sobota, 24 lipca 2010

Potrzeba matką...

Nie miałam wyjścia-mój telefon przestał czytać kartę SIM i oto skończyłam kupując ostatniego dnia w pracy starter sieci dla której pracuję. Ironia losu. :D

niedziela, 27 czerwca 2010

Santa Marinella

Kończy się czerwiec, a ja nic - nie piszę, nie wklejam na siłę żadnych zdjęć, które i tak zazwyczaj niewiele przedstawiają, poza nudą codzienności. Pisać chwilowo nie mam o czym, przynajmniej, takie mam wrażenie, a zdjęć nie mam czemu, ani komu robić. Chodzę do pracy, czytam, słucham.
A czytam kolejnego Stasiuka nudzącego o tym samym, powtarzającego wciąż te same, odkryte dawno temu prawdy, pieprzącego bez umiaru na ten sam temat. I nie mogę się oderwać, bo to wszystko jest o drodze, a trzeba facetowi przyznać, że potrafi oddać klimat jazdy dla samej jazdy jak nikt inny - i za to mogę mu przebaczyć wszytkie "och-y" i niektóre "Ach-y" wplecione w tekst i nawet to rozdwojenie jaźni pomiędzy znudzonym gościem, który ma wszystko w dupie i po prostu robi swoje a kulturalnym panem, który wdzięczy się do wielbicieli sztuki przez duże S, noszących swoje rozdęte ego na kiju, który połknęli i trzymają w zadku.
Tęsknię za drogą, za jazdą. Za rozjebanymi, rozklekotanymi autobusami, które jeżdżą napędzane chyba wyłącznie siłą woli kierowców i dudniącą z szoferki miejscową wersją popu. Tęsknię za zastanawianiem się, co pierwsze się rozleci i odpadnie.
Marzę o tym, żeby znowu poczuć smród pociągu i zapalić papierosa w kiblu - w PKP lustra są jakoś zniekształcone i paląc zasze się w nich przeglądam, bo dłonie unoszone do ust wydają się smuklejsze, węższe, dłuższe, bardziej kobiece, ładniejsze. Jak nie maluję paznokci, tak do jazdy pociągiem zawsze się w ten sposób przygotowuję. I kiepuję za okno albo do zasranego, zardzewiałego kibla. Nie lubię za to nowych składów z chemicznymi klozetami jak w saomolocie - co prawde zazwyczaj jest w nich woda do umycia rąk i papier toaletowy, ale za to papierowe ręczniki nie nazywają się już "bumażnoje palotencje". No i nie da się otworzyc okna, bo są klimatyzowane, więc wstydzę się w nich palić, bo nie ma smrodu, który zamaskowałby zapach dymu.
Nie mogę się już doczekać niepewności towarzyszącej wysiadaniu na nowej stacji, czy przystanku, kiedy człowiek nie ma pojęcia, czy znajdzie nocleg, czy wystarczy mu pieniędzy, żeby coś zjeść, czy znajdzie dalszą drogę. Chcę znowu używać łamanego obcego języka, w którym znam ledwie kilka słów i patrzeć na twarze wykręcone w grymasie pomiędzy śmiechem z przekręcanych przeze mnie wyrazów, a chęcią zrozumienia i pomocy.
Boję się tej samotności, w drodze podwójnej i już chciałabym ją poczuć, znowu się z nią zmierzyć. Przyjdą przecież momenty, w których będę czuła, że mogę wsadzić światu w tyłek laskę dynamitu i takie, kiedy będę płakać, że chcę do mamusi. Na zmianę nerwosraczka i ekstaza. Po powrocie przez kilka dni będę sie czuła lepsza, mądrzejsza, odważniejsza. A później znowu wróci codzienność i mnie udupi. Do kolejnego wyjazdu.
"O solnce Santa Marinelly... islizany taboju..."

czwartek, 13 maja 2010

BYE BYE OLD LOGO...

Miły, czy groźny, groźny, czy miły?

