czwartek, 19 lipca 2012

Tygrys/Tiger

Stało się.
Gdańsk - Dhaka - Singapur - Hong Kong
Bilety już mam.
Mam zaproszenie od S.
Nie mam jeszcze wizy i szczepień, ale to kwestia czasu.
Muszę jeszcze tylko:
przeżyć 2,5 miesiąca w czterech miejscach pracy, założyć działalność gospodarczą, nie nawalić, nie puścić kasy z dymem i...
Azja będzie moja.
Tytuł posta łączy w sobie bengalskiego tygrysa i Tiger Airways.


So it happened.
Gdańsk - Dhaka - Singapore - Hong Kong
I've got the tickets.
And invitation from S.
I have no visa and vaccinations but it's just a matter of time.
I just need to:
survive 2,5 moths in 4 work places, start my own business, not to screw up and do not to burn down my money and...
Asia will be mine.
The title of the post refers to the bengali tiger and Tiger Airways.

sobota, 14 lipca 2012

Travinger

Pracuję już w czterech miejscach. Powoli tracę rachubę czasu i zaczynam się gubić. Momentami nie wiem już jak się nazywam. Nie wińcie mnie więc za z rzadka dodawane posty. Ani za to, że zapomniałam wspomnieć o tym, że trzeci numer Travingera jest już online!
A w nim - tak będę się chwalić - druga część wywiadu, który przeprowadziłam w Hawanie z Yoani Sanchez! Najważniejsza postać kubańskiej opozycji, laureatka wszystkich możliwych konkursów blogerskich i dziennikarskich oraz jedna ze stu najbardziej wpływowych osób na  świecie według tygodnika"Times", jedyna blogerka, która przeprowadziła wywiad z Barackiem Obamą zaprosiła mnie i Kasię do swojego domu - teraz możecie o tym przeczytać. Minęło sporo czasu, zanim udało mi się ten wywiad opublikować, ale czekałam na właściwe miejsce i właściwy czas. Powstanie Travingera to był idealny moment.
Z moich tekstów możecie też przeczytać - kolejną edycję "Palcem po mapie" oraz dwie recenzje - relację mężczyzny ocalałego z katastrofy morskiej, czyli "Rozbitka" Steven Callahana oraz o wiele lżejszej pozycji, czyli "Tysiąca szklanek herbaty" Roberta Maciąga będącej zapisem rowerowej wyprawy po Azji.
A w kolejnym numerze... Wywiad z moim ulubionym basistą z najwspanialszej na świecie kapeli grającej cygańskiego punka "Gogol Bordello" - Thomasem "Tommy T" Gobeną. Tak tak, to oni grali na Heineken Open'er i sprawili, że znów poczułam się, jakbym miała 16 lat - o czym w kolejnym poście...
Póki co - zapraszam przede wszystkim do lektury wywiadu z Yoani Sanchez - enjoy!

I work at four places. I start loosing the control over time and things that are going on. At momoents I do not know what my name is. So please do not blame me for rare blogging. And that I have forgotten to mention that the 3rd number of Travinger is already online!
And there - yes I am going to boast about myself - is the second part of my interview with Yoani Sanchez that  I made in Havana! The central person of Cuban opposition, prizewinner of all possible blog and journalizst contests and one of the 100 most influencial people on our planet - according to "Time" magazine and the only blogger who interviewed Barack Obama invited Kasia and me to her house and now you can read about it. It's been a while until I could publish it but I've been waiting for the right place and time. Creating the "Travinger" magazine seems a perfect momentum.
From other texts by me - you can read another edition of "Finger's travel on the map" and two reviews  - one of the relation of a maritime catastrophy survivor (Steve Callahan's "Lost at sea") and a much lighter "1000 glasses of tea" by Robert Maciąg about biking around Asia.
And in upcoming issue... An interview with my favourite bass player of the best gypsy punk band in the world "Gogol Bordello" - Thomas "Tommy T" Gobena. Yes yes - it was them who played on the Heineken Open'er festival and made me feel 16 again.... About which I am gonna write in another post.
For now - the interview with Yoani Sanchez - enjoy!

