poniedziałek, 7 lutego 2011

Alkoholi zawsze za mało, nawet na facebooku…/Never enough alcohol, even on facebook…












Alkoholi zawsze za mało, nawet na facebooku…
Oto wiadomość, jaką otrzymałam kilka dni temu (składnia oryginalna):

UWAGA!!!
Gramy w grę. Ktoś zaproponował, abyśmy my, wszystkie dziewczyny na facebooku zrobiły coś wyjątkowego aby uświadomić kobiety o zagrożeniu wystąpienia raka piersi (akcja pt. (eng.) Breast Cancer Awareness). Gra jest łatwa i chciałabym, abyś do nas dołączyła i pomogła nam to rozprzestrzenić. W zeszłym roku chodziło o wpisanie koloru stanika, jaki zazwyczaj nosisz w swój status na Facebooku i zostawienie wszystkich mężczyzn w zastanowieniu dlaczego wszystkie dziewczyny mają w swoim statusie kolor. W tym roku ma być to status twojego związku lub oświadczenie o stanie wolnym, oczywiście wszystko zakodowane.

Pamiętaj, nie odpowiadaj na tą wiadomość, tylko ustaw w profilu jeden z poniższych kodów, następnie skopiuj tą wiadomość w całości i wyślij jako nową do wszystkich swoich znajomych płci żeńskiej.


Tequila: jestem singlem
Jack Daniels: to skomplikowane
Rum: wolę kobiety
Champagne: zaręczona
Red Bull: w związku
Beer: w związku małżeńskim
Vodka: jestem tą "drugą"
Sprite: nie mogę znaleźć tego właściwego
Liquor: chciałabym być singlem
Gin: chcę wyjść za mąż

Zeszłoroczna ze stanikami dosięgnęła telewizji, pomóżmy, aby ten rok osiągnął taki sam efekt i pokażmy, jak silne są kobiety !!!

Nie chcę psuć zabawy, ani sabotować akcji, której cel jest przecież szczytny i dla każdej kobiety niezwykle istotny. Więcej – popieram ją całym sercem. Niemniej jednak, nie mogę nie przyznać, że pewien drobny detal mnie niepokoi.
Pomysłodawczyniami tych działań są jak mniemam kobiety i nie sądzę, aby miały one celu dyskryminowanie koleżanek, raczej przeoczyły po prostu pewien detal. Przyjrzyjcie się proszę jeszcze raz wymienionym kodom i temu, co poszczególne z nich symbolizują. I nie chodzi mi o to, że skoro wiadomość skierowana jest do Polek, to vodka mogłaby być wódką, liquor likierem itp. To naprawdę nieistotne.
Skieruję więc waszą uwagę na punkty, rzekłabym charakterystyczne – rum i sprite. Rum – wolę kobiety. No fajnie, ale co to oznacza? Jeżeli wolę kobiety i jestem w związku to czy mam napisać „rum z red bullem”? Jeżeli wolę kobiety i wstąpiłam z moją wybranką w związek małżeński (najpierw oczywiście wyjechałyśmy do Holandii, albo Hiszpanii, bo w Polsce niestety lesbijki w dalszym ciągu nie maja żadnych praw), to mam napisać „beer & rum”? Piwo z rumem mogłoby uchodzić za karaibską wersję rodzimego „u-boota”, ale jeżeli sytuacja między mną, a partnerką z jakiegoś powodu uległaby komplikacji, to musiałabym napisać „rum & jack daniels” i zostać posądzoną o alkoholizm, zaś w przypadku jeżeli matrymonialny wyjazd dopiero byśmy planowały – musiałabym to nazwać „rum & champagne”, czyli właściwie „mega kac dnia następnego”.
Rzecz jasna gdyby nie było punktu „rum” – byłoby łatwiej – nieważne z kim, czy bez kogo ale jestem w takiej to a takiej sytuacji. Ale wtedy należałoby przerobić sprite na „nie mogę znaleźć tej właściwej osoby”, bez określania płci. Niemniej jednak, skoro lesbijki mają się wyróżnić, to powinny mieć takie samo prawo do pełnego określenia swoich relacji z partnerkami, jak kobiety heteroseksualne. Bo nikt mi nie powie, że jeśli wpiszę w status „red bull”, to zostanie to odebrane jako informacja o związku z kobietą. Osoba znająca zasady, czyli, jako że akcja skierowana jest do kobiet, któraś z moich koleżanek, założy, że jestem z facetem. I przy okazji zapyta „jak tam twój chłopak”, co spowoduje że będę musiała odkręcać – „wiesz, to nie facet, ona ma na imię Ewelina”.
Nie chodzi mi o to, żeby koniecznie wprowadzać dodatkowe podziały, raczej o to, żeby właśnie eliminować chore rozróżnienia – „jestem lesbijką” i… I nic więcej? A może właśnie zamierzam się oświadczyć kobiecie mego życia… I co? Gin?

Never enough alcohol, even on facebook…
Here is a message I received few days ago (translation is mine):

CAUTION!
We play a game. Someone has proposed us, girls on facebook, to do something special to make women aware of the danger of breast cancer (action itself is untitled “Breast Cancer Awareness”). The game is easy and I would like you to join us and help to spread it. Last year we were posting the color of our bras as a status on Facebook to make men wonder why all the girls write about colors. This year we want you to post your relationship status or a declaration of being a single – everything encoded of course.
Remember not to reply on this message just post one of the codes given below as your status and then copy the message and send it to all your female friends.


