mniejszą kopalnią graffiti, czy "malarstwa szablonowego" niż Barcelona.
Szczególne dla mnie "zagłębia" to okolice Rozbratu, galerii "Zachęta", pawilony przy Nowym Świecie... Perełki można odkryć wszędzie.
Silence.
No, I am not lazy, just simply truly busy with my life which makes it hard for me to blog. I lack the "meantime".
That is why I am gonna serve you another "picture" post, with which I am gonna send you back to the ALBUM which is not new but regularly refreshed and dedicated to the urban art. The reason is simple - Warsaw is as big a "mine" of graffiti and stencil painitng as Barcelona.
Most interesting places for me are: surroundings of Rozbrat street, the "Zachęta" gallery, pavilions next to Nowy Świat...
But rare pearl might be discovered everywhere.
Rozleniwiłam się. Dzisiejszy post to będą zdjęcia i tylko zdjęcia.
Przyjechała do nas Ada. I jak zawsze z Adą - uderzyłyśmy w miasto. Na piechotę. Leczę odciski, ale zdjęć jest mnóstwo - oto pierwsza partia tematyczna. A tu: ALBUM
I got lazy. So today post is all about pictures and only pictures.
Ada came to visit us. And as it always happens with Ada - we hit the pavements of Warsaw. Now I gotta heal my feet but pictures are plenty - and here you go with the first part. And here is the ALBUM.
Baletu na scenie nie
oglądałam daaaawno… Oj dawno. Nie przyznam się nawet jak dawno. I może to był
jeden z impulsów. A może czas nie odgrywał żadnej roli.
W piątek wieczorem poszłam na
swój tradycyjny wieczorny spacer (jednak po Warszawie raczej nocą nie biegam).
Różne widoczki mi się po drodze podobały – a to kot pod blokiem, a to ciemna zieleń
wieczornego parku. Ale najbardziej mi się w oczy rzucił wiszący na pobliskim
przystanku plakat. Plakat „Kopciuszka” do muzyki Prokofiewa. A Prokofiew budzi
we mnie same pozytywne skojarzenia – często słuchałam go podczas moich spacerów
dziennych po Barcelonie. Ale plakat – puenta w plastikowej torbie na dowody
rzeczowe. Genialne w swej prostocie. Nowoczesne. Doskonałe. I dużo ciekawsze od
plakatu „Kopciuszka” w 3D, który sprawia wrażenie, jakby jego twórca był w 3D
narąbany…
Wróciłam do domu. Odszukałam
plakat w Internecie. Pokazałam bratu. Piętnaście minut później byliśmy już
szczęśliwymi posiadaczami rezerwacji.
Trzeba przyznać, że Teatr
Wielki / Opera Narodowa w Warszawie ma doskonałych grafików. Wszystko – od repertuaru
po plakaty – zachwyca prostotą pomysłu, projektu i wykonania. Graficzne
materiały promocyjne na długo pozostają w pamięci, są charakterystyczne i łatwo
rozpoznawalne. I doskonale wprowadzają w błąd…
Spodziewaliśmy się
współczesnego nowatorskiego widowiska, z zaskakującymi dekoracjami,
kostiumami à la dyskoteka w centrum
Nowego Jorku, fajerwerkami i wodotryskiem. Otrzymaliśmy za to w pełni dosłowną
klasykę. Zdałam sobie sprawę, jak bardzo zmieniła się moja wrażliwość. Schemat
odbioru. Potrzeba bombardowania wzroku…
Doskonałość techniczna i
sprawność oraz gracja tancerzy zachwycały. Ale ja wciąż czekałam na przyspieszenie
tempa. Na element zaskoczenia. Coraz trudniej jest mi po prostu wczuć się w
opowieść. Mogę obejrzeć niespieszny film pod warunkiem, że będzie miał świetne
zdjęcia, ale… Krew zdaje się pulsować szybciej niż zmieniają się obrazy…
Odwykłam.
I haven’t watched an on stage ballet for a
veeeery long time. I will not admit how long. But maybe it was one of the
factors that created an impulse. Or maybe time had nothing do to with it.