wtorek, 3 lipca 2012

Pretty Woman


Moje życie – cały ten burdel. I w środku ja. Wciąż z patosem powtarzająca deklarację osobistej niezależności. Wieczna ofiara socjopatycznych męskich dziwek.
Biegam ulicami Warszawy – bo albo zapierdalam do celu, albo po prostu sunę swoim tempem. A mam 1,82 m wzrostu. I dobrze ponad metr nóg. To więcej niż większość ludzi. Więcej niż pierdolona Pretty Woman.
Pamiętacie scenę w wannie? Też tak kiedyś usiadłam w wannie z nogami wokół śniadego przystojniaka. Owinęłam te swoje wszystkiego razem dwa metry dwadzieścia wokół niego i mówię:
- Nawet Julia Roberts by ci tak dobrze nie zrobiła, wiesz?
- Czy to oznacza, że teraz będę musiał Ci płacić?
Teraz to on chce, żeby mu dziewczyny płaciły. Jeśli jeszcze nie europejską walutą, to przynajmniej uległością i uwagą. I wciąż pamięta moje dwa metry dwadzieścia wokół jego drobnej talii.

Biegnę znowu ulicą, nie do niego, raczej od niego. W upale z mokrego nosa wciąż zjeżdżają mi okulary. Nerwowym ruchem podciągam je do góry. Uciekam. Od rachunków, od faktur, dokumentów, mężczyzn, którzy mają skórę tak jasną, że widać na niej każde obtarcie, każdego pryszcza. Od moich dwudziestu siedmiu lat, coraz bliżej do urodzin. Tracę na wartości z każdym miesiącem.
Wkurwiają mnie ludzie, którzy idą wolnym krokiem. Narzekają na upał, wachlują się wszystkim – od kartek, ulotek, przez gazety po chińskie wachlarze, pięć złotych za sztukę, na ulicznych straganach drożej. Wymijam ich wywrzaskując swoje „przepraszam” tonem mówiącym „spierdalaj z drogi, bo cię zamknę w saunie wstrętny pokurczu”. Bozia dłuższych nóżek nie dała. Może dała co innego – kasę, szczęście, urodę, ja mam tylko swoje długie nogi i zamierzam zrobić z nich pożytek.

Jutro będę udawała nastolatkę. W Trójmieście podobno jest ledwie kilkanaście stopni, ale i tak założę swoją kusą czerwoną mini, tak obcisłą, że należałoby ją nosić bez majtek, żeby nie odznaczały się grubą linią na tyłku. Albo niech się odznaczają, niech patrzą. Oprócz długich nóg mam jeszcze niezły tyłek.
Z tysiącami w błocie będę wrzeszczeć pod sceną. Nie zawaham się zapiszczeć. Kolejnego dnia muszę odebrać wizytówki – w piątek mam prezentację w Koszalinie, koniec beztroski. Rzeczywistość narzuconej metryką dorosłości.
Dziś w autokarze obejrzę film. Jeszcze nie wiem jaki. Nawpieprzam się chrupek z czekoladą, żeby jutro płakać, że mi brzuszek lekko wystaje. Pogapię na paznokcie u stóp wymalowane ni to czerwonym, ni to różowym lakierem. Obok siedzą chyba Czesi, rozumiem pojedyncze słowa, ale nie całość, ciężko ich ignorować, wbijają się w świadomość co kilkadziesiąt sekund – czas ich zagłuszyć ścieżką dźwiękową z „Hype!” – ściągnęłam ją sobie po ostatnim poście.
Przejeżdżamy koło ulicy na której pracuję. Męczcie się! Ja pomęczę się za was w przyszłym tygodniu. Ale dzisiaj już cisza. Pretty Woman spuszczona ze smyczy. Dwa metry dwadzieścia gotowe do zagospodarowania.


My life – all this mess. And me inside Constantly and bombastically repeating my declaration of self independence. Constant victim of sociopathic male whores.
I run the streets of Warsaw – either loping to the goal or just pounding In my own rhythm. And I’m 1,82 m tall. And I have well over one meter long legs. It’s more than most of the people. More than a fucking Pretty Woman.
Do you remember the scene in the tub? I also sat like that once with my legs wrapped around a dark handsome guy. I wrapped those all together two meters twenty around him and said:
-          'Even Julia Robert wouldn’t do you that good.'
-         ' Does it mean that I have to pay you now?'
Now he wants to be paid by other girls. If not in an European currency than in submission and care. And he still remembers my two meters and twenty wrapped around his skinny waist.