Tequila – I am single
Jack Daniels – it’s complicated
Rum – I prefer women
Champagne – I’m engaged
Red Bull – I’m in a relationship
Beer – I’m married
Vodka – I am the “second one”
Sprite – I cannot find the right man
Liquor – I would like to be single
Gin – I want to get married*

Last year “bra action” was shown on TV – let’s make it happen again and show how strong women are!!!

I do not intend to ruin the game or sabotage the action which goal I find beautiful and extremely important for every woman. I shall say even more – I support it with my whole heart. Non the less I cannot take no notice of the one little detail that bothers me a bit.
I guess that the action was created by women and I do not suppose that discrimination of some of their female friends was their goal – I suspect it was simply an oversight. Please look again on the list of codes and what they symbolize.
I would like to drive your attention to, let’s say two characteristic codes: rum and sprite. Rum – I prefer woman. That is nice but what does it mean? If I prefer women and am in a relationship shall I write “rum & red bull”? If I prefer women and married the lady of my heart (after a trip to Holland or Spain as in Poland lesbians still have no rights) shall I write “beer & rum”? Beer & rum might be seen as a Caribbean version of Polish drink called “u-boot” but if things between me and her are getting more difficult I shall write “rum & jack daniels” and give my friends the right to suspect me of alcoholism. And if I got engaged shall I write “rum & champagne” or “a huge hangover on the day after”?
Of course if there was no such position as “rum” – it would be less complicated – no matter with or without whom but I am in such and such situation. But then sprite shall be changed into “I cannot find the right person”. Still – if lesbians are to be separated than they should have the same right and possibility to write about themselves as heterosexual women. And no one will make me believe that if I set the “red bull” status it will be seen as a relationship with a woman. No – the person who knows the rules of the game – and as the game is made for women it probably would be one of my female friends – will assume that I am with a man. And on the first occasion she might ask “how is boyfriend?” and make me explain “you see, it is not a man, her name is Eve”.
It is not my aim to create new divisions – but to cancel sick divisions like “I am a lesbian” and… And what? What if I want to ask my girlfriend to marry me? Gin?

*in Polish when you say “married” – you need to give a gender, so it says “I want to get married with a man”

sobota, 5 lutego 2011

Egipt / Egypt

Egipt
Przeciwnicy Mubaraka na placu Tahrir.
Zwolennicy Mubaraka na placu Tahrir.
Strzelanina.
Muzeum Egipskie plądrowane. Mumie zbezczeszczone. Ktoś się włamał do jakiejś piramidy. Mieszkańcy Kairu otoczyli muzeum kordonem, żeby powstrzymać wandali, ale to pracownicy są podejrzewani o niszczenie historii sprzed kilku tysięcy lat.
Ranni.
Zabici.
Aresztowani.
Pierwsza ofiara śmiertelna wśród dziennikarzy.























Rewolucja miała być demokratyczna. W pierwszym odruchu rzuciłam się do podpisywania petycji – o przywrócenie dostępu do Internetu i telefonii komórkowej (zdania nie zmienię), do uczestnictwa w wirtualnym marszu miliona solidarnych z protestantami. Potem ktoś mądry powiedział, że jedyną zorganizowaną grupą opozycyjną w tym kraju są islamiści – nie chcę być posądzona o dyskryminowanie żadnej religii – po prostu uważam, że religia powinna być oddzielona od polityki. Każda religia. Moje zapędy do wspierania opadły – niestety nie umiem uwierzyć w to, że ludzie kierujący się nawet szczytnymi ideałami demokracji, jeżeli brak im organizacji i struktur, są w stanie pokonać religijne organizacje zaangażowane w politykę. Ale cóż – nie mnie oceniać – tym bardziej, ze mój wstręt do wiadomości w dalszym ciągu utrzymuje się na niezwykle wysokim poziomie i nie jestem w pełni na bieżąco nawet z informacyjną papką serwowaną w mediach.























Więc chociaż mnie kusi – nie będę pisać o istotności demokratycznych przewrotów i cytować dziennikarzy mówiących i piszących o egipskiej wersji roku 1989. A tak korci…
Kilka miesięcy temu pociłam się pod prześcieradłem w małym, dusznym pokoiku, pełnym mrówek niedaleko placu Tahrir. Naprzeciwko Muzeum Egipskiego. Widoku z okna i różowo – pomarańczowych ścian muzeum nie podziwiałam, bo a – klimatyzacja chodziła na pełnych obrotach i nie zamierzałyśmy z Mamą, z która tam byłam, wpuszczać ukropu do środka, b – hałas z ulicy i nigdy nie milknące klaksony zagłuszyłyby każdą rozmowę, nie mówiąc już o uniemożliwieniu drzemki, czy snu.
W Kairze spędziłyśmy ledwie kilka dni, po podróży z Port Saidu i dopłynięciu do tegoż statkiem handlowym prowadzonym przez mojego Tatę. Nawiasem mówiąc porty są teraz nieczynne, Ojciec niedawno przepływał Kanałem Sueskim i pisał o pustych nabrzeżach, wyludnionych bulwarach, zamarłych terminalach. Rzeczony plac przecięłyśmy jednak w tym czasie wiele razy. Nie umiem skojarzyć go z krwią.