Friday afternoon I went for my “traditional” walk
(I don’t happen to wander the streets of Warsaw by night). I liked a few sights
– like a cat under the block of flats or the deep dark green of the park. But
what really caught my eye – was a poster. The poster for “Cinderella” – a ballet
to the music by Prokofiev. I have positive associations with his music – I often
had listened to him while my day walks in Barcelona. The poster showed a ballet
shoe in a bag for material evidence. Simple. Modern. Perfect. The poster was
way more interesting than the one for “Cinderella in 3D”.
I got back home. Searched for the picture on
the internet. Showed it to my brother. Fifteen minutes later we were happy
owners of the reservation for two tickets.
I need to admit that the Grand Theatre /
National Opera has really great graphic designers. Everything – starting with
repertoire and ending with posters – is amazingly simple in the form and
design. Graphic promotional materials stay in memory for a long time, they’re
characteristic and easy to identify. And they leave perfectly false impression…
We were expecting a modern, innovative spectacle
with surprising decorations and costumes à la New York discotheque, fireworks
and fountain. But what we received was a literal classic. I realized how much
my sensitivity has changed. My reception. The need of sight bombing…
Technical precision, grace and dexterity of
dancers was amazing. But all the time I was waiting for the tempo to raise. For
some element of surprise. It’s becoming more and more difficult for me to just
watch the story. I can watch a slow movie but only if it’s beautifully shot.
The blood seems to go faster than the pictures are changing. I went out of the
habit…
Dobra, zapytacie, co „stara” ateistka robi najlepszego opisując na swoim blogu bardzo w Polsce znane, katolickie święto. Ano, dokumentuje je. Tym bardziej, że obchody trudno przegapić – procesja przechodziła pod moimi oknami i to z nich (a dokładniej – z kuchni) robiłam zdjęcia.
Jeżdżąc po świecie często staram się dokumentować różnego rodzaju uroczystości – czy to państwowe, czy to religijne w różnych krajach. A własne? Przegapiam. Jeżeli mam choćby próbować opisywać życie miasta, w którym przyszło mi mieszkać – staram się w miarę możliwości – niczego nie omijać. EURO też pewnie zasłuży na choćby jeden post…
Dla tych, którzy mówią po polsku, więc zapewne w Polsce mieszkają, a tradycji nie znają, bądź nie rozumieją – krótki fragment z Wikipedii (nie kopiowałam całego artykułu – chętni wiedzą, gdzie szukać):
Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (w formie nadzwyczajnej rytu rzymskiego: Święto Najświętszego Ciała Chrystusa (Festum Sanctissimi Corporis Christi), potocznie zwana także Świętem Ciała i Krwi Pańskiej, a w tradycji ludowej: Boże Ciało) – w Kościele katolickim uroczystość liturgiczna ku czci Najświętszego Sakramentu, święto nakazane.
Wierni szczególnie wspominają Ostatnią Wieczerzę i Przeistoczenie chleba i wina w Ciało i Krew Jezusa Chrystusa. Pamiątkę tego wydarzenia Kościół katolicki obchodzi także w Wielki Czwartek, wtedy jednak rozpamiętuje się również Mękę Jezusa Chrystusa, uroczystość Bożego Ciała natomiast ma charakter dziękczynny i radosny. W Polsce obchodzi się ją w czwartek po Uroczystości Trójcy Świętej, a więc jest to święto ruchome, wypadające zawsze 60 dni po Wielkanocy. Najwcześniej może przypaść 21 maja, najpóźniej 24 czerwca. W niektórych krajach przenoszone jest na kolejną niedzielę.
(…)
W Polsce obchody uroczystości wiążą się z procesją z Najświętszym Sakramentem po ulicach parafii. Procesja zatrzymuje się kolejno przy czterech ołtarzach, przy których czytane są związane tematycznie z Eucharystią fragmenty czterech Ewangelii. Więcej zdjęć
Filmik na dole
You May ask what the „old” atheist is doing writing in her blog about the very well know in Poland, Christian holiday. Well… She’s making a coverage. Mostly because it would be hard to miss the celebration – procession was passing by straight under my windows from which I took the pictures (from the kitchen to be more exact).
Going around the world I often try to cover all kinds of celebrations – both national and religious. And in my own country? I usually miss it as the obvious. Still – if I want at least try to document the life of the city I chose to live in, I need to – if possible – not omit anything. Even EURO 2012 will probably have at least one post…
For those who do not know this tradition or are not familiar with it or do not understand what it all is about – I quote a short part of Wikipedia (not the whole article – those interested know where to find more information…):
The Feast of Corpus Christi (Latin for Body of Christ) is a Latin Rite liturgical solemnity celebrating the tradition and belief in the physical body and blood of Jesus Christ and his Real Presence in the Eucharist.