I run through the street again not to him but rather away from him. In the heat my glasses are drawing of my wet nose. With a nervous gesture I put them back. I run away. Away from invoices, bills, documents and men with skin so pale that every tiny sore or spot is visible. Away from my twenty seven years – birthday is coming closer and closer. I lose my value with each month.
People piss me off – those who walk slowly. They complain about the heat and fan themselves with anything they can find – from pieces of paper, leaflets trough papers to Chinese fans five zloty a piece and on street markets more. I pass by them screaming my “excuse me” as if I was saying “get the fuck out of my way you damned runt or I’m gonna put your guts in the sauna”. God didn’t give you long legs but maybe it gave you something else – money, happiness, beauty – I have only my long legs and I’m gonna use them.

Tomorrow I will pretend to be a teenager. In Gdynia it’s Just sixteen degrees but I will wear my short red dress anyway – so tight that it should be worn without any panties so that they would not be visible underneath. Or maybe I shall let them be visible – let people watch. Apart from long legs I also have a nice ass.
With thousands I will be screaming in the mud under the stage. I will even squeak. And the next day I need to pick up my brand new name cards – on Friday I have a presentation in Koszalin, the end of carelessness. The reality dictated by the year of birth.
Today on the bus I’m gonna watch a movie. I don’t know which one yet. I’ll eat crisps with chocolate and cry tomorrow that my belly is visible. I will stare at my toes nails painted in some colour between pink and red. Check guys are sitting next to me. I understand singular words but not all . it’s hard to ignore them – they make their way into consciousness every twenty seconds – it’s high time to roar them down with the “Hype!” soundtrack that I downloaded after my last post.
We pass by the street I work on. Suffer guys! Next week I will suffer for you. But today – just silence. Pretty Woman on the loose. Two meters twenty ready to be used. 

wtorek, 26 czerwca 2012

Zawieście czerwone latarnie/Raise The Red Lanterns



„Zawieście czerwone latarnie” to historia kobiety powoli popadającej w obłęd. Dzień po dniu tracącej zmysły. Najmłodsza, czwarta  żona dojrzałego zamożnego mężczyzny wariuje z samotności w wielkim domu wypełnionym niechętnymi jej ludźmi. Nie może jej pomóc nawet najstarszy syn męża, który na jej nieszczęście jest gejem.
Młodej kobiecie brak jest uwagi, seksu – wszystkiego tego, czego potrzeba ludzkiej istocie do życia w momencie, gdy zapewnione ma konieczne do biologicznego przetrwania minimum. Chociaż jeśli wziąć pod uwagę piramidę potrzeb Masłowa, to seks wciąż należy do najniższego, podstawowego poziomu, czyli poziomu biologicznego przetrwania właśnie.
Ale przecież nie o potrzebach miało być. Te muszą zaspokoić się same.
Film pod tym tytułem, w reżyserii Yimou Zhanga widziałam wiele lat temu, jeszcze jako uczennica szkoły podstawowej – miałam chyba 13, może 14 lat. Był nagrodą od miesięcznika „Film”. Wtedy jeszcze można było pocztą przysyła do redakcji recenzje filmów i te najlepsze ukazywały się drukiem na ostatnich stronach magazynu. „Zawieście czerwone latarnie” dostałam w nagrodę za recenzję dokumentu „Hype – Zadyma” o fenomenie ruchu grunge’owego w USA.
Sama nie wiedziałam wtedy z czego bardziej się cieszę – z tego, że oto po raz pierwszy w moim bardzo krótkim jeszcze wtedy życiu, mój własny tekst ukazał się drukiem, czy z tego, że właśnie ten film na kasecie VHS dostałam w nagrodę (ach te piękne czasy, gdy magnetowid w domu jeszcze działał i dało się go podłączyć do telewizora). Wrażenie było olbrzymie. I chociaż nie byłabym w stanie powtórzyć choćby zarysu fabuły, gdyby nie przypadek z zeszłego tygodnia, to jednak do dziś wspominam go jako jeden z najważniejszych filmów, które widziałam. Przez wiele lat wymieniałam go jako mój absolutnie ulubiony. To przez ten film pierwszy raz zainteresowałam się kinem azjatyckim i później, podążając za reżyserami tzw. „chińskiej piątej generacji”, dotarłam do dzieł Wong Kar Waia.


