piątek, 21 września 2012

Trzynastolatka/Thirteen years old



Aduśka dużo grzebie w necie. Jest moim dostawcą informacji. Znalazła już chyba wszystko, co opublikowano na temat Bangladeszu w języku polskim. I wciąż trzyma rękę na pulsie. Co więcej – nawiązała już kilka przyjaźni poprzez couchsurfing, więc w razie jakiejkolwiek awarii ma szansę uratować nam tyłki. Niedawno dogrzebała się na TVN 24 filmików z piątku sprzed tygodnia, na których pokazywano protesty przeciwko Amerykanom. Policja zatrzymała napierający tłum jakieś pół kilometra od amerykańskiej ambasady armatkami wodnymi. Co ciekawe – w bangladeskich mediach na ten temat nie podawano żadnych informacji (tajny wywiad Ady zrobił już na ten temat research), a demonstracje były pokazywane jedynie przez zagraniczne serwisy informacyjne. Nos Oli dzięki wywiadowi Ady wyczuwa temat dla siebie w sam raz… Tylko niestety po raz pierwszy jadę z ledwie ogólnym planem i bez porządnego przygotowania merytorycznego, więc będę musiała się spinać na miejscu.
Tym bardziej, że mieszkańców Dhaki bardziej niż demonstracje, o których zdawali się ledwie wiedzieć, bardziej rozgrzewają zupełnie inne decyzje polityczne – blokowanie serwisu youtube, czy dostępu do Google. Nie wiem na czym taka blokada dokładnie polega, bo wyszukiwarka ponoć nie działała, ale kumpel opowiadał mi o tym za pomocą Google Talk.
A tym czasem z innej beczki. Dokładnie piętnaście lat temu, jako urocza trzynastolatka pod koniec siódmej klasy szkoły podstawowej wyciągnęłam szanowną mą Producentkę do jeszcze wtedy istniejącego kina Żak w Gdańsku (tzn. kino istnieje chyba nadal, ale w zupełnie innym miejscu) na przedpremierowy pokaz filmu „Hype!” – dokumentu o fenomenie muzyki grunge w Seattle. Mama straszyła, że jak pójdę w podartych jeansach, to mnie do kina nie wpuszczą, bo każdy rozpozna we mnie dzieciaka. Na sali Mama była najstarsza, ja najmłodsza. Ale żadna z nas nie wyróżniała się z tłumu. Ja dzięki podartym dżinsom, ona dzięki kraciastej koszuli. Mama wyszła z kina lekko ogłuszona, ale prędko stała się wielką fanką Soundgarden. Nie miałam więc problemów z przeforsowaniem ustawiania głośników na maksa w pokoju, ani wyboru muzyki podczas jazdy samochodem. No nie było się przeciwko czemu buntować po prostu… Dla dzieciaka autentyczna tragedia…
Grunge’u nie słucham już od dobrych ośmiu, może nawet dziesięciu lat. Ale kiedy poszłyśmy ostatnio na zakupy, to w skądinąd amerykańskiej sieciówce H&M królowało nie co innego, jak kraciaste koszule, koszulki z NIrvaną, przecierane dżinsy. I jak trzynastolatce, którą znów się poczułam – Mama kupiła mi trampki w kratkę. Piętnaście lat temu byłabym gotowa za takie zabić… Uznałam, że wybór filmu na jazdę powrotną do Warszawy był dość oczywisty – po piętnastu latach obejrzałam sobie ponownie „Hype!”.
Ten hałas nie wydaje mi się już tak dobrze zorganizowany jak kiedyś. Ale nadal powoduje, że krew nieco szybciej krąży w żyłach. Zastanawiam się nawet nad przetarciem starych dżinsów. I kupnem flanelowej koszuli… Ale tylko z metką porządnej firmy, a nie producenta odzieży roboczej, jak miałam w zwyczaju  – musi mieć kobiecy krój i wcięcie w talii.
Zastanawiam się, czy dobrze zrobiłam tak odczarowując mity z przeszłości. Chociaż na szczęście te nigdy nie należały do pieczołowicie przechowywanych i wielbionych. Gdzieś kiedyś rozeszło się po kątach, pozostała tylko wielka miłość do punk rocka. Ale Eddie Vedder z Pearl Jamu najarany jak stodoła i pieprzący coś do kamery tylko po to, by coś pieprzyć, bo przecież w końcu tę kamerę przed nim postawili już raczej nie zdobędzie ponownej szansy na zdobycie tytułu „uduchowionego”… Szkoda – tak łatwo było kiedyś wierzyć…
Ale sentymenty na bok. „Hype!”, jak już chyba pisałam w poście o Czerwonych Latarniach (dlaczego chyba? A czy wy naprawdę wierzycie, że ja czytam własne posty?!) zupełnie przypadkowo naraził mnie na zakochanie w kinie azjatyckim. Napisałam bowiem jego recenzję do „Filmu” (jeszcze wysyłało się je pocztą, nie mailem) i wygrałam film „Zawieście Czerwone Latarnie” (na kasecie VHS, nie płycie DVD). I się potoczyło.
Toczy się nadal. Za dwa tygodnie wyląduję w Dhace. Tak z rozpędu. Moja Azja. To teraz w ramach jakiegoś konkretu na zakończenie tego mętnego wywodu :
_____________________________________________________________________
NIEZBĘDNIK PRZEDWYJAZDOWY

Wiza na pojedynczy wjazd do Bagladeszu – 37 EUR
Najbliższa ambasada jest w Hadze, kuriera najlepiej zamówić na firmę, bo ceny są dość drastyczne. Ja w końcu stargowałam do około 128 PLN w jedną stronę plus opłata importowa – 98 PLN.

