Kolejki w etecsa - dostawcy tak zwanego internetu na Kubie i ceny w nich obowiązujące niestety spowodowały, że jak widzicie napisać mogę dopiero stąd - z Polski. Przykro mi, że nie byłam w stanie uzupełniać wszystkiego na bieżąco, ale robiłam szczegółowe notatki, więc będę je przepisywała dokładnie, tak żeby nie zafałszować pierwotnego odbioru.
W tej chwili przyznaję, że rzeczywistość jeszcze mnie nie dopadła i wciąż mam wrażenie, że jak tylko wstanę od komputera, to powiem Kasi "chodź, idziemy na Malecon, kupimy sobie rum w kartoniku i colę i popatrzymy na ludzi".
Nie wykonałyśmy pełnego planu co do odwiedzenia wszystkich zaplanowanych miast, więc będzie trzeba na Kubę wrócić. Ale w zabawny sposób pewne problemy po drodze spowodowały, że zwolniłyśmy tempo i dzięki temu też chyba zaczęłyśmy intensywniej odczuwać kubańską rzeczywistość - zamiast zaliczania kolejnych miast mogłyśmy rozpocząć zagłębianie się w społeczeństwo, nawiązywanie kontaktów z mieszkającymi tam ludźmi i poznawanie ich życia nieco bardziej od środka. Zwiedzanie stało się mniej powierzchowne.
Z planów dodatkowych natomiast udało się zrealizować 300% normy. Część z Was wiedziała, że przed wyjazdem próbowałam nawiązać kontakt z Claudią Cadelo, autorką bloga "octavocerco" (octavocerco.blogspot.com) i liczyłam, że może uda mi się przeprowadzić z nią wywiad. Tymczasem rozmawiałyśmy z Claudią, jej mężem Cirem Diazem (Porno Para Ricardo, La Babosa Azul) oraz Yoani Sanchez, która jest pierwszą kubańską blogerką i rozpętała swoim blogiem medialną burzę o zasięgu światowym, co zaowocowało umieszczeniem jej przez tygodnik Time na liście stu najbardziej wpływowych osób świata obok prezydentów, premierów, światowych przywódców, intelektualistów, finansistów itp...
Spotkałyśmy się z niebywałą życzliwością i ciepłem w morzu których drobne problemy, które miałyśmy po drodze są jak krople wobec oceanu. Wyjazd z Hawany był trudny - nie mogę napisać, że ciężko przecież jest opuszczać raj, bo rajem Kuba nie jest (no chyba że dopuścimy użycie pojęcia "raju komunistycznego", które, co potwierdziły obserwacje już na miejscu, jest sprzeczne samo w sobie), ale ciężko jest opuszczać miejsce, które wyzwala w człowieku ilości energii i fascynacji, o jakie nawet siebie nie podejrzewał.
Na razie pozwolę sobie jeszcze na chwilę przyzwyczajania się do zimna, rozpakowywania i przestawiania na "właściwy czas", ale od jutra przyrzekam rozpocząć retransmisję danych z najpiękniejszej z karaibskich wysp...
Do jutra i dziękuję Wam za cierpliwość! :D
piątek, 6 listopada 2009
niedziela, 18 października 2009
Wiesci z raju
29 kraj, wymarzony rejon, a wszystko przechodzi nasze oczekiwania. Po 1 dniu w Hawanie, wizytach w waznych miejscach i przezyciach, jakich nie mial zaden turysta, a ktore opisze, jak bedzie czas, ruszylysmy w dalsza droge, do Cienfuegos, Trinidad, a teraz Camaguey. Poki co, odpukac, idzie dobrze, za noclegi placimy zazwyczaj polowe ceny, ktora zalozylysmy, trafiamy zazwyczaj do cudownych i otwartych ludzi.
Kuba jest zupelnie inna od reszty Karaibow ' ludzie sa piekniejsi, pelni dumy i niezwykle wprost zyczliwi. To swiat, jaki nawet nam sie nie snil.