In the present Roman Missal, the feast is designated the solemnity of The Most Holy Body and Blood of Christ.[1] It is also celebrated in some Anglican, Lutheran and Old Catholic Churches who hold similar beliefs regarding the Real Presence.
The feast is liturgically celebrated either on the Thursday after Trinity Sunday or, "where the Solemnity of the Most Holy Body and Blood of Christ is not a Holy Day of Obligation, it is assigned to the Sunday after the Most Holy Trinity as its proper day". At the end of Holy Mass, there is often a procession of the Blessed Sacrament, generally displayed in a monstrance. The procession is followed byBenediction of the Blessed Sacrament.
A notable Eucharistic procession is that presided over by the Pope each year in Rome, where it begins at the Archbasilica of St. John Lateran and makes its way to the Basilica of Saint Mary Major, where it concludes with Benediction of the Blessed Sacrament.
Piątek rano zaczął się szarym, groźnym niebem. Na „moim”
gdyńskim strychu słychać każdy powiew wiatru, każde stuknięcie kropli o dach.
Padało. Przyzwyczajona do warszawskich upałów bałam się wysunąć spod kołdry
choćby czubek nosa. Było zimno, bardzo zimno. A ja nie miałam wyboru. Czas było
wreszcie zarobić tę kasę za którą mam się grzać w okolicach równika.
Mama się ulitowała i podrzuciła mnie do Redy. Postałam sobie
dłuższą chwilę na przystanku PKS przy dworcu kolejowym. Powąchałam smród uryny.
Popatrzyłam na odpadający tynk. Na swojskie kaszubskie twarze. Te widoki nie
odrzucają. Te widoki dobrze zaaranżowane będą kiedyś warte sporych pieniędzy.
Nie wzięłam ze sobą aparatu. Za szaro, za zimno, za mało
miejsca w torbie. Czasu też by nie wystarczyło na robienie zdjęć. Piotrek
zgarnął mnie z dworca. Kupują z żoną ziemię koło Pucka. Opowiadał o
ekologicznym domu jaki mają zamiar wybudować. Rozumiem ich radość. Nie umiem
jej dzielić.
Prezentację mieliśmy w ratuszu, w samym centrum Pucka, na
rynku. Z okazji Dnia Dziecka na środku rynku rozstawiono niewielką scenę. Gdy
przebijaliśmy się przez rzędy dzieci, akurat kończyło się jakieś przestawienie.
Weszliśmy po schodach na piętro, gdzie jest duża sala - zapewne dla radnych. Sufit
na wysokości czterech metrów, wielkie okna, olbrzymi, stylizowany żyrandol.
Godła różnych gmin. Ciemno, bo okna zakryte były reklamą. Drewniane stoły,
krzesła, ławy. Część mebli w stylu gdańskim. Rozbijałam powagę robiąc zdjęcia
telefonem komórkowym. Nie przystawał do wnętrza.
Przez otwarte okno najpierw ryczało jakieś koszmarne disco
polo, by po chwili ustąpić miejsca nie mniej koszmarnym lokalnym przyśpiewkom.
Miałam ochotę wychylić się za chroniące szyby kraty i krzyknąć „e, blondi, nikt
ci nie powiedział, że kurwa, fałszujesz?”
Zawsze przed prezentacjami mam olbrzymią ochotę kląć.
Rzucanie mięsem mnie uspokaja. Swojska „kurwa” pozwala spokojnie odetchnąć. Ale
nie klnę na głos. Nie to miejsce. To utrudnia zluzowanie napięcia. Nie lubię
wystąpień publicznych. A musiałam mówić przez prawie dwie godziny.
Obiad jedliśmy w restauracji nad Zatoką. Jej spokojne wody
pod stalowo szarym niebem, ten spłaszczony horyzont, pozwalały odpocząć od
warszawskiego widoku stalinowskiego kutasa podtrzymującego niebo. Czasem niebo
nad Warszawą sprawia wrażenie tak ciężkiego, jakby było zrobione z ołowiu.