SzczepieniaWZW AiB: potrzebne są trzy dawki, jedna kosztuje 155-180 PLN, taniej jest poza Warszawą, a już w ogóle najlepiej i najtaniej to w Centrum Medycyny Morskiej i Tropikalnej w Gdyni.

Dur brzuszny – 180-200 PLN, konieczna tylko jedna dawka. W tej chwili w Gdyni szczepionki nie ma, bo została wycofana.

Bilety lotnicze: Gdańsk – Dhaka – Gdańsk – ok. 3000 PLN.
Gdańsk – Dhaka – ok. 2000 PLN.

Ubezpieczenie – ja wykupiłam kartę EURO26 (hehe, a co?!) ale trzeba przyznać, że nie obejmuje ona ubezpieczenia od chorób tropikalnych i wielu innych rzeczy. Ubezpieczenie podróżne na 2 tygodnie wychodzi około 100 -200 PLN, w zależności od pakietu. Na dwa miesiące – nawet nie pytajcie - ja ryzykuję podróż z kartą i tylko z nią.

Malaria - nie poleca się wcale brania leków antymalarycznych – profilaktyka bywa bardziej zabójcza od samej choroby, dużo kosztuje, poza tym w leki dostępne w Polsce są starej generacji, nie sprowadza się nowszych, bo nie ma takiej potrzeby. Lepiej więc w przypadku zachorowania od razu lecieć do miejscowego lekarza i brać to, co można kupić na miejscu – jest o wiele bardziej skuteczne.


Ada makes a lot of research on the Internet. She is my private information supplier. She has probably found every single thing that was published in Poland about Bangladesh. And she keeps looking. What is more – she even made friends with some people from couchsurfing so in case of any trouble she might be able to save both our asses. Not long ago she found some short films on TVN 24 from last Friday showing the anti-American demonstration in Dhaka. The police stopped the mob around 0,5 km from the embassy with water cannons. What’s interesting – in Bangladeshi media there was not a single information about it (Ada’s secret intelligence service has already checked it) and the demonstration has been only shown in foreign media. Ola’s nose is telling her that she might find some pretty good material in there. It’s just that for the first time in my life I am going with no proper preparation so I’ll have to struggle on the place.
But Dhaka inhabitants are way more interested in other political decisions – youtube is being blocked along with Google. I have no idea how this blockade looks exactly because I was told about it via Google Talk though the search engine was not supposed to work at the time.
And in the meantime – exactly fifteen years ago as a lovely thirteen years old girl close to the end of the seventh grade I took my mom to a still existing back than cinema „Żak” in Gdańsk for the movie „Hype!”- a documentary about a grunge phenomenon. Mom was telling me that I would not be allowed inside the theatre in my torn jeans because everyone would recognize an underage kid in me. But we entered. She was the oldest and I was the youngest in the place. But none of us stood even a little bit out – me thanks to my jeans an mom – to her checked shirt. She left the theater a bit stunned but soon enough she was Soundgarden’s fan no 1. Since then I had no troubles playing music on a full volume or choosing a music for car trips. Nothing to rebel against. For a kid like me – a pure tragedy.
I haven’t been listening to grunge for like eight or ten years now. But when we went shopping last time in a H&M shop what was no 1 fashion trend? Checked shirts, Nirvana T-shirts, trousers with holes. And as for a thirteen years old (and I really felt like one at the very moment) – mom bought for me checked shoes. Fifteen years ago I would kill for those. So I decided that a choice of a movie for the trip back to Warsaw was quite obvious. After fifteen years I watched “Hype!” again.
This noise doesn’t seem that well organized anymore. But it still makes my blood go faster through my veins. I’ve been even thinking of tearing some of my old jeans. And buying a flannel shirt. But only from a normal clothing company and not working style like those I used to wear. Now it’s supposed to be nice and womanly.
I’m just wondering if I did well to take the magic away from the myths of past. Luckily they were not that very dear to me. Sometime ago they faded away and all that is left is my incurable love for punk rock. But stoned Pearl Jam’s Eddie Vedder talking some shit in front of the camera just because the camera is standing there and he obviously feels like he has to say something will never get any chance to be called “spiritual” anymore – unless it’s a word coming from spirit as a liquor. It’s sad how easy it was to believe back then.
But sentiments aside. As I wrote in some previous post (I think I did) about the Red Lanterns (why do I just think I did? And do you really believe that I read what I write?) “Hype!” by pure chance made me fall in love with Asian cinema. I wrote it’s review to the “Film” magazine (it was sent by post not via e-mail) and I won the movie “Raise the Red Lanterns” (on the VHS not DVD). And so it happened.
And so it’s been going on until now. In two weeks I will land in Dhaka. My first time in Asia. And now as for some concrete after this long and meaningless lecture:
______________________________________________________________________
TRAVEL NECCESITIES

Bangladesh visa for a single entry -37 EUR
The closest embassy is in Hague and it’s best to order a courier service for a company because the prices are quite high. I managed to make it just 128 PLN one side plus import fee – 98 PLN.