Trudno jest na goraco opisywac wrazenia, mimo, ze minelo dopiero piec dni, przezylysmy juz tyle, co normalnie w kilka tygodni. mamy bardzo duze tempo przemieszczania i plany chyba ambitniejsze niz wiekszosc turystow. Na pewno pomaga, ze zamiast przesiadywac w knajpeczkach (dopiero dzis poszlysmy na kawe, bo padal deszcz i jakos nie chcialo nam sie moknac), ciagle chodzimy.
Hawana, mimo ze poznalysmy tylko kilka przedmiesc rzeczywiscie wciaz moze byc nazywana perla antyli i Paryzem zachodniem polkuli, i to pomimo faktu, ze o swicie, w centrum miasta budzilo nas pianie kogutow...
W Cienfuegos najwazniejsza chyba byla Pani u ktorej mieszkalysmy i ktora byla pierwsza osoba, z ktora przeprowadzilysmy dluzsza rozmowe po hiszpansku, przyjela nas jak wlasne dzieci.
Trynidd to rezeczywiscie kolonialna perelka z waskimi uliczkami, pastelowymi domkami i urokliwymi zakatkami. Widac biede, ktora wychyla sie z kazdego kata, ale mimo to wszystko jest czysciutkie i w miare skromnych zazwyczaj mozliwosci, zadbane.
A co najprzyjemniejsze, to to ze poza turystycznymi centrami jestesmyu traktowane jak rowne osoby, a nie glupie turystki, ktorym nie warto poswiecac¨nawet chwili.
Coz moge dodac, inernet jest bardzo drogi (6CUC za godzine, czyli 24 zlote), wiec pozostaje tylko napisac VIVA CUBA!
Kuba jest zupelnie inna od reszty Karaibow ' ludzie sa piekniejsi, pelni dumy i niezwykle wprost zyczliwi. To swiat, jaki nawet nam sie nie snil.
Trudno jest na goraco opisywac wrazenia, mimo, ze minelo dopiero piec dni, przezylysmy juz tyle, co normalnie w kilka tygodni. mamy bardzo duze tempo przemieszczania i plany chyba ambitniejsze niz wiekszosc turystow. Na pewno pomaga, ze zamiast przesiadywac w knajpeczkach (dopiero dzis poszlysmy na kawe, bo padal deszcz i jakos nie chcialo nam sie moknac), ciagle chodzimy.
Hawana, mimo ze poznalysmy tylko kilka przedmiesc rzeczywiscie wciaz moze byc nazywana perla antyli i Paryzem zachodniem polkuli, i to pomimo faktu, ze o swicie, w centrum miasta budzilo nas pianie kogutow...
W Cienfuegos najwazniejsza chyba byla Pani u ktorej mieszkalysmy i ktora byla pierwsza osoba, z ktora przeprowadzilysmy dluzsza rozmowe po hiszpansku, przyjela nas jak wlasne dzieci.
Trynidd to rezeczywiscie kolonialna perelka z waskimi uliczkami, pastelowymi domkami i urokliwymi zakatkami. Widac biede, ktora wychyla sie z kazdego kata, ale mimo to wszystko jest czysciutkie i w miare skromnych zazwyczaj mozliwosci, zadbane.
A co najprzyjemniejsze, to to ze poza turystycznymi centrami jestesmyu traktowane jak rowne osoby, a nie glupie turystki, ktorym nie warto poswiecac¨nawet chwili.
Coz moge dodac, inernet jest bardzo drogi (6CUC za godzine, czyli 24 zlote), wiec pozostaje tylko napisac VIVA CUBA!
niedziela, 11 października 2009
BIBA Cuba!!!!
Co prawda wszyscy znają "hasło" Viva Cuba, czyli niech żyje Kuba, ale nie wszyscy wiedzą, że "v" można po hiszpańsku przeczytaż zarówno jako "w", jaki i "b", co oznacza, że "Viva Cuba" można też przeczytać jako "Biba Cuba", co oczywiście budzi pewne konotacje z popularnym w języku polskim słowem "biba". Daruję sobie przytaczanie definicji ze słownika języka polskiego...