Wracam z pracy, godzina 24:04 mam autobus. O 23:37 wsiadam w kolejkę. Ale kolejka nie rusza jeszcze przez kolejnych kilka minut. W końcu - jedziemy. Gdy dojeżdżam do Redłowa, nerwowo zerkam na zegarek - 23:59 - uffff... zdążę. Pędzę na przystanek, wypatrując autobusu. Na miejsce docieram 0 24:02. Gdy dobiega 24:10 już wiem, że mój kochany nocny z narwanym kierowcą, który postanowił pobić kolejny rekord przejazdu nocą przez Gdynię, odjechał przed czasem.
Przystanek pustoszeje - ktoś zamawia taksówkę, ktoś odchodzi na piechotę, zostaję sama. Idę na pobliską stację beznynową, kupić piwo. Zajmuje mi to dwie minuty. Dzwonię więc do brata, żeby sobie uciąć wieczorną pogawędkę, zapalam papierosa. W tym momencie przy przystanku staje czerwony Golf. Kierowca - młody chłopak, cofa kawałek i otwiera okienko. Przepraszam brata na chwilę, sądząc, że facet chce zapytać o drogę i podchodzę.
- Długo już tu czekasz na autobus? - pytanie mnie zaskakuje, więc chwilę się wacham nad odpowiedzią.
- No... chwilę czekam, a dlaczego?
- A daleko jedziesz?
- Na Dąbrowę.
- Jak nie palisz, to wsiadaj, podrzucę cię.
- Nie, dzięki, już poczekam. - wypalam z automatu, nauczona odruchów.

A może trzeba było wsiąść? Może miły chłopak chciał mnie zabrać na niełapanego stopa? Dociera do mnie, że moja spontaniczność kończy się na odpowiedzi "nie".

środa, 5 maja 2010

"Złote runo" urzędu celnego, czyli o tym, dlaczego polskie instytujce państwowe należałoby spalić

























Pisałam już kiedyś, z pewnym przymrużeniem oka, o przygodach Oli przemytniczki. Ale dziś mrużyć oczy mogę co najwyżej ze złości. Nieświadoma faktu, że limity na towary typu papierosy i alkohol przewożone drogą lądową, a powietrzną są różne (kiedy jeszcze jeździłam po Europie autokarami, za młoda byłam na przewożenie ww. dóbr), kupiłam sobie w Kaliningradzie 16 paczek papierosów o wdzięcznej nazwie "Złote runo". Podobało mi się pudełko - co prawda schematyczny rysunek przedstawionej na nim łodzi przypomina mi bardziej konstrukcje tworzone przez Wikingów niż te, które mogli ewentualnie budować argonauci, ale mniejsza o większość. W strefie bezcłowej między Polską a Rosją, gdy pasażerowie naszego busika tłumnie ruszyli zakupować wódkę, ja się dowiedziałam, że przewieźć mogę tylko dwie paczki. Dwie wzięła ode mnie śliczna młoda Rosjanka, ubrana bardzo szykownie i ze smakiem (aż się głupio czułam oddając jej te fajki - sama byłam w nieco używanej zimowej kurtce), dwie kolejne drobniutka i równie urocza obywatelka Kirgistanu, która z resztą miała wraz mężem większe kłopoty - nasi urzędnicy mieli bowiem problem z odczytaniem ich wiz. Niestety w pasie bezcłówki nie było śmietnika, więc postanowiłam po prostu oddać papierosy celnikom. Pomijam fakt, jak bardzo byłam zdziwiona, że chcą spisywać jakiś protokół, ale w pięć minut było po wszystkim, a ja mogłam wrócić do busa, który został w tym czasie odstawiony na kanał w celu szczegółowego przekopania. Kilka miesięcy temu musiałam pokryć koszty postępowania sądowego związanego z moją "sprawą" - 40,00zł. Zapłaciłam, myśląc, że już po wszystkim. Tymczasem dzisiaj dostaję kolejny polecony - tym razem z Urzędu Celnego w Elblągu. Do zapłaty mam 198,00 zł - za przechowywanie papierosów w magazynie depozytowym od 21.11.09. do 19.01.10.r. - szkoda, że nie składowali ich dłużej, mogliby mi więcej naliczyć. Biedni celnicy najwyraźniej przez dwa miesiąc nie mogli trafić kartonem fajek do pieca. Ale to wcale nie jest najzabawniejsze - wartość celna towaru wyniosła 8 zł - przy czym jedna paczka kosztowała 10 rubli, czyli w przybliżeniu, po ówczesnym kursie - 1 PLN. Cena widoczna jest z resztą na poniższym zdjęciu. Na spłatę tych 238,00 zł pracowałam ponad 30 godzin. Czyli prawie tydzień roboczy. Ale największy mam żal o to, że nasi celnicy z własnymi obywatelami postępują gorzej niż skretyniali i wiecznie przekonani o własnej wyższości Amerykanie z obcokrajowcami - jak mój kolega wwiózł za dużo rumu z Kuby, to mu go po prostu wylali do zlewu.
Ale nikt go za to nie skasował.
Muszę się szybko wzbogacić i zacząć latać wyłącznie samolotami...