poniedziałek, 25 lipca 2011

SOPOCKI WONG KAR WAI / Wong Kar Wai from Sopot























Przepis na genialne wakacje, gdy dzień w dzień chodzi się do pracy? Pięć dni w Sopocie, niedaleko od plaży. W przestronnym mieszkaniu na malowniczym poddaszu. Z koleżanką, do której ma się zaufanie i która dobrze gotuje. Z dwoma białymi kotami, które zostawiają wszędzie tyle sierści, że problem „jak ja będę wyglądać” przestaje istnieć, bo odpowiedź jest tylko jedna – „jak przerośnięty kot”.
Z tańcami co drugi dzień i spacerami na plażę. Z kąpielami w morzu – za dnia i pilnowaniem kąpiących się w nocy (wersja oficjalna – „bo głowę właśnie umyłam”, wersja prawdziwa, choć nie ma się czym chwalić – „bo mi się policjant włączył i prędzej się zesram, niż pozwolę, żebyście mi się po nocy taplały bez obstawy z lądu!”).
Przez tych pięć dni obejrzałam trzy filmy Wong Kar Waia (a może Kar Wai Wonga – cholera wie, co imieniem jest, co nazwiskiem…): „Chungking Express” – po raz tysiąc pięćset pięćdziesiąty ósmy, „Happy Together” i „Days of being Wild” – po raz pierwszy. Obrazy z kamery Chrostophera Doyle’a potrafią wryć się w mózg jak stare hity, które brzmią w tych filmach – „Happy Together” i „California Dreaming”. Jak muzyka Michela Galasso i tanga Astora Piazzoli. Wszystko do kupy wyrywa człowieka z realności. I wyrzuca do równoległego wszechświata, w którym cztery wymiary to śmiesznie mało (jak myślicie, że ściemniam, to przeczytajcie „Wielki projekt” Hawkinga!).
Sam Sopot ma urok już tylko na obrzeżach. Na podwórku bloku, gdzie mieszkałam jako dziecko. Za niebieskim drzewem, które pomalowali już po naszej wyprowadzce. W górnej części miasta, dokąd nowość nie dotarła. Monciak jak zawsze, zapchany ludźmi, tylko ci ludzie są jak Monciak – po renowacji. Spod diamentowej igły. Wszyscy kosztowni i tak samo skrojeni. W klubach taka sama muzyka – elektryczny tartak wymieszany z lekcją gimnastyki. I tylko w Papryce, choć rytm równie monotonny było takie sobie jedno małe pomieszczenie, w którym były lampy jak z „In the mood for love”… Rekompensata.



















































The recipe for fabulous vacations when you go to work on daily basis? Five days in Sopot, walking distance from the beach. In the spacious apartment on the picturesque attic. With a friend you trust and who cooks well. With two white cats which so much fur all over the place that the question “how the hell will I look like” does not exist cause there is only one answer – “like a huge cat”.
With dancing every second day and walks to the beach. With swimming in the sea during the day and watching the swimmers during the night (official version – “cause I’ve jus washed my hair”, the unofficial and not the one to be proud of – “cause I am a little policeman and sooner I will shit my pants than let you swim like that at night!”).
During those five days I watched three Wong Kar Wai movies (or maybe it is Kar Wai Wong – who the hell knows which is the name and which is the surname): “Chungking Express” – for 1558th time and “Happy Together” along with Days of being wild” – for the first time. The pictures from Christopher Doyle camera stay in your mind same as old songs that you can hear in those movies – “Happy togheter” or “California Dreaming”. As the music of Michael Galasso and tangos by Astor Piazzola. Al together it pulls you out of reality. And throws you in the parallel universe where four dimensions are not enough (if you don’t believe me, read “The Great Project” by Hawking!).
Sopot itself is still nice only in suburbs. On the yard of the block I used to live in as a kid. Behind the blue tree that was painted after we moved out. In the upper part of town, which “new” hasn’t reached yet. Monte Cassino street is packed with people as always but those people are like this renewed street. From under the diamond needle. All expensive and identically sewed. There is the same music in every club – mixture of electrical sawmill and aerobic music. And only in “Paprika” though with same dull music there was this little room with lamps like from “In the mood for love”…. Compensation.