Doszłam niedawno do wniosku, że to strasznie beznadziejne - ciągłe bycie sobą. To zwyczajnie nudne. Codziennie rano człowiek wstaje, patrzy w lustro i nie może stwierdzić nic ponad "to ja". Ta sama gęba - czasem trochę bardziej, czasem mniej wymięta... Można niby próbować coś zmieniać, ale prawdziwie uderzających efektów to nie przynosi. Próbowałam rzecz jasna złożyć w tej kwestii zażalenie do producentów, ale oni na to tylko odrzec mogli "bez paragonu reklamacje nie są uwzględniane". Hmmm... Dlatego muszę Wam poradzić - jak będziecie się zabierać za produkcję potomstwa, to zostawcie im chociaż paragon ze sklepu za wino, które kupicie do kolacji poprzedzającej proces produkcyjny. A jeśli nie będziecie w stanie stwierdzić, który z aktów produkcyjnych był tym właściwym, to zostawcie im chociaż rachunek z datą zbliżoną. Tak, żeby Wasz produkt miał chociaż minimalną szansę do składania zażaleń - np.: to wino było zbyt wytrawne i gorzkie i dlatego mam takie małe oczy, bo mama jak je piła to na pewno mrużyła oczy i tak już na mnie przeszło... Chodzi o jakikolwiek punkt zaczepienia - reklamację możecie potem przecież i tak odrzucić.
W związku z powtarzalnością mojego odbicia w lustrze poszłam niedawno do fryzjera, aby ziścić swoje marzenie o niebieskich pasemkach... W swym zakutym łbie wytwarzałam sobie obrazy błękitu paryskiego o srebrzystych refleksach pomiędzy lśniącą czernią... Wyszły fioletowe. W przytłumionym świetle łazienki w ogóle ich nie widać. Moja szanowna producentka po dokonaniu wstępnych oględzin zawołała sprawcę produkcji: poświecę latarką, a ty przynieś lupę, to może jakieś pasemka znajdziemy... To smutne odkrycie (że wyrzuciłam w błoto kupę nie swojej kasy i ta kupa z błotem wcale jakoś nie współgra) spowodowało, że doznałam oświecenia - to zapewne refleksy z niewidzialnych pasemek spowodowały naglą iluminację mózgu. Otóż odkryłam prawdziwy powód wyjazdu na Kubę.
Gdy człowiek się upija, przez krótką chwilę jest mu wszystko obojętne. Następnego dnia łeb napieprza tak, że jest się tylko bólem i krzykiem (niemym, żeby nie pogarszać sprawy), a nie sobą (przez chwilę nie sobą), ale potem wszystko i tak wraca do normy - jak tylko światło dzienne przestaje wypalać gałki oczne tuż po lekkim uchyleniu powiek, w lustrze znowu pojawia się ta sama gęba, tyle tylko, że chwilowo białka oczu mają kolory naszej flagi narodowej.
Powód wyjazdu jest więc prosty - jadę, żeby się upijać przez pełne trzy tygodnie i to bez kaca - nie rumem, bo tego nie wytrzymałby ani budżet ani mój żołądek, ale adrenaliną, wrażeniami, kolejnymi obrazami, dźwiękami, zapachami, kolorami tak intensywnymi, że dla przeciętnego zjadacza chleba ze strefy umiarkowanej aż nierealnymi...