HEP A&B vaccination – you need three doses and one costs around 155-180 PLN. It’s cheaper to take them outside Warsaw and the best and cheapest solution is to take them in Gdynia in the Centre of Tropical and Maritime Medicine.

Typhoid fever – 180 – 200 PLN, just one dose is needed. Right now they do not have this vaccination in Gdynia because for some reasons it was banned.

Plane tickets: Gdańsk – Dhaka – Gdańsk – around 3000 PLN.
Gdańsk – Dhaka – around 2000 PLN.

Insurance – I only bought the EURO26 card (and why not?!) but I must admit that it does not cover tropical diseases and many other things. Travel insurance for 2 weeks costs around 100 – 200 PLN depending on the package. Insurance for 2 months – don’t even ask. I’m taking only my card and card only.

Malaria – it’s not a good idea to take anti-malaria medicine before you go – they might have side effects even worse than a disease itself. Plus the medicines that you can get in Poland are not very modern – the newest are not imported as they are not really needed. In case of getting sick it’s better to go to local doctor and buy local medicine – it’s way more effective.


sobota, 15 września 2012

Ucieczka do kina „Wolność”/Escape to the „Freedom” cinema



Z kina zwiać się w tej chwili nie da. Można zwiać do kina. A nawet nie tyle do kina, co przede wszystkim na film – będzie nosił tytuł „azjatyckie perypetie przygłupiej masochistki”. Streszczenie i recenzja każdej pojedynczej sceny pojawi się nie gdzie indziej, jak właśnie tu.
Przez ostatni tydzień trwały celebracje. Po pierwsze przeprowadzki – mieszkamy teraz w kamienicy z sufitami na wysokości prawie czterech metrów. Dziwny wpływ ma na mnie to mieszkanie. Muzyczny. Wpływ – w sensie. Ta gigantyczna kubatura (odziedziczyłam porządne głośniki po właścicielu) pozwala na słuchanie li tylko i wyłącznie opery. Tudzież muzyki klasycznej, ale tylko tej potężnej i nie kiczowatej. Z powodu braku miejsca na kicz – odpada Wagner. Z powodu braku miejsca na wszystko, co nie jest potężne – odpada Mozart. W ogóle wszystko, co związane z językiem niemieckim chwilowo odpada, bo ten nie podoba mi się bardziej niż zazwyczaj. I to z kilku powodów. No – to nagrzałam atmosferę i sobie teraz uprzejmie zamilknę.
Drugi powód celebracji jest nieco bardziej prozaiczny. Zakończyłam pracę numer cztery. Za tydzień będę już pracowała tylko w dwóch miejscach. A za dwa i pół w ogóle pracę będę miała w nosie, żeby nie powiedzieć, że na trzy miesiące upchnę ją jeszcze głębiej w pewnych ciemnych otworach fizjologicznych. I nareszcie mam czas oddychać. I podrapać się po dupie, którą ostatnio pięknie zapuściłam – z braku ruchu i przyjemności, jaką daje gotowanie…
No… To z okazji celebracji opowiem wam, jak wyglądała rozmowa o urlopie z moją szefową, bo tego kwiatka jeszcze nie słyszeliście (no bo i jak, skoro od dwóch miesięcy nie napisałam prawie słowa? Poza tym jeszcze taki kwiatek chyba nie powstał, którego dałoby się usłyszeć, ale pierdolę dziś stylistyczną kurtuazję).
Akcja dzieje się rano. Świeci sobie słoneczko, ptaszki ćwierkają, lekki wiaterek sobie skądś dokądś popierdziela. A ja idę do szefowej.
- Pani M. sprawa jest… Ale tak mi jakoś przez gardło, no nie tego…
- Co narozrabiałaś i ile mnie to będzie kosztować?
- O ile mi wiadomo, to nie dość, że nic, to jeszcze Pani zaoszczędzi.
- To mnie zainteresowałaś… Siadaj dziecię marnotrawne.
- Bo ja to bym tak chciała… No chciałabym, chciała.. Na urlop znaczy się bym chciała.
- No to masz wpisany, w październiku. A co, spieszy ci się?
- Pośpiechu to nie ma, ale na dłużej bym chciała.
- Na dłużej to znaczy, na ile? Pół roku? Rok?
- Nie no, tylko trzy miesiące.
- No to jedź. A dokąd jedziesz?
- A no do Bangladeszu Pani M.
- To weź mnie zabierz ze sobą, co?
I tak dalej w tym tonie pogawędziłyśmy jeszcze może ze dwie minuty. Ma ktoś zajebistszą szefową? No śpiewać ptaszki wy moje. Nie, nie ma nikt lepszej. Taką to tylko ja mam. I nie zawaham się użyć…
I tak za dwa i pół tygodnia będę się za te swoje grzechy smażyć w islamskim piekle. A potem odetchnę już nieco bliżej cywilizacji. A o koncercie GB też kiedyś napiszę – pewnie, jak mi się jakiś kolejny przydarzy…
A tymczasem powracam do marnego zachwytu nad codziennością. Jadę właśnie do Gdyni. Na dworcu autobusowym młody, na oko trzydziestoletni facet rozklejał dziś ogłoszenia o tym, że niedawno dostał jakieś prochy, został po tych prochach zgwałcony, a nagranie poszło do sieci. Prosił o pomoc przy szukaniu wszystkiego, co wylądowało online. (Strach się bać?)
Z mniej przyziemnych tematów – oglądałam przed chwilą kolejny koreański dramat z mojej listy – rzecz jasna, jak to w „Artystycznym Kinie Azjatyckim” – z odpowiednią ilością „momentów”. A obok mnie siedział gość i czytał sobie o nieskończoności boga. Chrząkał tak głośno i często, że dla dobra współpasażerów zmieniłam repertuar… ot uroki transportu publicznego w dobie wszechobecnej techniki…