czwartek, 16 czerwca 2011

Księżyc/moon
























Przegapiłam zaćmienie. Nie było go widać z mojego okna. A nie bardzo mogłam wyjść. Za to po północy wychyliłam się z okna, żeby zapalić papierosa. W czasie, gdy paliłam, księżyc wyłonił się zza dachu sąsiedniego budynku. I odsunął od niego na jakieś pięć centymetrów z mojej perspektywy. Po raz pierwszy poczułam, że ziemia się kręci. Namacalnie. Pierdolić zaćmienie. To był najbardziej niesamowity widok, jaki mogłam dziś ujrzeć.
Widziałam wcześniej gwiazdy wędrujące po niebie. Ale to było na oceanie. Nie było tak realnego punktu odniesienia. Zakręciło mi się w głowie…

I missed the lunar eclipse. I couldn’t see it from my window. And I couldn’t really go out. But few minutes after midnight I hang out from my window to have a smoke. While I was having my cigarette, the moon showed up from behind the roof of the next building. And moved about five centimeters from my perspective. It was the first time in my life that I felt how the earth is moving. I could almost touch it. Fuck the eclipse. It was the most amazing view I could see today.
I saw before the stars running through he sky. But that was at the ocean. There was no such obvious reference. It turned my world upside down…

środa, 1 czerwca 2011

Przypomnienie/Reminding

Widzę, że się inaczej nie da, musi być osobny post, chociaż to będą dwa zdania.
Przyciski na dole. Pod każdym postem. Jak zaglądacie, to naciskajcie proszę ;P

Ican see that it can't be done otherwise - I have to make a seperate post about it, though there are going to be just two sentences. The buttons. Under every post. If you read, please klick ;P

niedziela, 29 maja 2011

Wrocław






















Nadszedł ten paskudny czas dla każdego studenta – nagromadzenie zaliczeń i projektów tuż przed sesją i jeszcze wisząca na głowie magisterka, czy, jak ją nazywam „nagisterka”. Brak czasu i woli, żeby pisać. Dlatego zamiast pisać, powstawiam dzisiaj troszkę zdjęć.
We Wrocławiu byłam dzień przed świętami wielkanocnymi, zaledwie przez trzy godziny. W oczekiwaniu na PKS wzięłam walizkę i ruszyłam do centrum. Daleko nie zaszłam, ale zdążyłam komórką zrobić kilka zdjęć.
Miasto było mocno opustoszałe, ludzi można było spotkać tylko na największych skrzyżowaniach. Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy było spore zderzenie osób dzierżących „Gazetę Polską”. Kiepski widok. Natomiast gdy usiadłam na ławce w miniparku, byłam mimowolną słuchaczką wykładu, który na oko pięćdziesięcioletnia kobieta z zakładu oczyszczania miasta wygłaszała przed audytorium złożonym z bezdomnych i jednego niepełnosprawnego. O tym, jakim złem jest Unia Europejska, bo to przez Unię jej wnuczka będzie musiała płacić za studia…























Zanim zakończę ten króciutki post, chciałam zwrócić Waszą uwaghę na fakt, że u doły strony już jakiś czas temu dodałam przyciski umożliwiające ocenianie poszczególnych wpisów – zachęcam do skorzystania.

A album z kilkoma dodatkowymi zdjęciami z Wrocławia znajdziecie tu.






















