Dostałam od znajomego - na poprawę humoru:
Różnice temperatur, a właściwie ich percepcji wśród różnych nacji.
+ 20°C Grecy zakładają swetry (jeśli je tylko mogą znaleźć).
+ 15°C Jamajczycy włączają ogrzewanie (oczywiście, jeśli je mają).
+ 10°C Amerykanie zaczynają się trząść z zimna.
Rosjanie na daczach sadzą ogórki.
+ 5°C Można zobaczyć swój oddech.
Włoskie samochody odmawiają posłuszeństwa.
Norwegowie idą się kąpać do jeziora.
0°C W Ameryce zamarza woda.
W Rosji woda gęstnieje.
- 5°C Francuskie samochody odmawiają posłuszeństwa
- 15°C Kot upiera się, że będzie spał z tobą w łóżku.
Norwegowie zakładają swetry.
- 17.9°C W Oslo właściciele domów włączają ogrzewanie.
Rosjanie ostatni raz w sezonie wyjeżdżają na dacze.
- 20°C Amerykańskie samochody nie zapalają
- 25°C Niemieckie samochody nie zapalają.
Wyginęli Jamajczycy.
- 30°C Władze podejmują temat bezdomnych.
Kot śpi w twojej piżamie
- 35°C Zbyt zimno, żeby myśleć.
Nie zapalają japońskie samochody.
- 40°C Planujesz przez dwa tygodnie nie wychodzić z gorącej kąpieli.
Szwedzkie samochody odmawiają posłuszeństwa.
- 42°C W Europie nie funkcjonuje transport.
Rosjanie jedzą lody na ulicy.
- 45°C Wyginęli Grecy.
Władze rzeczywiście zaczynają robić coś dla bezdomnych.
- 50°C Powieki zamarzają w trakcie mrugania.
Na Alasce zamykają lufcik podczas kąpieli.
- 60°C Białe niedźwiedzie ruszyły na południe.
- 70°C Zamarzło piekło.
- 73°C Fińskie służby specjalne ewakuują świętego Mikołaja z Laponii.
Rosjanie zakładają uszanki.
- 80°C Rosjanie nie zdejmują rękawic nawet przy nalewaniu wódki.
- 114°C Zamarza akohol etylowy!!!.
Rosjanie są wkurwieni!!!!!!!
poniedziałek, 25 stycznia 2010
czwartek, 21 stycznia 2010
Wizyta u lekarza
Jak poczułam, że zaczyna mnie rozkładać choróbsko, to właściwie się ucieszyłam – jak dzieciak, który wie, że nie będzie musiał chodzić do szkoły. Ja do szkoły nie chodzę, do pracy też nie, ale czułam, że choć na chwilę będę miała usprawiedliwienie – że nie szukam pracy, że jej nie znajduję, że nie wyrabiam się z terminami, które sama sobie narzuciłam. No i z jeszcze jednego powodu – mój portfel świeci pustkami, nie mam nawet na fajki, więc pomyślałam, że może chociaż mniej mi się będzie chciało palić. Że będę też mogła usprawiedliwić swój marazm, który towarzyszy mi już od wielu tygodni, właściwie od powrotu z Kuby, z krótką przerwą na Kaliningrad z koncertową „wariacją”.
Tym razem nie zarejestrowałam się jak zawsze do mojej lekarki w przychodni, na oddziale dziecięcym (moja niechęć do dorastania ma nie tylko przenośne znaczenia), ale do internisty – takiego „dla dorosłych”, a to z tej prostej przyczyny, że nie było komu wstać rano i odstać swoje w kolejce do rejestracji, a z doświadczenia wiem, że dodzwonić się w godzinach rejestracji telefonicznej graniczy z cudem, a cierpliwości na sprawianie cudów też nikt nie miał.
Wylądowałam w pustej poczekalni, poza mną była tam tylko jedna kobieta, młoda blondynka, czekająca na wizytę u stomatologa. Jakiż dziwny widok. I jaki przyjemny w gruncie rzeczy, w porównaniu do poczekalni wypchanej wyjącymi, charczącymi, narzekającymi „dzieciaczkami”, którym za sam fakt ich niby niewinnego istnienia, nóżki bym z chudych dupinek powyrywała. Nie w każdej kobiecie budzi się instynkt macierzyński, przynajmniej nie każdej w tym samym momencie.
Wyszła pacjentka, usłyszałam „proszę” i pchnęłam lekko drewniane drzwi. Powitała mnie dość wysoka, chuda blondynka, która układając cienką kreskę ust w coś, co miało pewnie oznaczać grzecznościowy uśmiech, podała mi rękę. Wyglądała na pięćdziesiątkę, ale była chyba jednak zasuszoną czterdziestką. Uścisk ręki miała mocny, palce długie i kościste. Cień uśmiechu szybko zniknął.