Right now it’s hard to escape from the cinema. It only seems possible to escape inside. Even more – to escape for  a movie which is going to be untitled “Asian story of a dumb masochist”. The shortcut and review of  each and every scene will be published nowhere else but here.
During the whole last week I’ve been celebrating. Firstly – because of the fact that we moved. Right now we live in an old building with ceiling almost four meters high. This apartment has a weird influence on me. Musical influence. This giant space (I inherited damn good speakers after the owner) allows me only to listen opera. Along with classical music but only the monumental and non-kitsch one. Because of no space for kitsch – Wagner ain’t allowed in. because of the luck of space for anything non-monumental – Mozart ain’t allowed in. Basically anything connected with la lingua alemána  is temporarily forbidden because I dislike this language more than usual. For quite a few reasons. Ok – so I heated the atmosphere up and will shut myself up in all the right moment.
The second reason for celebration is way more prosaic. I finished the job no 4. In a week I will be working only in two places at the time. And in two and a half weeks I will be forget about the fact that I have any job at all. Finally I have time to breathe. And scratch my ass (which is getting bigger and bigger again) whenever I feel like it.
So… As for celebration I will tell you guys about the conversation I had with my boss about my vacations. This story you haven’t heard yet (not that I gave you any chance with me not writing a word for almost two months).
The action takes place in the morning. The sun is shining, birds are singing, the wind is slowly blowing. And I am going to my boss.
- Mrs. M. there is something i need to talk to you about. But somehow it ain’t that very easy.
- What is it that you messed up and how much Is that going to cost me?
- For as much as I know not only it will not cost you a cent but also you might be able to save up.
- You have my full attention. Take a seat kiddo.
- Because I wish… Oh I wish, I wish… I wish I could go for vacations.
- And if I remember well you have vacations planned for October. Or maybe you are in a hurry?
- No, there is no hurry. But a need for some more time exists.
- More time meaning what? Half a year? A year?
- Oh no, I wouldn’t dare… Just three months.
- Ok. So go. But where are u gong?
- To Bangladesh Mrs. M.
- So take me with you dear. Will you?
And so we continued for another minute of two. So does any of you have a more fucking fabulous boss? Tell me sweethearts. No. None of you have a better boss. Only I have one. And will not be afraid to use this fact…
And so in two and a half weeks I will be burning in Islamic hell for my sins. And then will have time to catch some air somewhere closer to the civilization. And about GB concert I will also write one – probably after the next one I will go to.
And in the meantime I shall get back to doubtful enjoying of the reality. I am on the bus to Gdynia. At the station a young guy was hanging posters saying that he was given some medicaments, raped and recorded. The tape naturally went online. He was asking for help in finding all published materials.
From slightly lighter topics – a moment ago I was watching another Korean drama from my list – with (as it has to be in “Artistic Asian Cinematography) a right amount of sex scenes. And next to me was seating a guy reading about the Infinity of God. He was meaningfully “coughing” so often and loud that I had to change the movie. Just a “taste” of public transport in the era of surrounding technique… 