And here came this terrible time for each and etery student – with huge numbers of exams and projects – even worse than examination session itself. Plus the master thesis waiting for me to write it. So I have no time or will to write. Because of that I decided to post few pictures with just a little comment.
In Wroclaw I was just a day before Eastern and just for three hours. While waiting for a bus I took a suitcase and went to the center. I didn’t get far but I had a chance to take a few pictures with my phone.
The city was empty – I could see the people only at the busiest streets. The first thing that caught my eye was a big number of people holding “Gazeta Polska” (extremely right wing publication). Poor view. When I sat down on the bench in the little park I had no choice but to listen to the lecture given by a lady from the cleaning company to a group of homeless people. She was talking about European Union and what an evil it is. She claimed that because of EU her grand daughter will have to pay her studies…






















Before I finish this short post I would like to drive your attention to the buttons I added some time ago. Thanks to them you can give me your opinion on my posts and I encourage you to use them.

Album with few additional pics you can find here.

środa, 4 maja 2011

Kosmiczny Szczecin / Cosmic Szczecin
























Zaczyna się zanim wsiądziemy do pociągu – mam nagraną bardzo energetyczną składankę muzyczną i w wesołym rytmie piszę do Kasi mieszkającej w Szczecinie - dzięki jej gościnności mogę chwilę później odwołać rezerwację, którą mamy w schronisku młodzieżowym na pierwszą noc.
Wsiadamy z Adą do przedziału, a za nami chłopak z wielkim plecakiem – po chwili siada, otwiera laptopa i puszcza jakąś elektroniczną łupankę.
- Chyba nie będzie przeszkadzać?
Łup, łup, didżej tiesto, łup, łup. W Bożympolu Wielkim przesiadka na PKS do Lęborka w związku z naprawą torów po niedawnym wypadku. Koniec łupanki.
Pod dworcem stoją trzy autobusy – ostatni piętrowy, więc naturalnie właśnie do niego się kieruję, ale Ada coś nie dowierza, że nas do niego wpuszczą, więc staje w kolejce do drugiego – przegubowca. I oczywiście ma rację – na szczęście w końcu udaje mi się do niej dopchać. Dwa siedzenia za nami siedzi chłopak z przedziału – spotkał kolegę i teraz nadaje. Kolega najwyraźniej chce lecieć do Indii, ale „nasz” ma lepszy plan – uzbierał cztery tysiące złotych, chce kupić jacht, opłynąć Afrykę i dopłynąć do Indii. Parskam śmiechem.
- To jak, kupi Kadeta i będzie się pchał pod pięć węzłów prądu Agulhas?
Ruszamy i słychać tylko, że chłopak nadaje dalej, ale już nie słychać co.
- Jak będzie wysiadał, to muszę go zapytać, jak on ma zamiar to zrobić.
Nie spytałam. W Lęborku zauważam, że na samym końcu jest wagon pierwszej klasy przerobiony na dwójkę. Lecimy więc z Adą na koniec. Przechodzimy wagon w poszukiwaniu wolnego przedziału, gdy nagle zza pleców słyszę:
- Dziewczyny, chodźcie tu, jest wolne miejsce.
- To który z panów zamierza opłynąć Afrykę dookoła i dopłynąć do Indii – pytam i popełniam jednocześnie największy błąd tej podróży. Od momentu odpowiedzi chłopak nie zamyka ust aż do Szczecina. Po drodze dowiadujemy się więc, że pływał w tym samym klubie, co my, później pracował na jachtach na Lazurowym Wybrzeżu, że musi zdążyć na samolot do Portugalii. Że przez cztery lata poszukiwał odpowiedzi na jakieś swoje duchowe pytania – w buddyzmie i hinduizmie, ale tak naprawdę, to odczuwa powołanie i jak już zaliczy dużo Azjatek i Murzynek, to będzie głosił Ewangelię – jak dożyje – to nawet w kosmosie. Ze chciałby, aby jego mama już umarła, bo ma nadzieję na spadek (rozmawiał o tym z księdzem). Że ostatnio pracował przy zbiorze winogron we Francji (chociaż ponoć w tym samym czasie mieszkał na skłocie w Atenach), że jara dużo trawy i czyta książki Science Fiction, chociaż woli grać na komputerze. No i że był w psychiatryku. To ostatnie nie zaskakuje.
Gdy okazuje się, że ma spać w tym samym schronisku, od którego wybawiła nas Kasia, mam ochotę po raz pierwszy w życiu zmówić modlitwę dziękczynną do jakiegokolwiek bóstwa, które nad nami w tym momencie czuwało.
Wieczór u Kasi jest podwójnie cudowny.






