Jeżeli niebo nabierałoby ciężaru od ludzkich trosk, w Warszawie musiałoby być
najcięższe w Polsce. Nie od nadmiaru problemów, tylko od gęstości zaludnienia
na kilometr kwadratowy. Lubię ciężkie, ołowiane nieba. Topiłam kiedyś ołów
palnikiem acetylenowo-tlenowym. Gdy zaczyna się upłynniać wygląda jak żywe
srebro. Cuchnie, ale jest piękny.
Niebo nad Zatoką, choćby najciemniejsze, zdaje się lżejsze
przez swój rozmiar. Przestrzeń uwalnia. Nie lubię nieba nad zatoką. Jest za
wysoko. Odbiera poczucie codzienności. Betonowy warszawski fiut im. Towarzysza
Stalina znowu wzywa. Ocierający się co chwila i zrzucający mnie z fotela w
autokarze współpasażer może być już równie naprężony. Świat jest pełen świrów.
Wieczorem w piątek byłyśmy z Adą i Kasią w Cyganerii.
Dobijamy powoli trzydziestki, ale wracałyśmy do domu wcześniej niż kiedy
miałyśmy po osiemnaście lat.
- Dziewczyny, gdzie idziecie?
- Na przystanek.
- A gdzie jedziecie?
- Do domu.
- Ale noc jeszcze młoda.
- Dla nas już stara.
Wyglądało na to, że zostali spławieni. Ada zatrzymała się na
swoim przystanku na Władysława IV-go, przy Batorym. Ściskałyśmy się na
pożegnanie, gdy nagle poczułam potężnego klapsa na tyłku. Gdy się odwróciłam,
koleś był już daleko i spierniczał co sił w nogach. Zamurowało mnie, więc nawet
niczego za nim nie krzyknęłam.
Pamiętam pewien poranek w pociągu. Miałam czternaście lat.
Po raz pierwszy pojechałam w Polskę ze znajomymi, bez nadzoru rodziców. Na koncert
Pearl Jam’u. W katowickim Spodku. Nieważne który to był rok… To było wiele,
wiele lat temu… Ktoś wysiadł z przedziału, więc po złożeniu się w scyzoryk
byłam w stanie położyć głowę na siedzeniu. Po dłuższej chwili doszłam do
wniosku, że czuję pewien znaczny dyskomfort i że chyba nie jest on spowodowany
tylko niewygodną pozycją i starymi siedzeniami made in PKP. Siedzący obok
starszy mężczyzna wpychał mi dłoń pod głowę. Dobrze, że tylko tam…
Brakuje mi papierosów. Zasada „palę tylko jak piję” staje się
ostatnio zbyt szeroka. Kolejny dzień zmusza do zbyt ciężkiej walki. Pozostaje
tylko pić szampana… Na Halach Banacha jest Sowiestkoje Igristoje za 6,99…
Równie pyszne, jak ostatnio na Pradze nabyte Sowiestkoje Perlowoje, za 6,50… A przede mną tydzień trzeźwości…
Friday morning
started with a grey, threatening sky. On “my” attic in Gdynia one can hear
every whiff of wind, every drop touching the roof. It was raining. I had already
been used to Warsaw heat so I was afraid to uncover from under the blanket. It
was cold. Really, really cold. And I had no choice but to get up and finally
earn that money which is supposed to warm me up in tropics.
Luckily my
mom helped me out and gave me a lift to Reda. I was standing a longer while on
the bus stop next to the railway station smelling the urine and watching the falling
out plaster. Staring at familiar faces
from this land. Those views are not repelling. I shall even say that there will
come the time when they will be worth a little fortune.
I did not
take my photo camera with me. It was too grey, too cold, too little space in my
bag. There was even not enough time to take pictures. Piotrek picked me up from
the station. With his wife they’re about to buy a nice piece of land in Puck
neighborhood. He told me about the ecological house they want to build. I
understand their joy and happiness but I cannot share it.
The presentation
was taking place in the town hall in the very center of Puck on the main
market. It was the Children’s Day so in the middle of the market there was a
small stage. While we were getting through the crowd of children some play was
just about to end. We went upstairs to the big room for aldermen. The ceiling
was four meters high, windows huge and massive chandelier. Crests of some
municipalities. It was dark inside cause windows were covered with the advertisement
hanging outside. Wooden table, chairs and benches. Some furniture were in “Gdańsk”
style. I was braking the seriousness by taking pictures with my mobile. It seemed
exotic in this surrounding.
