sobota, 9 października 2010

In love again

Ze względu na problemy z komputerem (jak zawsze...) nie mogłam przez dłuższy czas usunąć zalegających tu niepełnych postów, ani opublikować nowego. Ze względu na uprzejmość współlokatorki próbuję tego dokonać teraz :D
Wygląda na to, że powinoo się udać - enjoy! :D

poniedziałek, 20 września 2010

Barcelona

No to zaczęło się - jak zawsze, przygodami. Najpierw przez pół godziny szukałam biletu w autobusie nocnym na lotnisko - kanar stał nade mną, próbując mi wmówić, że korzystam z miesięcznego, potem koleżanka jadąca z naszą Erasmusową grupą do Barcelony zgubiła bilet na samolot i najadła się strachu (i tak weszła na pokład). Przecież prawdziwe przygody nigdy nie zaczynają sie prosto.
Byłam w tym mieście już dwa razy. I zapamiętałam je jako piękne. Ale gdy teraz nagle uświadamiam sobie, że mam tu mieszkać przez przynajmniej 5 miesięcy, mam wrażenie, że znalazłam się w środku cudzej opowieści. Opowieści zbyt pięknej, by stała się częścią mojego doświadczenia. A jednak...
Od dawna nie doświadczyłam tego może nieco zbyt górnolotnego, ale jakże przyjemnego uczucia, że miasto unosi mnie swoim rytmem i wciąga w ulicę, prowadząc w nieznanym kierunku. Dawno nie czułam pulsu tłumu tak blisko siebie. Chociaż ostatnie miesiące nie należały do biernych, nie pamiętam aby jakiekolwiek miejsce równie mocno zbombardowało moje zmysły. Powinnam się cieszyć, że nie jest ożywione w ścisłym znaczeniu tego słowa...
Chryste (w sensie dosłownym, bo póki co mieszkamy w Stella Maris, co obniża koszty, ale powoduje, że wciąż czujemy na sobie święte spojrzenie rzucane przez Jezusa z obrazków rozwieszonych na każdym wolnym fragmencie ścian) - jakżeż ja pieprzę... Ale stało się - to miasto wywołuje we mnie pewną dozę egzaltacji i chwilowo nawet nie zamierzam się jej wstydzić.
Trzymajcie kciuki...

poniedziałek, 6 września 2010

Powroty


















Choćbym nie wiem, jak się broniła, gryzła, kopała, wierzgała i mocowała z rzeczywistością, zawsze przychodzi moment, kiedy trzeba wypalić w pociągowym kiblu ostatniego papierosa, a potem postawić stopę na peronie w Gdyni, opcjonalnie w Sopocie. Niezbędniki i opisy podróży po Ukrainie, Rumunii i Mołdawii zamieszczę już wkrótce, jak tylko dotrze do mnie, ża naprawdę jestem w domu. Po drodze brakowało bowiem czasu i/lub pieniędzy.
A teraz, zepełnie "od czapy" - chciałam Wam przypomnieć wiersz Williama Blake'a (mój ulubiony wiersz w ogóle, o co nietrudno, bo mniej więcej od czasu, gdy wręczono mi różowy kartonik poświadczający nie tyle moją dojrzałość, co pełnoletność, bo o dorosłości nie wspomnę, poezji prawie nie czytam), zatytułowany "The Tiger".
Zdjęcie zostało zrobione w Drohobyczu, na Ukrainie.

The Tiger
By William Blake
1757-1827

TIGER, tiger, burning bright
In the forests of the night,
What immortal hand or eye
Could frame thy fearful symmetry?

In what distant deeps or skies
Burnt the fire of thine eyes?
On what wings dare he aspire?
What the hand dare seize the fire?

And what shoulder and what art
Could twist the sinews of thy heart?
And when thy heart began to beat,
What dread hand and what dread feet?

What the hammer? what the chain?
In what furnace was thy brain?
What the anvil? What dread grasp
Dare its deadly terrors clasp?

When the stars threw down their spears,
And water'd heaven with their tears,
Did He smile His work to see?
Did He who made the lamb make thee?

Tiger, tiger, burning bright
In the forests of the night,
What immortal hand or eye
Dare frame thy fearful symmetry?

sobota, 7 sierpnia 2010

27.07.2010 - Hamburg – Rotterdam, czyli Cheesburger bez sera raz.




