Pierwszego wstajemy dość późno. Przenosimy się do schroniska, ponoć młodzieżowego – średnia wieku w pokoju 50+. Panie nas sprawdzają – czy będą mogły zostawić otwarte okno na noc, czy nam nie przeszkadza, że przeniosły nasze rzeczy, bo zostawiłyśmy je w miejscu, w którym one rzeczy nie stawiają, gdzie się wybieramy – czy oglądać beatyfikację. Na stoliku leży „Poradnik ksenofoba – Francuzi”. Decydujemy się na przenosiny do dwójki – dopłata niewielka, ale nie będziemy musiały wracać o 23ej do pokoju przesłuchań.
Zamiast pochodu pierwszomajowego na Szczecińskich Błoniach „impreza” z okazji beatyfikacji – uciekamy do centrum. I czujemy się jak w mieście po wybuchu bomby atomowej – ulice są wyludnione, czasem przejeżdża tylko prawie pusty autobus lub tramwaj. Po dłuższej chwili spotykamy w końcu kobietę, która kieruje nas do Galaxy:
- Pójdą panie wzdłuż torów i dojdą prościutko.
Tory urywają się po pierwszym zakręcie – rozkopana ulica wygląda jak po bombardowaniu.






















Reszta pobytu to spotkania z naszymi fantastycznymi znajomymi i szukanie po mieście doskonałych graffiti (zapraszam do albumu "Urban Art").
W poniedziałek rano spotykamy się z Gosią – dziewczyną, którą poznałam w Lizbonie (post z 27 listopada 2010). Gosia przychodzi ze swoją uroczą córeczką – Rozalką (bardzo żałuję, że nie zrobiłam dziewczynom zdjęć, ale mam nadzieję, że będzie wkrótce okazja). Gosia daje rezolutnej dziewczynce pieniądze, żeby ta mogła sama sobie wybrać, co chce zjeść. Rozalka wraca po kilku minutach z zestawem z zabawką.
- Córcia, ale skąd ty to masz? Ja ci nie dałam aż tylu pieniążków.
- Jakaś pani mi dopłaciła.
Gosia oblewa się rumieńcem, a Ada i ja parskamy śmiechem – widać, że młoda poradzi sobie w życiu, po prostu nie da się jej nie lubić.
- Ale która to pani? Oddamy jej pieniążki – drąży Gosia.
- Oj mamo, nie pamiętam – Rozalka już biegnie po sztućce i keczup.
Zgodnie z Adą stwierdzamy, że jak nie lubimy dzieci, tak Rozalka już nas uwiodła.
A ja obiecuję jedynie już nigdy nie rozmawiać w pociągu z nieznajomymi…