Firstly
through the open window we could hear some nigthmarish disco music which was
next changed into same terrible local songs. I felt like leaning out of the
window and scream “hey, blonde, has none told you that you’re fucking out of
tune?!”
Every time
before the presentation I feel like cursing. It makes me calm. Familiar “kurwa”
lets you breath more easily. But I never swear out loud. Not the right place.
It makes the tension more difficult to ease. I don’t like public speeches. And
I had to talk for almost two hours.
We had the
dinner In the restaurant on the coast of the Bay. It’s calm waters under the
steel sky, this flat horizon, which let me take some rest from the Warsaw view
of the Stalin’s dick that props up the sky. Sometimes the sky over Warsaw seems
to be so heavy like if it was made of lead. If the sky was heavy of human
worries, the one over the Warsaw would be the heaviest in Poland. Not because
of troubles – just because of the number of people who live here. I like those
heavy, lead skies. I used to melt the lead once with the welding torch. When it
starts to melt down it looks like silver. It stinks but is beautiful.
The sky
over the Bay – no matter how dark – seems fighter because of its’ size. The
space sets free. I do not like the sky over the Bay. It’s too high. Takes the
feeling of everyday life away. The concrete Warsaw dick named after Comrade Stalin
calls me back. The fellow passenger on the bus seems to be same hard. He tries
to touch me every now and then. The world is full of freaks.
On Friday
evening we went with Kasia and Ada to “Cyganeria”. We are getting close to
thirtieth birthday but we were getting home earlier than while we were
eighteen.
‘Where are you heading girls?’
‘To the bus
stop.’
‘And where
do you plan to go?’
‘Home.’
‘But the
night is young.’
‘Old for us.’
Seemed like
we got rid of them. We went with Ada to her bus stop. We hugged our goodbyes
when I felt a slap on my ass. When I turned back the guy was already far away
and was running. I was speechless.
I remember one
morning on the train. I was fourteen. It was the first time that I hit the road
with my friends without my parents supervision. We went for Pearl Jam’s
concert. In Katowice. Doesn’t matter which year it was… It was many many years
ago… Someone got out of the compartment so I managed to put my head on the
seat. After a longer while I started to feel some strange discomfort and decided
that it is probably caused not only with my position and very old seats of the
train. The elder guy seating next to me was putting his hand under my head. Luckily
only there…
I miss cigarettes.
The rule „I smoke only when i drink” has become ineffective. The day after
makes me fight too hard. Drinking champagne is all there is. On the close
market they sell “Sovietskoye Igristoye” for 6,99 PLN… As tasty as “Sovietskoye
Perlovoye” that I bought on Praga for 6,50… And there is a week of sobriety
ahead of me…
Moja pasja do kina azjatyckiego jest, jak sądzę, powszechnie
znana. Przynajmniej moim przyjaciołom i czytelnikom tego bloga. To przez filmy
made In Hong Kong, China, Japan, South Korea etc. zapałałam miłością do
ostatniego niezalodzonego kontynentu, którego jeszcze nie odwiedziłam. Do
miejsca, które nieustająco mnie fascynuje, przyciąga i hipnotyzuje. Momentami
zastanawiam się, czy to na pewno dobry pomysł, aby tam wreszcie pojechać,
jeżeli w mojej głowie wszystkie te miejsca są już tak wyraźne, jakbym je wiele
razy zwiedziła. Pocieszam się faktem, że pomimo, iż swoje w życiu zobaczyłam,
wyobraźnią jeszcze nigdy nie przegoniłam rzeczywistości i to zarówno w
pozytywnym, jak i negatywnym sensie.
Pasja do kina zabiła też w pewnym sensie (na szczęście nie
trwale) miłość do literatury pięknej. Beletrystykę w bibliotekach omijam
ostatnio szerokim łukiem, skupiając się na literaturze popularno-naukowej i książkach
historycznych (oczywiście przede wszystkim dotyczących Bangladeszu). Tylko czasem,
gdy potrzebuję odpoczynku od wysiłku intelektualnego również w środkach
komunikacji miejskiej, a nie czytać nie chcę, pożyczam jakąś powieść. Mam
jednak problem z wyborem – brak mi klucza, zainteresowania konkretnymi
powieściami. Konkretnymi autorami.