sobota, 18 sierpnia 2012

Powoli/Slowly


Obiecywałam wiele postów. Między innymi o koncercie Gogol Bordello. Ale cóż... Życie leci. Nadal pracuję w czterech miejscach, zakładam działalność gospodarczą, muszę się zaszczepić i takie tam... Ale Mama mnie odwiedziła! Razem z moją Ciocią świetnie spędziłyśmy czas.
A tymczasem - wizy wreszcie dotarły do nas z powrotem. Trochę to kosztowało - nerwów i pieniędzy. Sama wiza - 37 euro od łebka. Plus jeszcze kurier do Hagi i z powrotem, bo nie ma żadnej bliższej placówki dyplomatycznej Bangladeszu. Od razu zaznaczam - bardziej opłaca się zamówić kuriera na firmę.
Co do samego wyjazdu - zastanawiam się, czy jeszcze wciąż się z niego cieszę. Dziś nastrój mam doskonały - kupiłam "psiwór", softshell (żeglarski rzecz jasna, hehe...) i bardzo fajny w dotyku polar. Przepuściłam kupę kasy i jest mi lepiej.
Ale poza tym... Z S. właściwie od miesięcy nie mam o czym rozmawiać, poza tym wszystkie ustalenia zostały przekreślone i zastanawiam się, czy w ogóle będę w stanie się z nim porozumieć... Najwyżej zwieję i będę mieszkać na plaży w okolicach Chittagong...
W wolnych chwilach oglądam po kawałku "Whores' Glory". To jest nieźle zrobiony dokument. Ale wynika z niego, że nawet dziwki z Dhaki są najsmutniejszymi kobietami na Ziemi. Jeśli Bangladesz jest w czymś "naj" to chyba właśnie w smutku.
Póki co - na "pocieszenie", wrzucam Wam jedyny przebój radiowy, który powoduje, że się czasem uśmiecham. Shakira na zdrowie!


I promised a lot of posts. Like for example about the Gogol Bordello concert. But well... C'est la vie... I still work at four places, I start my own businessm I need vaccination and so on... But my Mom visited! Togheter with my aunt we spent a great time.
And in the meantime - we finally got our visas! It did cost a bit - of nerves and money. Visa itself - 37 euros per person. Plus courier to and back from Hague. There is no diplomatic consular office of Bangladesh closer. If you want an advise - it's cheaper to order the courier for the company.
When it comes to the trip... I'm kind of wondering if I'm still happy to go. Today I'm cheerful - I bought a sleeping bag and softshell and a warm blouse nice in touch. I spent a lot of money and I feel better.
But besides that... For months I have had nothing to talk about with S. All agreement broken and I don't even know if we will be able to communicate. If it comes to worst - I'll just run away and sleep at the beach near Chittagong...
In free moments I'm watching "Whores' Glory". It's a well done documentary. But it showa that even Dhaka's whores are the most sad women on the planet. Seems that if Bangladesh is "the most" in something than it's sadness.
In the meantime - "for cheering up" I post the only song played in radio which sometimes makes me smile. Shakira na zdrowie!




czwartek, 19 lipca 2012

Tygrys/Tiger

Stało się.
Gdańsk - Dhaka - Singapur - Hong Kong
Bilety już mam.
Mam zaproszenie od S.
Nie mam jeszcze wizy i szczepień, ale to kwestia czasu.
Muszę jeszcze tylko:
przeżyć 2,5 miesiąca w czterech miejscach pracy, założyć działalność gospodarczą, nie nawalić, nie puścić kasy z dymem i...
Azja będzie moja.
Tytuł posta łączy w sobie bengalskiego tygrysa i Tiger Airways.


So it happened.
Gdańsk - Dhaka - Singapore - Hong Kong
I've got the tickets.
And invitation from S.
I have no visa and vaccinations but it's just a matter of time.
I just need to:
survive 2,5 moths in 4 work places, start my own business, not to screw up and do not to burn down my money and...
Asia will be mine.
The title of the post refers to the bengali tiger and Tiger Airways.

sobota, 14 lipca 2012

Travinger

Pracuję już w czterech miejscach. Powoli tracę rachubę czasu i zaczynam się gubić. Momentami nie wiem już jak się nazywam. Nie wińcie mnie więc za z rzadka dodawane posty. Ani za to, że zapomniałam wspomnieć o tym, że trzeci numer Travingera jest już online!
A w nim - tak będę się chwalić - druga część wywiadu, który przeprowadziłam w Hawanie z Yoani Sanchez! Najważniejsza postać kubańskiej opozycji, laureatka wszystkich możliwych konkursów blogerskich i dziennikarskich oraz jedna ze stu najbardziej wpływowych osób na  świecie według tygodnika"Times", jedyna blogerka, która przeprowadziła wywiad z Barackiem Obamą zaprosiła mnie i Kasię do swojego domu - teraz możecie o tym przeczytać. Minęło sporo czasu, zanim udało mi się ten wywiad opublikować, ale czekałam na właściwe miejsce i właściwy czas. Powstanie Travingera to był idealny moment.
Z moich tekstów możecie też przeczytać - kolejną edycję "Palcem po mapie" oraz dwie recenzje - relację mężczyzny ocalałego z katastrofy morskiej, czyli "Rozbitka" Steven Callahana oraz o wiele lżejszej pozycji, czyli "Tysiąca szklanek herbaty" Roberta Maciąga będącej zapisem rowerowej wyprawy po Azji.
A w kolejnym numerze... Wywiad z moim ulubionym basistą z najwspanialszej na świecie kapeli grającej cygańskiego punka "Gogol Bordello" - Thomasem "Tommy T" Gobeną. Tak tak, to oni grali na Heineken Open'er i sprawili, że znów poczułam się, jakbym miała 16 lat - o czym w kolejnym poście...
Póki co - zapraszam przede wszystkim do lektury wywiadu z Yoani Sanchez - enjoy!