W telewizji pokazywali ujęcie na którym widać sklep, w którym kupowałam ślubny prezent dla przyjaciela. Dostałyśmy wtedy z Mamą po skarabeuszu – przed wyjazdem na wesele zrobiłam z nich bransoletki, które miały Mamie przynieść spokój, a mnie szczęście w mającej się wkrótce rozpocząć, samotnej podróży przez Europę Wschodnią (Mama jeszcze wtedy nie wiedziała, że podróż ma być samotna). Przed tym sklepem stały chyba wozy pancerne – pochodzę z epoki, która dla Polski była jak dotąd pokojowa, więc pewności nie mam, ale – powiedzmy – na zwykłe ciężarówki to nie wyglądało.
Może to tylko podszepty wyobraźni, ale w gazecie widziałyśmy zdjęcie chłopaczka siedzącego na czołgu, który wyglądał jak nasz przewodnik po Gizie (gdzie swoją drogą na pustyni złapałam kleszcza i uznałam to za przejaw jakichś pozostałości egipskich plag, nieświadoma, że plaga na Egipt spadnie kilka miesięcy później).
Oglądam teraz te wszystkie zdjęcia, ujęcia, nagrania i relacje i mam wrażenie, jakbym widziała film nakręcony w znajomych dekoracjach – i te, spłaszczone przez ekran zdają się być marną scenografią. Czy ktoś, kto nigdy nie widział na żywo czołgu na ulicy jest naprawdę w stanie go sobie wyobrazić? Z punktu widzenia doświadczenia i „kolekcjonowania” wiedzy – to dobrze, czy źle, że nigdy tego nie widziałam?























Egypt
Mubarak’s oponents on Tahrir Square.
Mubarak’s proponents on Tahrir Square.
Shooting.
Egyptian Museum robbed. Mummies defiled. Someone broke into some pyramid. Cairo inhabitants surrounded the museum to stop vandals but those are workers who are suspected to destroy the history thousands of years old.
Wounded.
Killed.
Arrested.
The first mortal casualty among journalists.























The revolution was supposed to be democratic. My first reaction was to sign all the petitions – about bringing back the Internet connection and mobile phones (and I’ll stick to it), to take part in virtual march of millions solidary with prostesters. Than someone wise said that the only organized opposition group in the country are Islamists – I do not want to be suspected of discriminating one religion – I simply think that no religion shall be connected with politics. And I mean every religion. My desire to support was “cooled” – I just cannot believe that even people driven by noble idea of democracy in not organized and structured can win with religious groups directed on politics. But well – I am not the one to judge – especially because my disgust towards news is still strong and I do not even fully follow the information pulp served by media.
Though it is so hard to resist the temptation to write about how important are democratic changes or to quote some journalists saying that what we observe is Egyptian version of Polish (and later European) year 1989.
Few months earlier I was sweating under the sheet in small, stuffy room close to Tahrir Square and in front of Egyptian Museum. I was not looking out the window on orange – pink walls of the museum cause – a – air conditioning was fully operating and mom and me, we had no intention to let the heat inside, b – because the noise with hoots was strong enough to disable any conversation or sleeping attempt.























In Cairo we spent only few days, after we came from Port Said after we had sailed there on the merchant vessel commanded by my father, (I shall mention that he was crossing the Suez Channel just few days ago and wrote us about empty ports, deserted boulevards, closed terminals). Still we crossed the Tahrir Square quite a few times back than. And somehow I cannot associate this place with blood.
On TV I saw picture showing the shop where I had bought a wedding gift for my friend. The salesman gave us to scarabs – I made bracelets with them – one for mom to keep her calm and second for me to bring me good luck on a then planned and soon started trip to Eastern Europe (back then mom did not know I was to travel alone). And in front of this shop there were two war wagons I think – am no expert as I come from the times that were peaceful for Poland – still they didn’t look like simple trucks.
Maybe it’s just imagination but on the newspaper we saw a picture of a boy sitting on a tank who looked just like our guide from Giza (where – funny thing – I caught a tick just in the middle of the dessert and “considered” it a leftover of some ancient Egyptian plague not even imagining that the real plague was to come in a few months).
Now I watch all those pictures, films and recordings having an impression that I am watching a movie made in familiar decorations which on the screen seem to be just a badly made scenery. Does anyone who has never ever seen a tank on the street “live” can really imagine it? Considering the “gathering” of experience and knowledge – is it good or is it bad that I have never seen it?