Niech żyje więc (viva) BIBA Cuba!!!!!!!! :D
Doszłam niedawno do wniosku, że to strasznie beznadziejne - ciągłe bycie sobą. To zwyczajnie nudne. Codziennie rano człowiek wstaje, patrzy w lustro i nie może stwierdzić nic ponad "to ja". Ta sama gęba - czasem trochę bardziej, czasem mniej wymięta... Można niby próbować coś zmieniać, ale prawdziwie uderzających efektów to nie przynosi. Próbowałam rzecz jasna złożyć w tej kwestii zażalenie do producentów, ale oni na to tylko odrzec mogli "bez paragonu reklamacje nie są uwzględniane". Hmmm... Dlatego muszę Wam poradzić - jak będziecie się zabierać za produkcję potomstwa, to zostawcie im chociaż paragon ze sklepu za wino, które kupicie do kolacji poprzedzającej proces produkcyjny. A jeśli nie będziecie w stanie stwierdzić, który z aktów produkcyjnych był tym właściwym, to zostawcie im chociaż rachunek z datą zbliżoną. Tak, żeby Wasz produkt miał chociaż minimalną szansę do składania zażaleń - np.: to wino było zbyt wytrawne i gorzkie i dlatego mam takie małe oczy, bo mama jak je piła to na pewno mrużyła oczy i tak już na mnie przeszło... Chodzi o jakikolwiek punkt zaczepienia - reklamację możecie potem przecież i tak odrzucić.
W związku z powtarzalnością mojego odbicia w lustrze poszłam niedawno do fryzjera, aby ziścić swoje marzenie o niebieskich pasemkach... W swym zakutym łbie wytwarzałam sobie obrazy błękitu paryskiego o srebrzystych refleksach pomiędzy lśniącą czernią... Wyszły fioletowe. W przytłumionym świetle łazienki w ogóle ich nie widać. Moja szanowna producentka po dokonaniu wstępnych oględzin zawołała sprawcę produkcji: poświecę latarką, a ty przynieś lupę, to może jakieś pasemka znajdziemy... To smutne odkrycie (że wyrzuciłam w błoto kupę nie swojej kasy i ta kupa z błotem wcale jakoś nie współgra) spowodowało, że doznałam oświecenia - to zapewne refleksy z niewidzialnych pasemek spowodowały naglą iluminację mózgu. Otóż odkryłam prawdziwy powód wyjazdu na Kubę.
Gdy człowiek się upija, przez krótką chwilę jest mu wszystko obojętne. Następnego dnia łeb napieprza tak, że jest się tylko bólem i krzykiem (niemym, żeby nie pogarszać sprawy), a nie sobą (przez chwilę nie sobą), ale potem wszystko i tak wraca do normy - jak tylko światło dzienne przestaje wypalać gałki oczne tuż po lekkim uchyleniu powiek, w lustrze znowu pojawia się ta sama gęba, tyle tylko, że chwilowo białka oczu mają kolory naszej flagi narodowej.
Powód wyjazdu jest więc prosty - jadę, żeby się upijać przez pełne trzy tygodnie i to bez kaca - nie rumem, bo tego nie wytrzymałby ani budżet ani mój żołądek, ale adrenaliną, wrażeniami, kolejnymi obrazami, dźwiękami, zapachami, kolorami tak intensywnymi, że dla przeciętnego zjadacza chleba ze strefy umiarkowanej aż nierealnymi...
Niech żyje więc (viva) BIBA Cuba!!!!!!!! :D
poniedziałek, 28 września 2009
Odyseja Kosmiczna 90210, odc.2
Yansã
Yansã to moja orisha. Przywieziona z Brazylii, a że w Brazylii miałam szczęście i życzenia tam wypowiedziane się spełniły, więc postanowiłam przygotowywać się do wyjazdu na Kubę właśnie z pomocą brazylijskiej Orishy... Na Kubie też są orishe - funkcjonują jako element santerii - afrokubańskiego kultu opartego częściowo na religii katolickiej. Jak w Brazylii - podejrzewam, że korzenie mają podobne.
Cytując Wikipedię (tak..., wiem, proszę nie komentować):
"Santeria (inne nazwy: Lucumi (Lukumi) lub Ocha) – synkretyczny afroamerykański kult pochodzenia karaibskiego, obecny głównie na Kubie. Nazwa "Santeria" jest zewnętrzna, sami wyznawcy nazywają ten kult "Regla del Ocha".Santeria wywodzi się z tradycyjnych wierzeń plemienia Joruba, którego członkowie pojawili się na Karaibach jako niewolnicy. Zwykle byli przymusowo chrzczeni w wierze rzymskokatolickiej z polecenia swych właścicieli, po czym zakazywano im wyznawania dotychczasowej, plemiennej religii.