I work at four places. I start loosing the control over time and things that are going on. At momoents I do not know what my name is. So please do not blame me for rare blogging. And that I have forgotten to mention that the 3rd number of Travinger is already online!
And there - yes I am going to boast about myself - is the second part of my interview with Yoani Sanchez that  I made in Havana! The central person of Cuban opposition, prizewinner of all possible blog and journalizst contests and one of the 100 most influencial people on our planet - according to "Time" magazine and the only blogger who interviewed Barack Obama invited Kasia and me to her house and now you can read about it. It's been a while until I could publish it but I've been waiting for the right place and time. Creating the "Travinger" magazine seems a perfect momentum.
From other texts by me - you can read another edition of "Finger's travel on the map" and two reviews  - one of the relation of a maritime catastrophy survivor (Steve Callahan's "Lost at sea") and a much lighter "1000 glasses of tea" by Robert Maciąg about biking around Asia.
And in upcoming issue... An interview with my favourite bass player of the best gypsy punk band in the world "Gogol Bordello" - Thomas "Tommy T" Gobena. Yes yes - it was them who played on the Heineken Open'er festival and made me feel 16 again.... About which I am gonna write in another post.
For now - the interview with Yoani Sanchez - enjoy!

wtorek, 3 lipca 2012

Pretty Woman


Moje życie – cały ten burdel. I w środku ja. Wciąż z patosem powtarzająca deklarację osobistej niezależności. Wieczna ofiara socjopatycznych męskich dziwek.
Biegam ulicami Warszawy – bo albo zapierdalam do celu, albo po prostu sunę swoim tempem. A mam 1,82 m wzrostu. I dobrze ponad metr nóg. To więcej niż większość ludzi. Więcej niż pierdolona Pretty Woman.
Pamiętacie scenę w wannie? Też tak kiedyś usiadłam w wannie z nogami wokół śniadego przystojniaka. Owinęłam te swoje wszystkiego razem dwa metry dwadzieścia wokół niego i mówię:
- Nawet Julia Roberts by ci tak dobrze nie zrobiła, wiesz?
- Czy to oznacza, że teraz będę musiał Ci płacić?
Teraz to on chce, żeby mu dziewczyny płaciły. Jeśli jeszcze nie europejską walutą, to przynajmniej uległością i uwagą. I wciąż pamięta moje dwa metry dwadzieścia wokół jego drobnej talii.

Biegnę znowu ulicą, nie do niego, raczej od niego. W upale z mokrego nosa wciąż zjeżdżają mi okulary. Nerwowym ruchem podciągam je do góry. Uciekam. Od rachunków, od faktur, dokumentów, mężczyzn, którzy mają skórę tak jasną, że widać na niej każde obtarcie, każdego pryszcza. Od moich dwudziestu siedmiu lat, coraz bliżej do urodzin. Tracę na wartości z każdym miesiącem.
Wkurwiają mnie ludzie, którzy idą wolnym krokiem. Narzekają na upał, wachlują się wszystkim – od kartek, ulotek, przez gazety po chińskie wachlarze, pięć złotych za sztukę, na ulicznych straganach drożej. Wymijam ich wywrzaskując swoje „przepraszam” tonem mówiącym „spierdalaj z drogi, bo cię zamknę w saunie wstrętny pokurczu”. Bozia dłuższych nóżek nie dała. Może dała co innego – kasę, szczęście, urodę, ja mam tylko swoje długie nogi i zamierzam zrobić z nich pożytek.

Jutro będę udawała nastolatkę. W Trójmieście podobno jest ledwie kilkanaście stopni, ale i tak założę swoją kusą czerwoną mini, tak obcisłą, że należałoby ją nosić bez majtek, żeby nie odznaczały się grubą linią na tyłku. Albo niech się odznaczają, niech patrzą. Oprócz długich nóg mam jeszcze niezły tyłek.
Z tysiącami w błocie będę wrzeszczeć pod sceną. Nie zawaham się zapiszczeć. Kolejnego dnia muszę odebrać wizytówki – w piątek mam prezentację w Koszalinie, koniec beztroski. Rzeczywistość narzuconej metryką dorosłości.
Dziś w autokarze obejrzę film. Jeszcze nie wiem jaki. Nawpieprzam się chrupek z czekoladą, żeby jutro płakać, że mi brzuszek lekko wystaje. Pogapię na paznokcie u stóp wymalowane ni to czerwonym, ni to różowym lakierem. Obok siedzą chyba Czesi, rozumiem pojedyncze słowa, ale nie całość, ciężko ich ignorować, wbijają się w świadomość co kilkadziesiąt sekund – czas ich zagłuszyć ścieżką dźwiękową z „Hype!” – ściągnęłam ją sobie po ostatnim poście.
Przejeżdżamy koło ulicy na której pracuję. Męczcie się! Ja pomęczę się za was w przyszłym tygodniu. Ale dzisiaj już cisza. Pretty Woman spuszczona ze smyczy. Dwa metry dwadzieścia gotowe do zagospodarowania.