The story had started even before we got on the train. I had prepared a very energetic playlist and wrote to my friend Kasia who lives in Szczecin in a very good mood. Thanks to her hospitality we could resign from the reservation in the youth hostel that we had made for this day.
We packed ourselves to the compartment and some guy with a huge backpack joined us a moment later. He opened a laptop and started playing some electronic shit. ‘I don’t think that would disturb’ – he said.
Thud, thud, dj Tiesto, thud, thud.
In Bożepole Wielkie we had to move to the bus to Lębork – the railroad was under reconstruction after the crash that took place a couple of days before. Thud, thud was over.
There were three buses for passengers – the last one had the upper deck – so naturally I wanted to pick the one. Luckily Ada did not believe that they would open it for us and stayed in the queue for the second one. After a longer while I managed to join her. Two seats behind us was the guy from the compartment – he had met a friend and now was talking to him loudly. It seemed that “a friend” wanted to fly to India but “our guy” had a better plan – he wanted to sail around Africa and then reach India. ‘He’s gonna buy a Cadett and sail against five knots of Agulhas current’ – I burst out laughing.
Then the bus started and I couldn’t hear what he was saying anymore. ‘When he’ll be getting out I’m gonna ask him how the hell he wants to do that’ – I told Ada.
But I didn’t ask – in Lębork I noticed that the last vagon was the first class one but going as a second class. So we harried to the end. While we were looking for a free compartment I heard from behind my back ‘Come here girls, there are enough seats’.
‘So who wants to sail around Africa to India?’ – I asked. And the question occurred to be my biggest mistake during the whole trip – since the guy started answering he did not shut up until we reached Szczecin. On the way he informed us that he used to sail in the same club as us and then worked on some yachts in France, and that he needs to catch a plane to Portugal. And that he was looking for an answer to some spiritual concerns – in Buddhism and Hinduism but actually he feels that he should be a priest so after he will have sex with all the Asian and African girls he will be teaching gospels – even in the space if he is to live long enough. And that he wants to see his mother dead soon because he counts on the inheritance (but it’s not a problem – he talked to a priest about it). And that lately he’s been working in France collecting grapes (though at the same time he was supposed to live in the squat in Athens), that he smokes a lot of dope and reads Science Fiction books, though he prefers computer games. And that he had spent some time in a psychiatric hospital. This last part was not really surprising. When it occurred that he wanted to spend the night in the same hostel that we used to have a booking at – I was – for the first time in my life – ready to pray out of gratefulness to any god that was taking care of us at the moment when Kasia offered us her place. And the evening at hers’ was double fantastic.






















On the first of May we got up pretty late and moved to the “youth” hostel. The average of age in our room was 50+. And ladies started checking up on us – if we would mind sleeping with the open window, if we’re OK with the fact that they moved our stuff because we left it in the place when they never do and so on. On the table we saw “Handbook of a xenophobe – Frenchmen”. We decided to move to the double room – we did not want to come back at 11 p.m. to the “hearing room”.
Instead of 1st May parade there was transmission from beatification on Błonia so we escaped to the center. The city felt like after atomic war – streets were empty and only an empty bus or tram passed by from time to time. After a longer while we managed to find a lady who we asked for directions. ‘Just follow the tram tracks and you will get to Galaxy’ – she said. But the trucks ended after the first bend – the street was under repair but looked like after the bombing.
The rest of our stay were meetings with our wonderful friends and searching for the fabulous graffiti (just check the “Urban Art” album).
On Monday morning we went out with Gosia – a girl I met in Lisbon (read post from 27th November 2010). She came with her cute little girl – Rozalka (I’m just sorry I didn’t take any picture with them but I hope to change it in the near future). Gosia gave her daughter money so that the girl would choose herself what she wants to eat. After a few minutes Rozalka came back with a huge set with a toy. ‘Honey, where do you have it from? I didn’t give you that much money.’ ‘Some lady gave me more.’
Gosia turned red but Ada and I started laughing – it was obvious that young lady would manage in life and it was impossible not to like her.
‘But what lady was it? We shall give her the money back’- Gosia didn’t want to give up.
‘Oh mummy, I don’t remember’ – Rozalka was already running for ketchup and fork. With Ada we decided that although we do not like children – Rozalka made us fall in love with her.
And I just promise one thing – to never talk to strangers on the train again…