Przez krótką chwilę mile zaskoczyła mnie polska autorka
Grażyna Plebanek. Połknęłam wszystko, co było w naszej bibliotece pod domem.
Ale jak pozycje się skończyły, zabrakło mi pomysłu. Kręciłam się bez żadnego
konkretnego celu między półkami, aż kierowana znajomymi pasjami, przystanęłam
pod króciutkim działem z literaturą chińską. Książkę wybrałam odruchowo – była
żarówiasto-różowa, czyli zapewne współczesna, a z powieściami liczącymi sobie
lat więcej niż ja jestem ostatnio na bakier. Była to powieść „Panda sex”
chińskiej pisarki Mian Mian. Spodobała mi się na tyle, że sięgnęłam po kolejną
, choć chronologicznie wcześniejszą – „Cukiereczki”. Nie, jeszcze jej nie
skończyłam. Nie, skończę jej dzisiaj. Ani jutro. Bo w pewnym momencie stała się
dla mnie za trudna. Za bliska, za osobista, za bardzo „wróżebna”, by nie
powiedzieć „złowróżbna”. Ale nie o moich podobieństwach do bohaterki Mian Mian
miało być. Najważniejsze, że słucha ona muzyki, którą postanowiłam sprawdzić. I
tak trafiłam na Cui Jiana.
„Power of the powerless” to płyta pochodząca z nie mam
pojęcia, którego roku. Nie rozumiem tytułów piosenek, ani rzecz jasna słów.
Mandaryński chyba ciężko zaśpiewać. Po mandaryńsku się skanduje. Do rytmu
muzyki, która w pierwszym momencie zabrzmiała dla mnie jak kakofonia. Dużo
różnych głośnych dźwięków na styku rocka, tradycyjnej muzyki chińskiej, hałasu…
Nie mogę przestać jej słuchać. Jak kiedyś „Rock para las masa (Carnicas)” Porno
Para Ricardo. Jak „Gypsy Punks
– Underdog World Strike” i „Super Taranta” Gogol Bordello. Albo L7.
Będzie mi Cui Jian grał w słuchawkach jeszcze wiele miesięcy…
Nie wiem jakie są związku rytmu z neuronami. Nie wiem jaki
jest wpływ muzyki na pamięć i świadomość. Wiem co najwyżej jaki jest wpływ
wiecznego trzymania słuchawek na uszach – w wieku lat dwudziestu siedmiu co
chwila powtarza się „proszę?!”. Ale Cui Jian swoją muzyką, która wprawia mnie
jakby w lekki trans i unosi kilka centymetrów nad ziemię i to nie na skrzydłach
radosnego uniesienia, ale buntu i złości, przypomniał mi, że czas użyć piły.
Zapuściłam korzenie. Jeszcze nie głębokie. Ale trzymające na
tyle mocno, by czas było je odciąć. W Warszawie mieszkam zaledwie osiem
miesięcy. To tyle, co nic. To tak krótko. Ale to tak strasznie długo. W pracy,
która męczy monotonnością. W mieście, którego nie mam czasu porządnie zwiedzić.
W mieście, które nie chce stać mi się bliższe i wciąż straszy mundurami
podobnych sobie ludzi. Plemię garniturów. Plemię zbuntowanych. Plemię
hipsterów. Plemię szaraczków. Plemię nastolatków. Plemion jest kilka, ale
wszystkie bardzo zdyscyplinowane.
Zapuściłam korzenie w mieście, w którym nie mogę w piżamie
pójść do sklepu rano, żeby klientka stojąca za mną w kolejce nie straszyła mną
kilkuletniej córki. Może gdybym mieszkała w innej dzielnicy… W innym miejscu.
Może czułabym się bardziej u siebie… Może Azja nie wołałaby za mną „nie chcesz
mieszkać tam, chcesz mieszkać tu, łap piłę, łopatę i karczuj maleńka!”
Plan zawiera w sobie trzy miesiące. Za mało na zapuszczenie
nowych korzeni. Za mało na to, by otrząsnąć się z wrażenia nowości. Za mało,
żeby zdążyć zatęsknić. I co będzie kiedy wrócę do mojej dziury w ziemi?