My life – all this mess. And me inside Constantly and bombastically repeating my declaration of self independence. Constant victim of sociopathic male whores.
I run the streets of Warsaw – either loping to the goal or just pounding In my own rhythm. And I’m 1,82 m tall. And I have well over one meter long legs. It’s more than most of the people. More than a fucking Pretty Woman.
Do you remember the scene in the tub? I also sat like that once with my legs wrapped around a dark handsome guy. I wrapped those all together two meters twenty around him and said:
-          'Even Julia Robert wouldn’t do you that good.'
-         ' Does it mean that I have to pay you now?'
Now he wants to be paid by other girls. If not in an European currency than in submission and care. And he still remembers my two meters and twenty wrapped around his skinny waist.

I run through the street again not to him but rather away from him. In the heat my glasses are drawing of my wet nose. With a nervous gesture I put them back. I run away. Away from invoices, bills, documents and men with skin so pale that every tiny sore or spot is visible. Away from my twenty seven years – birthday is coming closer and closer. I lose my value with each month.
People piss me off – those who walk slowly. They complain about the heat and fan themselves with anything they can find – from pieces of paper, leaflets trough papers to Chinese fans five zloty a piece and on street markets more. I pass by them screaming my “excuse me” as if I was saying “get the fuck out of my way you damned runt or I’m gonna put your guts in the sauna”. God didn’t give you long legs but maybe it gave you something else – money, happiness, beauty – I have only my long legs and I’m gonna use them.

Tomorrow I will pretend to be a teenager. In Gdynia it’s Just sixteen degrees but I will wear my short red dress anyway – so tight that it should be worn without any panties so that they would not be visible underneath. Or maybe I shall let them be visible – let people watch. Apart from long legs I also have a nice ass.
With thousands I will be screaming in the mud under the stage. I will even squeak. And the next day I need to pick up my brand new name cards – on Friday I have a presentation in Koszalin, the end of carelessness. The reality dictated by the year of birth.
Today on the bus I’m gonna watch a movie. I don’t know which one yet. I’ll eat crisps with chocolate and cry tomorrow that my belly is visible. I will stare at my toes nails painted in some colour between pink and red. Check guys are sitting next to me. I understand singular words but not all . it’s hard to ignore them – they make their way into consciousness every twenty seconds – it’s high time to roar them down with the “Hype!” soundtrack that I downloaded after my last post.
We pass by the street I work on. Suffer guys! Next week I will suffer for you. But today – just silence. Pretty Woman on the loose. Two meters twenty ready to be used. 

wtorek, 26 czerwca 2012

Zawieście czerwone latarnie/Raise The Red Lanterns



„Zawieście czerwone latarnie” to historia kobiety powoli popadającej w obłęd. Dzień po dniu tracącej zmysły. Najmłodsza, czwarta  żona dojrzałego zamożnego mężczyzny wariuje z samotności w wielkim domu wypełnionym niechętnymi jej ludźmi. Nie może jej pomóc nawet najstarszy syn męża, który na jej nieszczęście jest gejem.
Młodej kobiecie brak jest uwagi, seksu – wszystkiego tego, czego potrzeba ludzkiej istocie do życia w momencie, gdy zapewnione ma konieczne do biologicznego przetrwania minimum. Chociaż jeśli wziąć pod uwagę piramidę potrzeb Masłowa, to seks wciąż należy do najniższego, podstawowego poziomu, czyli poziomu biologicznego przetrwania właśnie.
Ale przecież nie o potrzebach miało być. Te muszą zaspokoić się same.
Film pod tym tytułem, w reżyserii Yimou Zhanga widziałam wiele lat temu, jeszcze jako uczennica szkoły podstawowej – miałam chyba 13, może 14 lat. Był nagrodą od miesięcznika „Film”. Wtedy jeszcze można było pocztą przysyła do redakcji recenzje filmów i te najlepsze ukazywały się drukiem na ostatnich stronach magazynu. „Zawieście czerwone latarnie” dostałam w nagrodę za recenzję dokumentu „Hype – Zadyma” o fenomenie ruchu grunge’owego w USA.
Sama nie wiedziałam wtedy z czego bardziej się cieszę – z tego, że oto po raz pierwszy w moim bardzo krótkim jeszcze wtedy życiu, mój własny tekst ukazał się drukiem, czy z tego, że właśnie ten film na kasecie VHS dostałam w nagrodę (ach te piękne czasy, gdy magnetowid w domu jeszcze działał i dało się go podłączyć do telewizora). Wrażenie było olbrzymie. I chociaż nie byłabym w stanie powtórzyć choćby zarysu fabuły, gdyby nie przypadek z zeszłego tygodnia, to jednak do dziś wspominam go jako jeden z najważniejszych filmów, które widziałam. Przez wiele lat wymieniałam go jako mój absolutnie ulubiony. To przez ten film pierwszy raz zainteresowałam się kinem azjatyckim i później, podążając za reżyserami tzw. „chińskiej piątej generacji”, dotarłam do dzieł Wong Kar Waia.