środa, 6 kwietnia 2011

Ira już nie znaczy „gniew” / Ira doesn’t mean “anger” any more
























Wsiadłam do autokaru, a tam na sąsiednim siedzeniu spoczywały dwie wielkie torby adidasa. Spojrzałam na nie i pomyślałam, że sąsiadka (od razu założyłam, że to musi być kobieta) pewnie zwieje na mój widok – byłam już u końca podróży, dwa tygodnie włóczęgi było widać po moich wygniecionych, niedopranych ciuchach. Szczęśliwie, kiedy się zjawiła, nie wyglądała na przestraszoną – młoda, pięknie opalona dziewczyna, z burzą loków i uroczym uśmiechem. Poczęstowała mnie gumą do żucia (a przecież myłam zęby!) i tak zaczęła się rozmowa.
Ira okazała się osiemnastoletnią „uciekinierką”. Przyjechała do Odessy, by spędzić część wakacji z przyjaciółką, pod opieką jej matki. Jednak dziewczyny pokłóciły się i Ira wynajęła pokój samotnie. Wracać też musiała sama autobusem, bo biletów na pociąg już nie było. Trochę obawiała się samotnej podróży, więc jak się okazało, że obie mamy kogoś, kto przypilnuje by autokar nie odjechał, gdy czekamy na swoją kolejkę do toalety, bardzo się ucieszyła.
Ukraińcom rzadko się spieszy – przerwy w kolejnych miastach trwały nawet czterdzieści minut. Dzięki nim dowiedziałam się, że na Ukrainie można kupować alkohol dopiero po ukończeniu dwudziestego pierwszego roku życia. Przezorna Ira powiedziała mi o tym jednak dopiero w połowie butelki…
Na każdym postoju dosiadali się nowi pasażerowie, w którymś momencie skończyły się miejsca i niektórzy musieli stać. Nade mną stanął wyjątkowo potężny mężczyzna. Wiedziałam, że był tłok, ale w którymś momencie nacisk jego wielkiego brzucha na mój bark stał się nieco za duży – zaczęłam się przesuwać w kierunku siedzenia Iry. Facet się jednak nie poddawał i nachylał coraz bardziej. Im dalej uciekałam, tym bardziej on się pochylał – w końcu przyjął taką pozycję, że stało się jasne, że to już nie ucieczka przed tłokiem. Zareagowałam w jedyny możliwy sposób – łokciem…
A rano Ira okazała się nie tylko nie być gniewem, ale wręcz aniołem stróżem. Zadzwoniła do rodziców, żeby powiedzieć, że dojechała i powiedziała, że się spóźni, bo musi pomóc dziewczynie poznanej w pociągu. Pojechałyśmy do centrum. Zameldowałam się w hostelu przy samym rynku we Lwowie. Cena była lekko szokująca. Ira postanowiła, że w jej mieście nie będę nocować w tak drogim miejscu.
Szukałyśmy noclegów według adresów z przewodnika, ale już pierwszy okazał się chybiony – nikt nawet nie pamiętał, że kiedyś było tam schronisko młodzieżowe. Na szczęście Ira poszła się dopytać o adres do biura podróży, które mieściło się tuż obok. Po raz kolejny Ukraińcy okazali się najbardziej gościnnym i pomocnym narodem, z jakim kiedykolwiek miałam do czynienia.
Ira zapytała o adres, ją szef biura zapytał dlaczego pyta, a chwilę później siedziałyśmy w jego gabinecie, popijając herbatę i zajadając ciasteczka. A przeuroczy pan przeszukiwał swój kajecik w poszukiwaniu właściwego kontaktu. Po pół godzinie wyszłyśmy najedzone i z adresem przyszkolnego internatu, może nieco oddalonego od centrum, ale za to o połowę tańszego – 50 UAH – który był moim najtańszym noclegiem na Ukrainie poza pierwszym, darmowym (ale o tym innym razem).
Sam Lwów ciężko opisać inaczej niż „piękny” i „rozkopany”. W czasie, gdy go zwiedzałam, ciężko było przedostać się przez centrum – wszędzie remonty i inwestycje.
Ira poświęciła mi jeszcze trochę czasu. Jako studentka architektury była doskonałą przewodniczką – opowiedziała mi sporo o historii miasta, pokazała najciekawsze miejsca, zabrała na najciekawsze wystawy. Mam nadzieję, że kiedyś będę w stanie się jej odwdzięczyć.
Zdjęcia niestety nie są najlepsze – pogoda była szara, deszczowa, robiło się coraz chłodniej. Z pewnych względów jednak nie chciałam swojego pobytu w tym mieście skracać – przyczyną nie był jedynie urok miasta – dochodziły kwestie osobiste i niezwykle interesujący napój o wdzięcznej nazwie Donna Bomba – wszyscy Polacy wiedzą, co to „u-boot” – piwo z zatopionym na dnie kieliszkiem wódki, ale jeśli dodać do tego coca-colę – otrzymujemy specjał o wiele bardziej słodki…