W zeszłym tygodniu, czy może dwa tygodnie temu, albo może jeszcze wcześniej, przechodziłam koło składu tanich książek. Akurat skończyłam pozycję wypożyczoną z biblioteki, więc postanowiłam za sumę nie przekraczającą ośmiu złotych kupić coś na dalszą drogę – dzięki przebudowom w centrum Warszawy, czekało mnie dobre pół godziny stania w korku w dusznym autobusie. Wydałam dziewięć złotych. A w korku stałam czterdzieści minut. A kupiłam zbiór opowiadań Su Tonga, zatytułowany „Zawieście czerwone latarnie…”
Zabawne, jaka jest symbolika czerwonych latarni w Europie i w Chinach. Na kontynencie, z niewiadomych przyczyn zwanym starym, ich symbolika jest oczywista. Fakt, że w Polsce rzadkie są ogólnie wszystkim znane i „oznakowane” dzielnice czerwonych latarni wynika prawdopodobnie tylko z faktu, że przeszliśmy 50 lat w teorii bardzo pruderyjnej historii. W Chinach natomiast, choć odpowiednie dzielnice są dość powszechne – same czerwone latarnie znaczą coś o wiele innego  - są symbolem szczęścia i wieszane są, poza Nowym Rokiem, również z okazji zaślubin. Ale czy od tradycyjnego małżeństwa do prostytucji droga jest rzeczywiście aż taka daleka?
Niemniej jednak, czerwone latarnie zawisły w Warszawie. Oczywiście w Łazienkach. I będą wisiały już tylko do soboty, co oznacza, że jeśli się w tym tygodniu nie zbiorę chociaż raz wieczorem (w tzw. międzyczasie najlepiej) to już ich świecących nie ujrzę…
WIĘCEJ ZDJĘĆ


„Raise The Red Lanterns” is a story of a woman slowly turning mad. Day after day she loses her senses. The youngest, fourth wife of a rich old man is going crazy because of solitude in a huge house full of malevolent people. No one can help her – even the oldest son of her husband who unfortunately for her turns out to be gay.
Young woman lacks attention and sex – everything that is needed by a human being at the moment when all basic biological needs are taken care of. Though if we take into consideration the Maslov’s pyramid of human needs – sex still is one the most basic needs.
Still – not about Leeds it was supposed to be. These have to take care of themselves.
I saw the movie “Raise The Red Lanterns” directed by Yimou Zhang many years ago when I was still a primary school student. I was 13, maybe 14 years old. It was a prize from the magazine “Film”. Back then it was common for readers to send the reviews written by them to the redaction via post – and those best were chosen and published at last pages every month. “Raise The Red lanterns” was a prize for my review of the documentary “Hype!” about the phenomenon of grunge in USA.
Back then I wasn’t to decide which made me more happy – the fact that for the first time in my back then still very short life I had my own text published or that the prize was this particular movie on the VHS tape (good old time when the VHS player could still be plugged to the TV and it all worked). The impression was huge. And although if it wasn’t for some event from a week or two before – I wouldn’t be able to repeat even main pints of the story, I still call this movie one of the most important that I’ve ever seen. For many years I was listing it at the very top of my absolutely favorites. It’s because of this movie that I started being crazy about Asian cinema and later on, following the releases of the directors from the so-called “Chinese Fifth Generation”, I discovered Wong Kar Wai.


Approximately a week ago or maybe even earlier I was passing by a store with cheap books. A moment or two before I had just finished a book I borrowed from the library so I decided to spend no more than 8 PLN on something for the rest of my way – and thanks to the repair works in the canter of Warsaw I was facing another half an hour on the bus. I spent 9 PLN and stand in the traffic jam for 40 minutes. And I bought the collection of short stories by Su Tong entitled of course “Raise The Red Lanterns”…
Funny how the symbolism of red lanterns is different In Europe and China. At the continent called for no obvious reason “old continent” their meaning is wildly known. The fact that Poland rather does not have common and labeled red lantern districts is just a result of our 50 years long, officially prudish history. In China however – although these districts are rather popular – red lanterns themselves have completely different meaning. They’re a symbol of happiness and are raised for both – New Year and weddings. But is the difference between the traditional marriage and prostitution really so big?
Nevertheless red lanterns were raised in Warsaw. In Łazienki naturally. And they will hung there only until Saturday which means that if I do not find a free evening this week (best would be in the so-called meantime) – I will never see them shine…
MORE PICTURES