Jednakże ten sam mechanizm, który do tej pory ułatwiał religii katolickiej ekspansję, tym razem zadziałał w sposób zgoła nieoczekiwany. Misjonarze katoliccy bowiem starali się na ogół "wkomponować" wierzenia, jakie zastali, w nurt doktryny katolickiej. Atrybuty i zadania plemiennych bóstw przypisywano katolickim świętym, pozostałości zaś kultów matriarchalnych (Bogini-Matka, Wielka bogini, Bogini niebios i in.) zastępowano kultem maryjnym."
Yansa według wikipedii, w kubańskim systemie wierzeń nosi również imię Oyá i jest boginią miejsc wiecznego odpoczywania, opiekunką czarownic (sic!) i jest czczona jako św. Anna z Efezu lub św. Klara. Jej małżonkiem jest Chango - najczęściej chyba wymieniane w literaturze kubańskiej bóstwo santerii.
O samym Chango czytamy:
"w zależności od zachcianek, żeńskie lub męskie bóstwo zjawisk atmosferycznych, błyskawic, ognia, oraz sprawiedliwości. Według legend jego żoną jest Oya (wcześniej była nią Obba). Zastąpiono św. Barbarą.".
Żeby pokazać, że wszystko to zdaje się łączyć i pochodzić z jednego źródła, przytoczę teraz to, co o Yansie jest napisane na odwrocie mojej brazylijksiej pocztówki:
"Bogini Wiatrów i Sztormów, impulsywna i wojownicza. Jest Orishą pasji i przygód. Odpowiednik w religii katolickiej: św. Barbara.
Pozdrowienie: Eparrei Yansã
Imiona: Oiá Yansã, Matamba
Dzień: środa
Kolory: czerwień i czerń (może powinnam przetłumaczyć jako "czerwone i czarne"?)
Domena: deszcze, wiatry i sztormy
Metal: miedź
Instrumenty: (podaję nazwy z kartki): Dagger i Eurexim
Znak: strzelec.
Oczywiście to ja sama ją sobie wybrałam, bo pasowała do mojego znaku zodiaku (no i powiedzmy nie tylko do tego).
Oby była nam życzliwa...
czwartek, 24 września 2009
sobota, 19 września 2009
5 złotych za godzinę
Zastanawialiście się kiedyś, jak mogłaby wyglądać najgorsza wyobrażalna praca? I co wymyśliliście? Grabarza, kurwę, śmieciarza? Coś innego? Moja wyobraźnia, muszę przyznać jest w tym względzie konwencjonalna. Ale są zawody, o których istnieniu nawet nie pomyśleliście. Wpadł ktoś kiedyś na to, że można być sprzątaczką sal operacyjnych? Bo ja przyznam szczerze, że o tym nie pomyślałam. Ale Joasia owszem. I Joasia jako sprzątaczka takowa pracowała. Przedstawię Wam więc Joasię w dwóch krótkich scenach…
Scena 1. Noga i resztki mózgu z poprzedniego tygodnia, czyli parszywy poniedziałek.
Pani Joasia, jak ją tu nazywano i co ją z lekka krępowało, lat 19, adeptka sztuki kosmetycznej, w rytm zarabianych przez nią 5 złotych na godzinę pracowała na swe dalsze nauki. Wezwana została na salę.
- Pani Joasiu, operacja skończona, pacjent wywieziony, oto przekazuję pani teatr działań operacyjnych, jak mawiają Anglicy.
Lekarz rzucił zaświnione (czy też może rzec należy „zaczłowieczone”) rękawiczki na stół i ruszył do wyjścia.