sobota, 27 listopada 2010

Lizbona - Dzień pierwszy / Lisbon - Day one





















Lizbona – dzień 1-szy – kniazini odmawia dorosłości
Przy wyjściu z lotniska kawa za 1,5 euro i strefa dla palaczy – zaczyna się dobrze. Kniazini kończy palić i karoca nr 44 podjeżdża. W mieście korek, ludzie stoją sobie na głowach, ale kniazini Aleksandra ma gdzie siedzieć, a nazwy przystanków są elegancko wyświetlane na tablicy, żeby się przypadkiem nie zgubiła. Za oknem leje, ale dziś świat pada jej do stóp. Restauradores - wysiada, wyciąga adres z kieszeni, porównuje z ulicą i widzi, że pod numerem 65 jest owszem – Tabacaria. No cóż, może nie będzie miała gdzie mieszkać, ale papierosów nigdy za dużo. Wchodzi, a tam lustrzane odrzwia o złoconych klamkach i krzywy napis „Kitsh Hostel”. Są więc i papierosy i królewskie łoże w sali 10-cio osobowej.
Wita ją urocza młoda dama, dwórka jak się patrzy i z miejsca wyrzuca na bruk, bo check – in jest od 14ej. Onieśmielona jej urodą kniazini jednak poddaje się bez walki i ulatnia (bez aparatu fotograficznego, co okaże się zbawienne, bo w lizbońskim deszczyku utopi paszport, notes, portfel i własną głowę) niczym duch. Z radości zjada ciastko, na tekturowej tacce – przy dobrym oświetleniu na pewno wyglądałaby na srebrną.























Pierwsza jej obserwacja jest następująca – jak i w Barcelonie, tu również wszystkie pierdółkarnie prowadzone są przez Hindusów, Pakistańczyków, Bengalczyków – zawsze uprzejmych i nieraz przystojnych – z uśmiechem na twarzy przepłaca więc za parasol (i tak jest taniej niż w Barcy, poza tym we własne urodziny kniazini mieć za kołnierzem sucho musi) i śmiało rusza na podbój wąskich, brukowanych uliczek. I równie szybko odkrywa też swój obuwniczy błąd – przyzwyczajona do płaskiej, ale ostatnio zimnej Barcelony, zabrała bowiem tylko jedną parę butów – ciepłych i owszem, ale za to na obcasie. Dochodzi do rzeki, zakręca w prawo i dostojnym, choć chwiejnym krokiem, zagłębia się w wąskie uliczki, pomiędzy obdrapany tynk, brudne kafelki, powybijane okna, opuszczone domy. Na ulicach syf i miejscami smród. Znajomy. Falami wracają wspomnienia z Salvador da Bahia – kniazini znowu ma 22, a nie 26 lat. Przecież Brazylia też ją witała karnawałową ulewą, na wejściu do portu – gdy po dwóch tygodniach przebijania się jachtem ze Świętej Heleny, musiała swym okrętem stać u wybrzeży nowego lądu przez dwie godziny, by zacząć coś widzieć na odległość większą niż 10 metrów i słuchała dochodzących z brzegu odgłosów ostatniej parady na nabrzeżu… I tu jest tak podobnie, tylko, cholera zimno i na placach brak półnagich, błyszczących od potu, młodych bogów ćwiczących capoeirę. W ogóle ludzi coś na tych ulicach brak – czasem słychać gdzieś przemykających amerykańskich turystów, którzy dziwią się wszystkiemu – od bezpańskiego psa, który im przebiegł drogę, po kawałek szkła na chodniku. Nie są pewni, czy mają się zachwycać, czy odwracać z obrzydzeniem głowy.























Ale księżna Aleksandra Wysoka jest w swoim syfiarskim żywiole – księżniczka, na śmiecio – tronie. I jedynym, co powoduje lekki dyskomfort są nie tyle hektolitry wody, które już po pół godzinie powodują, że jej spodnie mają podwójny kolor, w torebce pływają dokumenty, a w butach ma kałużę, tylko fakt – księżna nie jest drobiazgowa, bo wielka jest duchem - że bruk robi się śliski. Zaczyna więc księżna dumać nad tym, dlaczego w dzieciństwie porzuciła lekcje łyżwiarstwa figurowego – zdążyła już bowiem dotrzeć w okolice Bairro Alto – czy pod górkę, czy z górki, ślizga się biedna na wszystkie strony i zachowanie pozy dostojnej kniazini przychodzi jej z wielkim trudem. Cóż za wstyd! Nogi bolą od ciągłego napięcia. Ale wnet Aleksandra przypomina sobie, że w urodziny spróbować miała absyntu – więc trochę po to, żeby go znaleźć, a trochę po to, żeby się ogrzać i podsuszyć, zaczyna odyseję po wszystkich sklepach z flaszkami. Uliczki po drodze coraz bardziej falują. Kolana wyją „te, księżniczka, jak już mózg zostawiłaś w domu, to chociaż oszczędzaj ścięgna!”. Niestety portugalscy ignoranci absyntu wszędzie mają tylko jeden rodzaj – przezroczysty, w nieładnej butelce (a przecież miał być w kryształowej karafce na czerwonej poduszce) i jeszcze drogi jakby to co najmniej był rum Havana Club Anejo (15-to letni). W tej sytuacji księżna nie może zgodzić się na zieloną wróżkę pozbawioną koloru – fason trzeba trzymać – więc gdy po kolejnym, przymusowym ześlizgnięciu z kostki brukowej, kniazini ląduje tyłkiem pod supermarketem, kończy się czas na zastanawianie – i już w koszyku podzwania tania whiskey i coca cola plus oliwki na zagrychę – jeszcze może nie zaplanowane na ten dzień burżujstwo, ale przecież chociaż w urodziny kniazini odstawić może siarkę…