Jedziemy przez dzielnice prowadzaca do wylotowki na port – burdele, sex shopy i knajpy, a obok sklepy z dziecinnymi ubrankami na wystawach (niemiecka przezorność?). Na knajpach banery reklamujące lokalne piwo Hamburger. Tak samo nazywa się mieszkaniec Hamburga – czy to oznacza, ze gdyby piwo podawac z serem na zakaske, a Niemca zawinąć w plaster żółtej Goudy, to bylby Cheesburger?
Według Magdy Gessler hamburger taki, jakim go znamy z McDonalda, wywodzi się w prostej linii od befsztyka tatarskiego, rozprzestrzenionego w Europie przez Tatarskie ordy, którego Niemcy przerobili na befsztyk hamburski (podawany na cieplo). No i dopiero Amerykanie przerobili go na smiecio-zarcie.
Rozwazania na tamten moment zdecydowanie za trudne – okazuje się bowiem, ze kubańskie, państwowe, komunistyczne linie autokarowe Viazul mogą służyć za wzor wygodnego transportu, dla niemieckiego Reisena niedościgniony, jesteśmy wiec padnięte. Poza tym dodatkowego smaczku (a właściwie zapaszku) tej dwunastogodzinnej podrozy dodawal fakt, ze dwa miejsca przed nami siedział na oko dziesięcioletni gówniarz z choroba lokomocyjna i mamusia (kolejność prawidlowa), która nie zainwestowala w aviomarin, wiec dzieciak rzygal srednio co piętnaście minut do foliowych torebek, których rzeczona matrona na postojach nie raczyla wynosic – jak i nie raczyla biednego smarka przewietrzyc.
W koncu dojeżdżamy do portu, gdzie w biurze ‘na rogatkach’ zadaja nam kilka razy pytanie kim jestemy, kaza wyciągać paszporty (koniec końców mojego nikt nie sprawdza) i mowia, ze trzeba czekac. Agent twierdzi, ze to może potrwac około pol godziny, zostawia wizytowke i odejzdza. Na szczescie czekamy tylko jakies 15 minut, w międzyczasie przypominam sobie, ze przeciec Mama ma wlasnie imieniny i skladam jej zyczenia z papierosem w zebach, obiecując, ze poprawie się w bardziej odpowiednich warunkach.
Honor niemieckich facetow ratuje gosc, który prowadzi portowa taksowke. Nie dosc, ze jako jedyny pomaga nam z bagażami, to jeszcze okazuje się bardzo sympatyczny, opowiada anegdotki o nazwach statkow i mowi po angielsku z brytyjskim akcentem (a wyglada jak utuczony wesoły Angol). Potem jeszcze powitania, rozpakowywanie i wieczorem wizyta rodziny z Hamburga.
Na Rotterdam nie mamy za wiele czasu – tyle naszego, co widzimy z okien taksowki podczas jazdy do centrum (wizyta u lekarza dentysty z marynarzy). Taksówkarz jest malo kontaktowy – wymienia moze ze trzy zdania z Tata, a poza tym gada tylko ciagle przez zestaw glosnomowiacy. Jezyk holenderski brzmi jak bulgotanie gestej, cuchnącej mazi doprowadzonej do wrzenia (jak na moje ucho to może być mamalyga) w małym garnku. Poza tym pewnie mam zwidy, ale zarówno w poczekalni u zubnawa terrorista, jak i na ulicy kilka razy mam wrazenie, ze slysze polskie slowa – ciekawe ile w tym moich omamow słuchowych, a ile prawdy o naszym spieprzającym z kraju narodzie. Jedno mi się w tym kraju podoba – chociaż prejechalismy ledwie przez przedmieścia, po drodze widzialam kościół katolicki, luterański, buddyjska ‘kapliczke’, cerkiew i meczet. Wszystko na niewielkiej przestrzeni i w niewielkich odleglosciach.
Po dentyście jeszcze krotka wizyta w aptece – taksiarz idzie kupowac sam, bo tak szybciej i łatwiej, my wysiadamy, żeby popatrzeć na ulice. Marynarz początkowo zostaje w samochodzie, ale po chwili drzwiczki się otwieraja i na kostce brukowej zaczyna rosnac jasno czerwona plama. Krew zbiera się w przestrzeniach miedzy kostka brukowa i miesza z blotem.
- Lekarz kazal mi przytrzymac to w ustach i nie wypluwac, ale zrobilo mi się niedobrze.
Mama natychmiast zarzadza akcje ratunkowa – wparowujemy do sąsiedniego supermarketu w poszukiwaniu lodu w kostkach, ale sa tylko zwykle lody smakowe – wybieram karmelowe jako najbardziej neutralne w smaku – przeciez po wykorzystaniu ich jako zimnego okładu będzie je można zjesc. Poszukiwanie lodu staje się dobrym pretekstem do kupienia sera.W międzyczasie Tata instruuje nas, żebyśmy staraly się nie zauważać zlego samopoczucia Filipinczyka, bo będzie mu wstyd z powodu okazanej słabości. Tez mi słabość – nawet byki cierpia po wyrwaniu zeba, mysle, ale przestaje zauważać grymas na twarzy bosmana.
Powrot do portu zdaje się być krótszy niż dojazd do centrum, przejeżdżamy przez strefe, gdzie pakuje się pojazdy opancerzone w paskowych barwach, wyrzutnie tego i owego, terenowki moro (dookoła w trawie pasa się zajace) i wchodzimy na poklad.