W zeszłym tygodniu, czy może dwa tygodnie temu, albo może jeszcze wcześniej, przechodziłam koło składu tanich książek. Akurat skończyłam pozycję wypożyczoną z biblioteki, więc postanowiłam za sumę nie przekraczającą ośmiu złotych kupić coś na dalszą drogę – dzięki przebudowom w centrum Warszawy, czekało mnie dobre pół godziny stania w korku w dusznym autobusie. Wydałam dziewięć złotych. A w korku stałam czterdzieści minut. A kupiłam zbiór opowiadań Su Tonga, zatytułowany „Zawieście czerwone latarnie…”
Zabawne, jaka jest symbolika czerwonych latarni w Europie i w Chinach. Na kontynencie, z niewiadomych przyczyn zwanym starym, ich symbolika jest oczywista. Fakt, że w Polsce rzadkie są ogólnie wszystkim znane i „oznakowane” dzielnice czerwonych latarni wynika prawdopodobnie tylko z faktu, że przeszliśmy 50 lat w teorii bardzo pruderyjnej historii. W Chinach natomiast, choć odpowiednie dzielnice są dość powszechne – same czerwone latarnie znaczą coś o wiele innego  - są symbolem szczęścia i wieszane są, poza Nowym Rokiem, również z okazji zaślubin. Ale czy od tradycyjnego małżeństwa do prostytucji droga jest rzeczywiście aż taka daleka?
Niemniej jednak, czerwone latarnie zawisły w Warszawie. Oczywiście w Łazienkach. I będą wisiały już tylko do soboty, co oznacza, że jeśli się w tym tygodniu nie zbiorę chociaż raz wieczorem (w tzw. międzyczasie najlepiej) to już ich świecących nie ujrzę…
WIĘCEJ ZDJĘĆ


„Raise The Red Lanterns” is a story of a woman slowly turning mad. Day after day she loses her senses. The youngest, fourth wife of a rich old man is going crazy because of solitude in a huge house full of malevolent people. No one can help her – even the oldest son of her husband who unfortunately for her turns out to be gay.
Young woman lacks attention and sex – everything that is needed by a human being at the moment when all basic biological needs are taken care of. Though if we take into consideration the Maslov’s pyramid of human needs – sex still is one the most basic needs.
Still – not about Leeds it was supposed to be. These have to take care of themselves.
I saw the movie “Raise The Red Lanterns” directed by Yimou Zhang many years ago when I was still a primary school student. I was 13, maybe 14 years old. It was a prize from the magazine “Film”. Back then it was common for readers to send the reviews written by them to the redaction via post – and those best were chosen and published at last pages every month. “Raise The Red lanterns” was a prize for my review of the documentary “Hype!” about the phenomenon of grunge in USA.
Back then I wasn’t to decide which made me more happy – the fact that for the first time in my back then still very short life I had my own text published or that the prize was this particular movie on the VHS tape (good old time when the VHS player could still be plugged to the TV and it all worked). The impression was huge. And although if it wasn’t for some event from a week or two before – I wouldn’t be able to repeat even main pints of the story, I still call this movie one of the most important that I’ve ever seen. For many years I was listing it at the very top of my absolutely favorites. It’s because of this movie that I started being crazy about Asian cinema and later on, following the releases of the directors from the so-called “Chinese Fifth Generation”, I discovered Wong Kar Wai.


Approximately a week ago or maybe even earlier I was passing by a store with cheap books. A moment or two before I had just finished a book I borrowed from the library so I decided to spend no more than 8 PLN on something for the rest of my way – and thanks to the repair works in the canter of Warsaw I was facing another half an hour on the bus. I spent 9 PLN and stand in the traffic jam for 40 minutes. And I bought the collection of short stories by Su Tong entitled of course “Raise The Red Lanterns”…
Funny how the symbolism of red lanterns is different In Europe and China. At the continent called for no obvious reason “old continent” their meaning is wildly known. The fact that Poland rather does not have common and labeled red lantern districts is just a result of our 50 years long, officially prudish history. In China however – although these districts are rather popular – red lanterns themselves have completely different meaning. They’re a symbol of happiness and are raised for both – New Year and weddings. But is the difference between the traditional marriage and prostitution really so big?
Nevertheless red lanterns were raised in Warsaw. In Łazienki naturally. And they will hung there only until Saturday which means that if I do not find a free evening this week (best would be in the so-called meantime) – I will never see them shine…
MORE PICTURES