Wiem tylko, że jeżeli jednak spróbuję być rozsądna i zostanę,
zacznę „wydeptywać ścieżkę kariery” – za kilka miesięcy wdrapię się na szczyt
Pałacu Kultury i zacznę wyć. Albo sprawdzę jak to jest uprawiać bungie jumping
bez liny. Piła sama już wypada z kieszeni, wyciąga ją chyba grawitacja…
Wiem, że nudzę z tym powtarzaniem, „jak ja bym chciała być w
drodze”, kiedy tylko w niej nie jestem, czyli wciąż, niestety, przez większość
czasu. Ale te momenty, jak teraz, gdy autokar, którym jadę do trójmiasta, na
jutrzejszą prezentację w Pucku, wyprzedza trzy ciężarówki na raz tuż przed
zakrętem… One uzależniają. Tak samo jak nowe widoki z okien autokarów,
autobusów, samochodów, samolotów… Z pokładów.
Nie palę. Piję wciąż rozsądnie, przynajmniej na razie, ale
wiem, kiedy jedno i drugie ciągnie. Tak samo jak wiem, jak to jest w zimowe
wieczory, kiedy płaczę skulona na podłodze, bo nie mogę ot tak wsiąść w pociąg
do Przemyśla, żeby kolejnego dnia przekroczyć granicę. Bo nie mam pieniędzy,
albo mam zobowiązania. Bo na każdy wyjazd muszę czekać, zbierać, przygotowywać…
Któregoś wieczoru wyłam już tak bardzo, że stwierdziłam, że nie dam już dłużej
rady. Spakowałam plecak, sprawdziłam pociągi i już miałam wychodzić z domu,
żeby pojechać na dworzec, kiedy zorientowałam się, że mój paszport został w
Gdyni. Nie wiem dlaczego zawsze chcę uciekać przez Przemyśl, zawsze na wschód.
Ale wiem, jak to jest, kiedy odmawiam niektórym znajomym wyjazdu, wyjścia, wypadu,
bo zawsze jest jakiś ważniejszy cel oddalony o odpowiednią ilość kilometrów.
Bywa, że to jest droga przez mękę. I wiem, że moment odlotu będzie krótki i
pozostawi po sobie tylko większą pustkę, którą coraz trudniej będzie
przetrzymać, przeczekać do kolejnego wyjazdu…
Ta książka o której pisałam. „Panda sex”. Nie zacytuję
dokładnie, bo Internet nie działa, a egzemplarz grzecznie zwróciłam do
biblioteki. Jest o tym, że po Szanghaju krąży dziwny wirus. Zakażeni uprawiają
seks jak panda – dwa razy w roku. A gdyby ten wirus dotyczył podróży?
Wynalazłabym na niego lek…
Posłuchajcie sobie Cui Jiana. I kupcie piłę…
FIRST – I AM
REALLY SORRY FOR TRANSLATION – I AM NOT BEING MODEST – IT IS REALLY BAD,
SOMEHOW I HAD TRULLY BIG DIFFICULTIES WITH INTERPRETING THIS POST L
My passion
for Asian cinema is, as I suppose, well known. At least among friends and the
readers of this blog. It’s because of the movies made in Hong Kong, China,
Japan, South Korea etc. that I started to love the last “free of ice” continent
that I have not yet stepped on. The place which does fascinate me, hypnotize
me, which pulls me towards itself all the time. Sometimes I wonder if it really
is a good idea to finally go there - as all those places are already so well
pictured in my head. As if I already visited them. Luckily I know that although
I’ve seen things in life my imagination never managed to go ahead of the
reality – in both positive and negative sense.
My passion
for the cinema also in some sense (luckily just for some time) killed my love
for literature. I omit it in the libraries choosing rather popular science or
historical books (mostly about Bangladesh of course). Just sometimes when I
need a break from intellectual effort in means of public transport and I do not
want to not read – I borrow some novel. But I have problem with choosing – I
miss the key of choice, one special interest. Special author.
For some
time I was nicely surprised by Polish author Grażyna Plebanek. I read all her
books available in the library just right under my windows. But as I run out of
her books I had no idea what to borrow. I was walking among the shelves with no
goal until directed by old passions I stopped in front of the short shelf with
Chinese literature. I chose a book driven by its’ neon pink cover. It made me
believe that it’s a new book and classic literature hasn’t lately been my
favorite. It was “Panda sex” by Chinese author Mian Mian. I liked it enough to
start reading another one “Candy”. And no I haven’t finished yet. I won’t
finish it neither today nor tomorrow. Because it became too difficult for me at
some point. Too close, too personal, too prophetic. Anyway - not about my similarities to Mian Mian’s
heroine I was supposed to write. I decided to check the music she was writing
about. And that was how I got to know about Cui Jian.