sobota, 24 lipca 2010

Potrzeba matką...

Nie miałam wyjścia-mój telefon przestał czytać kartę SIM i oto skończyłam kupując ostatniego dnia w pracy starter sieci dla której pracuję. Ironia losu. :D

niedziela, 27 czerwca 2010

Santa Marinella

Kończy się czerwiec, a ja nic - nie piszę, nie wklejam na siłę żadnych zdjęć, które i tak zazwyczaj niewiele przedstawiają, poza nudą codzienności. Pisać chwilowo nie mam o czym, przynajmniej, takie mam wrażenie, a zdjęć nie mam czemu, ani komu robić. Chodzę do pracy, czytam, słucham.
A czytam kolejnego Stasiuka nudzącego o tym samym, powtarzającego wciąż te same, odkryte dawno temu prawdy, pieprzącego bez umiaru na ten sam temat. I nie mogę się oderwać, bo to wszystko jest o drodze, a trzeba facetowi przyznać, że potrafi oddać klimat jazdy dla samej jazdy jak nikt inny - i za to mogę mu przebaczyć wszytkie "och-y" i niektóre "Ach-y" wplecione w tekst i nawet to rozdwojenie jaźni pomiędzy znudzonym gościem, który ma wszystko w dupie i po prostu robi swoje a kulturalnym panem, który wdzięczy się do wielbicieli sztuki przez duże S, noszących swoje rozdęte ego na kiju, który połknęli i trzymają w zadku.
Tęsknię za drogą, za jazdą. Za rozjebanymi, rozklekotanymi autobusami, które jeżdżą napędzane chyba wyłącznie siłą woli kierowców i dudniącą z szoferki miejscową wersją popu. Tęsknię za zastanawianiem się, co pierwsze się rozleci i odpadnie.
Marzę o tym, żeby znowu poczuć smród pociągu i zapalić papierosa w kiblu - w PKP lustra są jakoś zniekształcone i paląc zasze się w nich przeglądam, bo dłonie unoszone do ust wydają się smuklejsze, węższe, dłuższe, bardziej kobiece, ładniejsze. Jak nie maluję paznokci, tak do jazdy pociągiem zawsze się w ten sposób przygotowuję. I kiepuję za okno albo do zasranego, zardzewiałego kibla. Nie lubię za to nowych składów z chemicznymi klozetami jak w saomolocie - co prawde zazwyczaj jest w nich woda do umycia rąk i papier toaletowy, ale za to papierowe ręczniki nie nazywają się już "bumażnoje palotencje". No i nie da się otworzyc okna, bo są klimatyzowane, więc wstydzę się w nich palić, bo nie ma smrodu, który zamaskowałby zapach dymu.
Nie mogę się już doczekać niepewności towarzyszącej wysiadaniu na nowej stacji, czy przystanku, kiedy człowiek nie ma pojęcia, czy znajdzie nocleg, czy wystarczy mu pieniędzy, żeby coś zjeść, czy znajdzie dalszą drogę. Chcę znowu używać łamanego obcego języka, w którym znam ledwie kilka słów i patrzeć na twarze wykręcone w grymasie pomiędzy śmiechem z przekręcanych przeze mnie wyrazów, a chęcią zrozumienia i pomocy.
Boję się tej samotności, w drodze podwójnej i już chciałabym ją poczuć, znowu się z nią zmierzyć. Przyjdą przecież momenty, w których będę czuła, że mogę wsadzić światu w tyłek laskę dynamitu i takie, kiedy będę płakać, że chcę do mamusi. Na zmianę nerwosraczka i ekstaza. Po powrocie przez kilka dni będę sie czuła lepsza, mądrzejsza, odważniejsza. A później znowu wróci codzienność i mnie udupi. Do kolejnego wyjazdu.
"O solnce Santa Marinelly... islizany taboju..."