poniedziałek, 25 czerwca 2012

Wandering the streets of Warsaw - part 3



Dzisiaj trudno będzie mi pisać o włóczeniu się "ulicami" Warszawy, bo ten wpis jest ściśle tematyczny i poświęcony mojemu absolutnie ulubionemu miejscu w Warszawie - Łazienkom.
Zapytalibyście zapewne o przyczynę tej mojej dziwniej namiętności - otóż jest bardzo prosta - przy samych łazienkach pracuję. Przez Łazienki przechodzę idąc do pracy. Koło Łazienek z pracy wracam.


Przez Łazienki mogę przejść idąc na pocztę. Przez Łazienki przebiegam idąc biura jednego z naszych klientów. W Łazienkach czasem siadam na minutę - dwie, żeby zjeść drugie śniadanie.
Tu uciekam przed natrętnymi wiewiórkami, które znalazły sobie we mnie przyjaciółkę. Tu słucham krzyków pawi. Tu spiesząc się w deszczu do biura płoszę sarny.
I na piwo też tu mam najbliżej...
Dzięki temu, że byłyśmy tam razem z Adą - poszłyśmy dalej niż ja sama docieram zazwyczaj :D
WIĘCEJ ZDJĘĆ


Today it would be hard to write about wandering the "streets" of Warsaw because this post has it's stricly limited topic and is dedicated to my absolutely favourite place in Warsaw - Royal Museum of Łazienki.
You shall ask for the reasons of this specific passion - which are actually really simple - I work just next to it.  I go trough Łazienki on my way to work. Next to them I come back from work.


Through them I walk when I go to one of our client's office. There I seat sometimes for a minute or two to eat my second breakfest.
Here I escape crazy squirls which found a friend in me. Here I listen to peacocks' screams. Here I scary off the deers while harrying to my office.
And here is the closest location for grabbing a beer...
Thanks to the fact that I was with Ada - we managed to find places where I hadn't been before...
MORE PICTURES

niedziela, 24 czerwca 2012

Wandering the streets of Warsaw - part 2


Cisza zapadła.
Nie, nie lenię się, po prostu naprawdę mam czas wyładowany do granic i dlatego ciężko blogować. "Międzyczasu" brak...
Dlatego kolejny to będzie post "obrazkowy", którym odeślę Was do nienowego, ale wciąż odnawianego ALBUMU  poświęconego sztuce miejskiej. Warszawa jest bowiem nie mniejszą kopalnią graffiti, czy "malarstwa szablonowego" niż Barcelona.
Szczególne dla mnie "zagłębia" to okolice Rozbratu, galerii "Zachęta", pawilony przy Nowym Świecie... Perełki można odkryć wszędzie.


Silence.
No, I am not lazy, just simply truly busy with my life which makes it hard for me to blog. I lack the "meantime".
That is why I am gonna serve you another "picture" post, with which I am gonna send you back to the ALBUM which is not new but regularly refreshed and dedicated to the urban art. The reason is simple - Warsaw is as big a "mine" of graffiti and stencil painitng as Barcelona.
Most interesting places for me are: surroundings of Rozbrat street, the "Zachęta" gallery, pavilions next to Nowy Świat...
But rare pearl might be discovered everywhere.


poniedziałek, 18 czerwca 2012

Wandering the streets of Warsaw - part 1


Rozleniwiłam się. Dzisiejszy post to będą zdjęcia i tylko zdjęcia.
Przyjechała do nas Ada. I jak zawsze z Adą - uderzyłyśmy w miasto. Na piechotę. Leczę odciski, ale zdjęć jest mnóstwo - oto pierwsza partia tematyczna. A tu: ALBUM

I got lazy. So today post is all about pictures and only pictures.
Ada came to visit us. And as it always happens with Ada - we hit the pavements of Warsaw. Now I gotta heal my feet but pictures are plenty - and here you go with the first part. And here is the ALBUM.