I have no
idea when „Power of the Powerless” was released. I do not understand titles of
songs or of course lyrics. But mandarin sounds difficult to sing. Words sound
like if they were chanted. To the rhythm of the music that initially sounded to
me like a cacophony. There are many loud sounds mixing rock, traditional
Chinese music and noise… I cannot stop listening to it. Like I used to listen
to „Rock para las masa (Carnicas)” Porno Para Ricardo. Or Gypsy Punks –
Underdog World Strike” and „Super Taranta” Gogol Bordello. Or L7. Cui Jian will
play in my headphones for many months…
I have no
idea what is the relation of the rhythm and neurons. I have no idea what is the
influence of music on memory and consciousness. I can only tell what is the influence of wearing
headphones all the time – at the age of twenty seven you can’t stop asking
everyone “what?!”. But Cui Jian with his music which puts me in some kind of
trans and makes me walk a few centimeters above the ground and makes me full of
anger and riot – he reminded me that it’s high time to use a saw.
I became rooted. Maybe
not very deeply. But those roots are still deep enough to make it necessary for
me to cut them. I’ve been living in Warsaw for just eight months. It’s almost
nothing. And it’s so long. At work which kills me with monotony. In the city
which I have no time to visit properly. In the city which does not want to
became fully mine and scares me with the uniforms of similar people. The tribe
of suits. The tribe of rebellious. The tribe of hipsters. The tribe of
everymen. The tribe of teenagers. There are a few tribes but all very
disciplined.
I am rooted in the city where
I cannot go to the shop in my pajamas in the morning because the client
standing in the line behind me tries to scare her daughter with me. Maybe if I
were living in different district. Other place. Maybe I would feel more in the
place. Maybe Asia would not be calling me ‘you do not want to live there, you
want to live here so take the saw, take the shovel and root yourself out baby’!
My plan covers three months.
It’s not enough to get rooted. It’s not enough to get used to the place. It’s
not enough to miss the other place. So what will happen when I’ll get back to
my hole in the ground?
I only know that if I stay and
start to follow „my path of career” in a few months I will climb the top of Palace
of Culture and Science and start to howl. Or I will check how it is to bungee
jump without a line. The saw is falling out of my pocket like if gravity was
pulling it out…
Maybe my repeating the phrase “how
I wish I could hit the road again” whenever I am not which means unfortunately
most of the time is boring. But those moments like now when the bus which takes
me to Gdańsk for the presentation that I have in Puck tomorrow – overtakes
three trucks at once just before the bend… They’re highly addictive. Same as
new views from buses, cars, planes… From decks.
I don’t smoke. I drink
reasonably – at least for now – but I know how they both are missed. Same as I
know how it is on winter evenings while I cry cowered on the floor because I
cannot take the train to Przemyśl just to cross the border. Because I have no
money or I have some obligations. Because for every trip I have to wait,
collect, prepare… One night I was howling so loud that I decided I cannot go on
like this anymore. I packed my backpack, checked timetable for trains and I was
about to live home when I realized that my passport was left in Gdynia. I don’t
know I why I always want to run trough Przemyśl, always to the east. But I know
how it is to refuse trips, parties, going out because of some more important
goal which is distant enough. Sometimes it is really tiring. And I know that
the moment of being high will be short and will leave me only a bigger emptiness
which will be more and more difficult to survive, to wait until the next trip…
This book
that i wrote about. “Panda sex”. I cannot quote accurately because the internet
is not working and the book I did return to the library. It’s about a
strange virus infecting Shanghai. Infected people have sex like pandas – twice
a year. And what if this virus
woud concern travelling? Oh I would invest a cure…
Moją namiętnością jest przemieszczanie. Fizyczne. Intelektualne. Prawdziwe. Zmyślone.
Czasem bywam w raju, a czasem w tarapatach...
My passion is moving. Phisical. Intelectual. Real. Made up.
Sometimes I get into the paradise and sometines into trouble.