Gdy po czterech godzinach dociera do hostelu, bohaterka nasza ma wrażenie, iż składa się z galaretki. Ewentualnie z maczanych w zimnej herbacie zdechłych herbatników. Przyobleka się zatem w ciepłą, polarową szatę i robi pierwszego drinka (pardon! Miało być „pije”, nie „robi” – wiadomo że nad tym dwórki czuwają). Trochę cieplej. Robi drugiego drinka, przestawia godzinę w telefonie, nastawia budzik, wycisza dźwięki, radośnie siada do komputera. Trzeciego drinka nawet nie dopija, gdyż morzy ją sen.
Tego popołudnia jest kniazini umówiona z koleżankami z klasy z liceum. Cieszy się na to spotkanie, bo przecież nie widziała ich od ponad siedmiu lat. Ale kiedy się budzi, z przerażeniem stwierdza, że jest spóźniona o godzinę, co przedstawicielce królewskiego rodu nie przystoi - budzik nie zadzwonił, bo czas przestawiony, ale nie w tę stronę, a na telefonie cała lista nieodebranych połączeń. Wypada z hostelu najszybciej, jak się da, po drodze myśląc, jakim cudem się po tylu latach rozpozna swe padrugi. Ale oto są – te same dziewczyny, z którymi robiła maturę. Asia jest już matką, mieszka w Portugalii z mężem i dziecięciem, Ada jest korespondentką polskiego radia, w dodatku na weselu Asi też poznała pewnego Portugalczyka… Ale po pięciu minutach już sobie przypomina, jak ją właśnie, księżnę gdyńską i Adę za szkołą złapała na fajce dyrektorka ds. administracyjnych: „Pamiętasz, Olka, wcześniej nawet nie wiedziałyśmy, że taka kobieta istnieje!”…























Czasu przez jej haniebne niedbalstwo mają mało, ale Aleksandra ma wrażenie, jakby ten się cofnął – nie ma już nawet dwudziestu dwóch, a znowu osiemnaście lat.
Ale dziewczyny muszą wracać – a ona wspina się z powrotem w okolice hostelu. Wchodzi na kolację do pobliskiej knajpy – o tej porze serwują już tylko pizzę – żołądek królewskiego rodu szczęśliwie przyjmuje kuchnię śródziemnomorską. Uświadamia sobie jednak nasza bohaterka, że od rana wypiła tylko dwa drinki, więc wlewa w siebie lodowatą colę, by po chwili odkryć, iż nie może mówić. Nad pizzą przysypia – bo zarwana noc, bo wczesny lot, bo jej najważniejsi mają wyczucie czasu i z życzeniami dzwonią w środku nocy, bo męcząca ślizgawka przez pół dnia, bo dużo wrażeń, bo… jednak od tego dnia już nie będzie już mogła korzystać z przywileju ulgowych biletów…
Wraca więc kniazini do hostelu i pada zemdlona, w objęcia morfeusza…