- Ach, byłbym zapomniał, Pani Joasiu… Ja rozumiem, że można mieć pewne opory przed zetknięciem z materią, z której jesteśmy stworzeni, ale sądzać po kolorze i skłądzie tego, co zastałaem pod stołem, są to resztki po operacji z zeszłego tygodnia. A dokładnie rzecz ujmując, mniemam, iż są to jeszcze pozostałości piątkowej trepanacji! Doprawdy, Pani Joasiu, to niedopuszczalne!
Joasia aż zatrzęsła się na to wspomnienie. Jako sprzątaczka sal operacyjnych mogła, a wręcz musiała uczestniczyć w operacjach (trzeba było np. pilnować, żeby któryś z lekarzy nie poślizgnął się na jakiejś przypadkowej plamie krwi). Rano, gdy przychodziła do pracy, już czekał na nią grafik o dziesiątej przeszczep czegoś, czego nazwy nie potrafiłaby powtórzyć z pamięci, o czternastej podwiązywanie jakiejś żyłki, a o szesnastej… No właśnie o szesnastej w ubiegły piątek była trepanacja czaszki. Tego było już dla Joasi nieco za wiele – gdy usłyszała odgłos towarzyszący wyjmowaniu fragmentu kości z czaszki i zobaczyła szarą masę z pulsującymi w niej czerwonymi żyłkami, zaniemogła i zamiast pacjenta po operacji wywieziono ją, ale jeszcze przed początkiem. Sprzątanie sali jednak jej nie ominęło, a teraz czekało na nią TO. W zabiegu uczestniczyła pani Benia, jej pozostało już tylko posprzątać i wynieść TO. A TYM była noga, czy właściwie to, co niej pozostało – jakiś taki niezupełnie już foremny fragment, ucięty tuż nad kolanem i mający dziwną, sino – fioletową barwę. Palców też było jakby tylko pół – nie, że za mało, tylko zdawały się nieco za krótkie. Joasia podeszła do stołu i przyglądając się „pozostałościom” spróbowała przełknąć ślinę, w czym przeszkadzała jej bryłka czegoś gęstego i lepkiego, która utknęła jej w przełyku.
- Powinnam rzucić palenie, to na pewno od tego dodatkowego papierosa rano – pomyślała.
Wtem do pomieszczenia, niczym huragan do Nowego Orleanu w niedalekiej przeszłości wpadła tęga furia – pani Benia, weteranka, sprzątająca na oddziale już od kilku, jakże przecież pięknych lat.
- No kochanieńka, fiku – miku, mamy nóżkę na patyku, a z patyka do śmietnika. Drogę chyba znasz?
Scena 2. Czyli ta, w której żadne elementy przyrody ożywionej nie stają się nieożywione, a bywa wręcz przeciwnie.
Tego dnia Joasia przyszła do pracy nieco wcześniej – nie po to, żeby wypić kawę, bo ciśnienia podnosić sobie nie musiała, ale żeby, wbrew obietnicom złożonym samej sobie kilka dni wcześniej, zapalić spokojnie dodatkowego papierosa. Miała, jak to z dumą nazywała „dyżur” na oddziale ratunkowym. W poczekalni ludzie zazwyczaj leżeli bądź siedzieli, próbując właściwym ułożeniem ciała złagodzić nieco ból różnych fragmentów ich ziemskiej powłoki. Ale w kącie stał (czy aby na pewno stał – ułożenie jego kończyn wskazywało raczej na siad, brakowało jedynie siedzenia) facet w długim płaszczu i kapciach. Płaszcz w okolicach odbytu układał się nieco dziwacznie – jakby urósł mu ogon. Joasia wolała jednak nie zastanawiać się nad przyczynami tej dziwacznej pozycji i ruszyła do szatni, by po chwili już zostać wezwaną na salę.