I got inside the bus and the first thing I saw were two “adidas” bugs on the seat just next to mine. I looked at them and the first thing I thought was that the owner (somehow I was sure that it was a woman) will run away the first second she sees me – two weeks of the trip were visible on my not ironed and not well washed clothes. Luckily when my neighbor appeared she did not seem to be scared – a young, beautifully tanned girl with curly hair and charming smile. She offered me a chewing gum (though I washed my teeth!) and that’s how the conversation started.
Ira appeared to be eighteen years old “runaway”. She went to Odessa to spend some time with her friend and her mother but after a few days girls had a fight and Ira moved out to the other place. She had to come back alone cause there was no place on the train. She was slightly scared of the lonely travel so the fact that both of us had someone who could watch ife the bus is not leaving while you were waiting for you turn in the toilet was comforting to her.
Ukrainians are rarely in a hurry – brakes in some towns lasted up to forty minutes. Thanks to this fact I realized that in Ukraine you are allowed to buy alcohol after turning 21 – somehow Ira told me that just in the middle of the bottle.
With every stop there were more passengers and there came the moment when some of them had to stand. At some moment I realized that the man standing over me is kind of… huge. The tension between his belly and my arm became too big and I started moving towards Ira. But the guy did not give up – the more I was trying to move myself the more he was leaning. At some point he was in such a position that it became obvious that he was not just escaping the crowd. So I used the only possible solution – my elbow…
And in the morning I realized that Ira was not “anger” but a Guardian Angel. She called her parents to tell them that she was on the place but she would be late cause she had to help a friend met on the train… We went to the center and I checked in the hostel just next the main market in Lviev. The price was slightly shocking. Ira decided that in her city I could not stay in such an expensive place.
We were checking addresses from the guide but the first one was wrong – no one even remembered that there used to be a hostel. But for the next time I found out that Ukrainians are the most friendly nation I have ever dealt with.
Ira asked about the address and the boss of the office asked her why she was asking and the moment later we were sitting in his office drinking tea and eating cookies while the guy was looking through his notebook. Half an hour later we left filled up with food and with the address of the dormitory maybe far from the center but half cheaper – just 50 hryvnias – which was my cheapest place to sleep except for the first one – which was for free (that’s another story).
Lviev itself is hard to describe – only words I could use are – “beautiful” and “under repair”. While I was visiting it was event hard to get through the center.
Ira gave me some more of her time – as the architecture student she was the best city guide possible. She told about the history of the city, showed the most pretty places and most interesting exhibitions. I hope that one day I will have the chance to pay her back…
The pictures unfortunately are not the best – the weather was grey and rainy and it was becoming cold. For some reasons I did not want to shorten my stay in the city – cause it was fabulous and I had some personal reasons and they had there a wonderfull drink – “Donna Bomba”. Everyone in Poland knows “U-boot” – a beer with a drowned inside glass of vodka – but when you add coca-cola it becomes so much sweeter…