Lisbon – Day 1 – princess says no to adulthood
On the exit from the air port – cafe for 1,5 euro and a zone for smokers – that is a good start. The princess finishes her cigarette and there she comes – her carriage no. 44. There is a traffic jam and in the bus people are standing on one another but princess Aleksandra has a place to seat and the names of stops are shown on the liquid-crystal unit so that she would not get lost. Behind the windows it’s pouring but today the world is paying it’s respects to the princess. Restauradores – she gets out, takes the card with the address out from the pocket, checks the street and what she sees is – there is number 65 but in the place there is only Tabacaria. Well – maybe the princess will have no place to sleep but there is never too many cigarettes. She enters and there they are – huge doors with golden knobs and a crooked inscription “Kitsh Hostel”. So she has cigarettes as well as a queen’s bed in a room for 10 people. She is received by a charming young lady – real court’s maid – and instantly is being thrown out – the check in starts at 2 p.m. The princess overwhelmed by young lady’s charm and beauty disappears instantly like a ghost (without a photo camera which is going to turn out as salutary because as future events will prove, in the Lisbon rain she will drown passport, notebook and even her own head). Happiness drives her into eating a cake served on a cardboard salver (in the proper light it would seem silver).
Her first observation is as following – as in Barcelona – all the souvenir shops are held by Indians, Pakistanis or Bengalis – always very kind and usually handsome – so she overpays for the umbrella with a smile on her face (still – it’s cheaper than in Barcelona and at least on her own birthday she shall keep her collar dry) – and there she goes for the conquest of narrow, paved streets. And soon enough she discovers her shoe mistake – used to cold but flat Barcelona, she took only one pair of shoes – warm they are but high - heeled. She reaches the shore of the river and turns right – walking with dignity but without certainty – into narrow streets, crushed plaster, dirty tiles, broken windows, empty houses. On the streets there is dirt and stink. And stink is surprisingly familiar. Memories from Slavador da Bahia are coming back in waves – there princess is 22 again instead of 26. The Brazil also greeted her with carnival pouring rain on the entrance to the port – while after two weeks of Atlantic crossing from St. Helena she had to wait for two hours until the visibility becomes a bit better and listen to the fading sounds of last parade on the waterfront… And here everything is so similar – just a bit damn colder and there are no young, half naked and shining with sweat gods practicing capoeira on the squares. There are generally few people on the streets – from time to time she just can hear some American tourists crossing the street and showing their astonishment because of stray dogs or pieces of glass on the pave. They seem not to be sure if they shall be thrilled or disgusted.
But Princess Aleksandra the Tall is in her dirty rage… The princess on her garbage throne. And the only thing that makes her feel a bit uneasy is – no, not the liters of water falling from the sky which cause that after half of hour her trousers are two colored, her documents are drifting in her purse and her shoes resembles swimming pools – no the princess is not pedantic – it’s just the fact that the pave is becoming slippery. So the princess starts to wonder why she decided to give up on figure skating classes – cause now she already is in Bairro Alto – and no matter if she is walking up or down the hill – she slides crazily and keeping the pose of proud princess is becoming almost impossible. What a shame! Legs hurt from tension. But than Aleksandra reminds herself that on her b-day she was to try absinth so – a bit to find it and a bit to dry herself up she starts her odyssey around liquor shops. Streets resemble waves and her knees are screaming – “hey, princess maybe you left your brain at home but at least take care of your sinews!”. Unfortunately Portuguese ignoramuses have only one kind of absinth – white and in an ugly bottle (and it was supposed to be in a crystal carafe served on a red pillow) and expensive like if it was Havana Club Anejo (15 years old) rum. In such situation the princess cannot accept green fairy without color – one cannot forget about the style – so while after next slippery part she lands with her ass on the pavement in front of the supermarket – there is no more time to wonder and she ends up with cheap whiskey, coca cola and olives in her trolley – maybe not the real bourjois planned for that day – but still she at least can ban sulphur.
When after four hours our heroine finally reaches the hostel she feels like if she consisted of jelly or maybe biscuits dipped in cold tea. So she puts on warm clothes and prepares the first drink that day (pardon! – not prepares, she drinks – the drink magically shows up in her hand). It’s becoming warmer. She drinks the second one, changes time in her phone, sets the alarm, turns the sound off and happily sits in front of the computer. She does not finish the third drink cause she falls asleep.
This evening the princess has an appointment with her friends from high school. She is happy for this meeting cause she hasn’t seen them for over seven years. But when she wakes up she notes with horror that she’s an hour late which is so inadequate for the royal family member - but the alarm did not start cause the time was changed in the wrong direction and there is a whole list of not received calls on her phone. She hurries out from the hostel thinking about how the hell she’s going to recognize her friends after all those years but! – there they are – the same girls. Asia is already married and a mother and Ada is a journalist of polish radio working in Portugal and living with a man she met on Asia’s wedding. And after few minutes she reminds herself how she and Ada were caught smoking by the administrative director of their school “and you remember Ola, before that we didn’t even know that such a woman exists!”
Because of the princess negligence they don’t have much time but Aleksandra feels like if the time has moved back and she is not even twenty two now but eighteen.
But girls have to come back – and she is climbing back to the hostel. She goes for the dinner to the nearby restaurant – at this time they serve only pizza – luckily the royal stomach takes Mediterranean cuisine. But then she realizes that since the morning she had only two drinks, so she has ice cold coca cola after which she cannot talk anymore. And she falls asleep over the pizza because of the night without sleep, cause the flight was early in the morning, cause her most important people have great timing and call her in the middle of the night, cause the road was slippery, cause she had so many experiences that day… cause since that day she won’t be able to use the privilege of buying cheaper tickets anymore…
So princess comes back to the hostel and falls straight into the arms of Morpheus...

środa, 24 listopada 2010

35/26

Nie bedzie zdjecia, bo nie spakowalam kabelka... (a jestem w Lizbonie) Bedzie tylko kolejne podsumowanie. W ostatnim roku zdarzylo sie duzo, bardzo duzo. Troche zwiedzilam, przenioslam sie do Bracelony na kilka miesiecy, pozwolilam sobie znowu zaczac odczuwac - moze popelnilam blad, ale czasu cofnac sie nie da. A moze jednak zorbilam krok w dobrym kierunku... To i tak nie ma znaczenia, kolejny rok mija, zycie toczy sie dalej.
Lista znowu sie powieksza. Tym razem o piec krajow : Ukraine, Modawie, Rumunie, Egipt, Portugalie.
Oto pelna lista, kolejnosc jak zawsze przypadkowa:
1.Litwa
2.Łotwa
3.Finlandia
4.Szwecja
5.Norwegia
6.Dania
7.Niemcy
8.Czechy
9.Francja
10.Belgia
11.Holandia
12.Luksemburg
13.Hiszpania
14.Włochy
15.Słowenia
16.Słowacja
17.Węgry
18.USA
19.Kanada
20.Australia
21.Mauritius
22.RPA
23.Brazylia
24.Austria
25.Wielka Brytania
26.Wenezuela
27.St. Lucia
28.St. Vincent & Grenadines
29.Kuba
30.Rosja
31.Egipt
32.Ukraina
33.Rumunia
34.Moldawia
35.Portugalia