Facet od płaszcza już nie miał płaszcza, a koszulkę. Tylko koszulkę. A z jego odbytu wystawał duży, różowy, gumowy fallus. Facet na widok młodej panienki odwrócił twarz o kolorze nieco tylko ciemniejszym, ale równie jaskrawym, co wystający mu z tyłka przedmiot do ściany. Lekarka kazała mu się położyć, co wykonał z trudem, pojękując tylko z cicha, po czym podała jakiś zastrzyk.
- W takich przypadkach Pani Joasiu, proszę to zapamiętać, jedynym wyjściem jest uśpienie pacjenta w celu rozluźnienia zwieraczy.
Chwilę później lekarka zgrabnym szybkim ruchem wyjęła gościowi wibrator z odbytu.
- Jaki duży… Ciekawe, czy jeszcze działa. – na fartuchu Joasi pojawiły się nagle brązowe grudki.
- Działa… Pani Joasiu, proszę to umyć bardzo starannie i zdezynfekować.
A po chwili dodała:
- Pacjent może zażądać zwrotu…
niedziela, 13 września 2009
INSTRUKCJA
Jako, że nie może być wiecznie poważnie, przytoczę tu Instrukcję stanowiskową korzystania z WC, która znalazła się w toalecie w szatni mojego zakładu pracy. Zapewne nasi pracodawcy jak i ja ściągnęli tę wspaniałą rzecz z internetu, ja korzystałam ze strony http://www.smieszny.net/teksty/pokaz.php?id=1145. Powyżej zaś mój szanowny BRAT z bohaterem poniższego w rękach... Enjoy!
Instrukcja stanowiskowa korzystania z WC
1. Ubikacja powinna być zawsze utrzymywana w czystości zgodnie z systemem jakości HACCP.
2. Korzystać z ubikacji mogą tylko osoby, które ukończyły instruktaż stanowiskowy przeprowadzony przez bezpośredniego przełożonego i zdały praktyczny egzamin.
3. Do muszli klozetowej i pisuaru nie wolno wrzucać śmieci, szmat, niedopałków, papierów, środków higieny osobistej, zapałek, resztek jedzenia oraz zużytych dokumentów urzędowych.
4. Muszla klozetowa nie służy do mycia głowy, połowu ryb, ani do uprawiania seksu.
5. Na muszlę klozetową nie należy wchodzić nogami lecz siadać w sposób ergonomiczny jak na krześle całym ciężarem ciała tak, aby pośladki całkowicie i dokładnie przylegały do deski klozetowej. Tułów powinien być wyprostowany, przy czym punkt ciężkości należy przenieść ze stóp na pośladki kładąc ręce wzdłuż odpowiednich kolan. Siedzieć na desce klozetowej tak aby kał wpadał centrycznie z niewielką prędkością do muszli, a nie na deskę. Jednocześnie należy starać się nie zamoczyć deski moczem – w tym celu należy przytrzymać ręką narząd moczowy, skierowując go do muszli.
6. Przy korzystaniu z pisuaru należy podejść do niego jak najbliżej nawet dotykając go kolanami, pochylając się do przodu, wyjąć całkowicie narząd moczowy, lekko nachylać go w dół i oddać mocz aż do ostatniej kropli. Zaleca się narządem moczowym w taki sposób, aby nie rozbryzgiwać moczu po ścianach . W ten sposób podłoga wokół pisuaru będzie sucha, co zmniejszy ryzyko upadku lub poślizgnięcia.
7. Przed oddawaniem moczu należy sprawdzić czy narząd moczowy nie jest chroniony przez męskie środki ochrony indywidualnej.
8. W razie wystąpienia integracyjnego syndromu GAZ – MOCZ - KAŁ, nie należy wpadać w panikę lecz spokojnie opuścić ubikację, poinformować innych pracowników i udać się w kierunku wyjścia ewakuacyjnego w celu zmiany odzieży.
9. W razie zaistnienia wypadku, np. upadek, potknięcia, zakleszczenie narządu moczowego w zamku błyskawicznym, itp. należy zadzwonić pod nr alarmowy 112 lub 999
Subskrybuj:
Posty (Atom)