There will be no photo cause I have forgotten to take the cable with me (and I am in Lisbon). There is going to be only next summary. Lots of things happened last year. I visited some places, I moved to Barcelona for couple of months, I did let myself to have feelings again - maybe I made huge mistake but the time cannot be moved back. Still - maybe I made a step in right direction... Who knows... Anyway - it doesn´t matter, another year passes by and life is moving forward.
And the list is growing bigger. This year there are five new countries: Egypt, Ukraine, Romania, Moldova, Portugal.
And here is a full list (in accidental order):
1.Latvia
2.Lithuania
3.Finland
4.Sweden
5.Norway
6.Denmark
7.Germany
8.Check Republic
9.France
10.Belgium
11.Netherlands
12.Luxembourg
13.Spain
14.Italy
15.Slovenia
16.Slovakia
17.Hungary
18.USA
19.Canada
20.Australia
21.Mauritius
22.Republic of South Africa
23.Brazil
24.Austria
25.UK
26.Venezuela
27.St. Lucia
28.St. Vincent & Grenadines
29.Cuba
30.Russia
31.Egypt
32.Ukraine
33.Romania
34.Moldova
35.Portugal

niedziela, 21 listopada 2010

Świat na pomarańczowo / The world in orange
























Budzę się, czy zasypiam, mam przed oczami pomarańczowy prostokąt z białym paskiem po środku, czarnym napisem i zielonym, pomarańczowym, albo czerwonym znaczkiem w rogu. Napis oznajmia, czy ktoś jest bądź nie jest dostępny. Wyciszyłam dźwięki, więc przynajmniej nie podskakuję już nerwowo na każde „plum”, bo wiem, że jest urojone. Teraz podskakuję tylko, gdy kabel stuka o słuchawki, bo to stuknięcie przypomina odgłos czatu na Facebooku. Na szczęście Facebook ma mnie oczojebne kolory od Skype’a, więc te nie śnią mi się po nocach.
Zastanawia mnie, czy to jest uzależnienie od komunikatora, czy osób, których mi brakuje. Zagłuszanie myśli muzyką i oślepianie się nowymi widokami na kilometrowych spacerach nie do końca pomaga – film w mojej głowie jest niezależny od zewnętrznych bodźców i wyświetla się sam. To nie DVD – w zestawie nie było pilota.























Wiem jedno – w momencie, gdy osiadam w jakimś miejscu – co oznacza, że spędzam gdzieś więcej niż powiedzmy tydzień – uzależnienia się nasilają. Brak stałego przemieszczania powoduje, że mózg dobiera mi się do dupy. W drodze nie ma czasu i szkoda kasy na kafejki internetowe – tak jest na lądzie. Na wodzie jest o wiele łatwiej – limity przesyłu danych przez SSB ułatwiały mi koncentrowanie się otoczeniu – wyjście poza własną głowę i opuszczenie śmietnika, który w niej zalega. W drodze, czy w rejsie śmietnik robię co najwyżej w plecaku, z którego codziennie wyrzucam wszystkie graty w poszukiwaniu czegoś, co „na pewno zgubiłam” lub „może mi ukradli”.
Dla wielu osób bycie w drodze to przyjemność, wakacje, odpoczynek. Dla mnie – konieczność – jak odkurzanie w pokoju raz na jakiś czas. Droga jest po to, żeby nie utonąć w syfie, nie zginąć pod zwałami śmieci. A czasem po to, by przypomnieć o priorytetach – o wiecznym niedostatku wiedzy, o potrzebie poznania. O tym, jak wciąż za mało wiem przekonuję się właśnie w drodze – tak, jak ostatnio odkryłam (wstyd się przyznać), że Picasso to nie dość, że nie tylko kubizm, to na dodatek wcześniej był może i ciekawszy, a przede wszystkim stworzył najbłękitniejszy, najintensywniejszy portret, jaki miałam okazję oglądać.























Pablo Picasso "The portrait of Senora Soler


Ale wróćmy do sprzątania. Gdziekolwiek nie „osiądę”, śmietnik zawsze jedzie ze mną. Szukałam miejsca, które pozwoliłoby mi oczyścić mózg z brudu. Nie znalazłam go w żadnym z trzydziestu czterech krajów, które odwiedziłam. Nie znajdę też pewnie w Portugalii. Może miejscem, które w największym stopniu przejęło aktywność mojego mózgu była Hawana i wiem, że na pewno chcę tam wrócić, ale przecież Barcelony również pragnęłam. Poza tym Hawanę zwiedzałam na takiej dawce adrenaliny, że trudno mówić o czystym osądzie sytuacji. Może po prostu mój własny śmietnik zniknął na chwilę za gruzowiskiem hawańskich ulic.























Są na świecie ludzie, którzy szybko czyszczą swoje mózgi, wywalając to, co zbędne (bolesne? Można górnolotnie powiedzieć „zwalczają własne demony”, chociaż Goya już nie jest w modzie.) i przygotowując je na przyjęcie „nowych danych”. Większość z nas widzi w nich zazwyczaj nieczułe monstra, współczesnych Frankensteinów, socjopatów. Ale może taki będzie człowiek przyszłości? Ludzie, o których wspomniałam, żyją jak my wszyscy, w społeczeństwie, które wynalazło niszczarki dokumentów, spalarnie śmieci, zakłady oczyszczania miasta – tyle, że poszli o krok dalej i zamontowali całe to ustrojstwo we własnych głowach. I teraz nie śnią im się po nocach pomarańczowe prostokąty, bo usunęli śmietnik wspomnień i oczekiwań, prostokąty znikają razem z kliknięciem na „x” w prawym górnym rogu.
A co do miejsc – Barcelona ma przynajmniej tę jedną zaletę, że pod koniec listopada mogę niespiesznie spacerować, słuchając Prokofiewa i rozpiąć płaszcz, by cieszyć się ciepłem jesiennego słońca…























No matter if I am falling asleep or waking up – I see this: orange rectangle with the white stripe in the middle, black letters and green, orange or red sign in the corner. Letters tell me if someone is or is not available. I turned the sound off so I do not react nervously on the “plum” sound anymore – I realize that is just an illusion. Now I only jump when I hear the cable touching my headphones cause it makes the sound similar to Facebook chat. Luckily Facebook colors are less sharp than those used on Skype so I do not see them whenever I close my eyes.
It makes me wonder if I am addicted to electronical means of communication or the people I miss. Jamming my thoughts with music and blinding myself with new views during my long walks through the city does not really help – the movie in my head is resistant to all external impulses and it plays itself. My head seems not to be DVD – there was no pilot in the set.
But I know one thing – when I settle in one place – and lets say it means staying somewhere for longer than one week – my addictions are becoming stronger. The luck of constant traveling causes the situation when my brain is making a pass at my ass. On the road there is no time or money for internet cafes – at least on land. On the water it is even easier – data transfer limits on SSB always made it less complicated for me to concentrate on the surrounding – which meant leaving my head and the garbage I have inside. On the road or during the voyage I have garbage only in my backpack which I keep on turning upside down everyday in search of something “I surely lost” or “had been stolen from me”.
For lots of people hitting the road is a pleasure, vacation, the way to have the rest. For me it is a necessity – like cleaning my room from time to time. The road is to save me from drowning in dirt, dying in trash. And sometimes to remind me of priorities – like constant luck of knowledge or the need to know. About how little I know I discover mostly on the road – like most recently (I am ashamed to admit) I discovered Pablo Picasso from before cubism – even more interesting. And I saw for the first time the bluest and most intense portrait I’ve ever seen.
But I need to get back to cleaning – wherever I go or settle – my garbage go with me. I have been looking for a place to clear my brain from dirt and have never found it though I’ve visited thirty four countries. And probably I will not be able to find it in Portugal as well. Maybe the one place that took control over my brain’s activity was La Habana and I know for sure that I want to get back there – but so - I desired Barcelona. Moreover I was visiting Havana with such amount of adrenaline in my blood that my vision could easily be blurred. Probably my personal trash was hidden behind the rubble of the streets of Havana.
There are people in this world who have the capability of cleaning their brains very quickly, throwing out what is useless (painful? You can put it in a bit bombastic way saying “they fight their demons” – though Goya seems not to be fashionable anymore) and preparing them to receive “fresh data. Most of us see in them insensitive monsters, modern Frankensteins, sociopaths, but maybe that is a man of the future? Still - people I mentioned live in the same society as us – the one which discovered shredders, garbage incinerators, city cleaning institutions – they’re just one step ahead of us cause they use it also in their heads. And they do not have dreams about orange rectangles cause they already deleted the garbage of memories and expectations and the rectangles disappear with a click on an “X” in the right upper corner.
But when it comes to places – Barcelona has at least the one advantage – in the end of November I still can walk slowly through the streets, listening to Prokofiev and unbutton my coat to feel the warmth of the autumn sun…*

*if there are mistakes... sorry... white wine guys - u understand... :D

wtorek, 9 listopada 2010

Niepowstrzymany głód / Irresistible Hunger

























Niepowstrzymany głód
Tu nie chodzi o to, że robisz obiad na dwa dni, a potem na kolację zjadasz tę drugą porcję, robisz sobie kanapkę, zagryzasz jogurtem z przyprawą curry i jeszcze postanawiasz spróbować sera, którego smak znasz. Tu nie chodzi o to, że masz ochotę iść do sklepu i kupić czekoladę na deser. I nie o to, że myślisz o potrawach, których nie możesz zjeść. A nie jesteś w ciąży. Chodzi o to, że jest zimno. I o to, że czegoś ci brak. Chociaż masz wszystko. No… prawie… Ale „prawie” jest zasadą, która rządzi twoim życiem.
Nie możesz iść na spacer, bo masz prawie gruźlicę (kombinacja papierosów i przeziębienia). Nie masz tego jak spalić – czujesz prawie wstyd. Prawie się przejmujesz.
W języku polskim „prawie” leży bardzo blisko „prawa”.
Jutro po prostu pobiegaj.

Irresistible Hunger
It is not about the fact that you cook dinner for two days and then you eat the second portion as your supper, next you make yourself a sandwich, you change the taste with yogurt and curry spice and later you decide to try the cheese which taste you know all too well. It is not about the fact that you feel like going to the shop to buy yourself a chocolate for the desert. And not about the fact that you keep on thinking about the dishes you cannot taste. And you are not pregnant. It is about the fact that you are cold. And that you are missing something. Although you have everything. Well.. almost… But ‘almost’ is the rule of your life.
You cannot go for a walk cause you almost have tuberculosis (the combination of cigarettes and cold). You have no possibility to burn it out – you’re almost ashamed. You’re almost serious about it.
In polish language the word “almost” is very close to “law”.
Just go and have some jogging tomorrow.