Po krótkim pytaniu „co panią do mnie sprowadza” i krótkiej odpowiedzi, że zapewne klasyczne przeziębienie, choć nie jestem specjalistą, aby z całą pewnością stwierdzać jego „klasyczność” (tak na marginesie – to miał być żart, ale nie uzyskałam nawet skrzywienia ust w odruchu zniechęcenia do mojego marnego poczucia humoru), rozpoczął się prawdziwy szamański rytuał. Tu mnie pani doktor poklepała, kazała zdjąć czapkę „bo muszę panią popukać”, przyłożyła w plecy, ugniotła policzki, posłuchała co w płucach świszczy (poza smołą z fajek), obejrzała gardło i ciągle pytała, gdzie mnie boli, niezadowolona z faktu, że właściwie nic mnie nie boli w szczególności, zaś w ogólności to przeszkadza mi wszystko. Zażartować spróbowałam sobie jeszcze ze dwa razy, ale się poddałam. Kamienna twarz pani doktor nawet zniecierpliwienia nie chciała mi pokazać. Ale jak już skończyła ten taniec poszturchiwań i zasiadła naprzeciwko mnie, odkryłam, że jednak jej twarz coś wyraża – zatroskanie, żeby nie powiedzieć faktyczną, głęboką troskę.
- Bardzo dobrze pani zrobiła, że dzisiaj pani do mnie przyszła, że pani dłużej nie zwlekała. – zrobiła znaczącą przerwę, zawiesiła głos. Już wiedziałam, co doda: bo za trzy dni by pani umarła, bo to zaawansowany rak płuc, jeszcze jeden papieros i padnie pani trupem, dusząc się własnymi wymiocinami, a wymiotować będzie pani sczerniałą krwią, nie ma ratunku…
- Bo jutro to byłoby już zapalenie oskrzeli. Pani musi leżeć, nie wolno pani wstawać, chodzić. Powiedziałam pani, że się uczy, wystawię zaświadczenie, jakie pani chce, ale nie wolno pani nawet myśleć o wychodzeniu.
Już chciałam zapytać, czy wystawia też zwolnienia z rozmów kwalifikacyjnych, ale postanowiłam nie irytować jej kolejnymi pseudo żartami – przecież właśnie wojownicza i szlachetna pani doktor wyratowała mnie, oderwała od grobu.
Dostałam receptę i rozpiskę dodatkowych leków bez recepty dłuższą niż moje CV i chuda, żylasta dłoń wyciągnęła się do mnie w geście pożegnania.
Doszłam tylko do jednego wniosku – lekarze z NFZ-u mają tak mało czasu dla pacjenta, że traktują go jak sprawę do przepchnięcia, byle szybciej, co sprawia, że człowiekowi aż głupio, że przyszedł panu doktorowi, czy pani doktor zawracać głowę. Nie twierdzę, że to dobrze, ale przynajmniej nie mają czasu wywołać w człowieku depresji…
Znikam pod kołdrą.
Tym razem nie zarejestrowałam się jak zawsze do mojej lekarki w przychodni, na oddziale dziecięcym (moja niechęć do dorastania ma nie tylko przenośne znaczenia), ale do internisty – takiego „dla dorosłych”, a to z tej prostej przyczyny, że nie było komu wstać rano i odstać swoje w kolejce do rejestracji, a z doświadczenia wiem, że dodzwonić się w godzinach rejestracji telefonicznej graniczy z cudem, a cierpliwości na sprawianie cudów też nikt nie miał.
Wylądowałam w pustej poczekalni, poza mną była tam tylko jedna kobieta, młoda blondynka, czekająca na wizytę u stomatologa. Jakiż dziwny widok. I jaki przyjemny w gruncie rzeczy, w porównaniu do poczekalni wypchanej wyjącymi, charczącymi, narzekającymi „dzieciaczkami”, którym za sam fakt ich niby niewinnego istnienia, nóżki bym z chudych dupinek powyrywała. Nie w każdej kobiecie budzi się instynkt macierzyński, przynajmniej nie każdej w tym samym momencie.
Wyszła pacjentka, usłyszałam „proszę” i pchnęłam lekko drewniane drzwi. Powitała mnie dość wysoka, chuda blondynka, która układając cienką kreskę ust w coś, co miało pewnie oznaczać grzecznościowy uśmiech, podała mi rękę. Wyglądała na pięćdziesiątkę, ale była chyba jednak zasuszoną czterdziestką. Uścisk ręki miała mocny, palce długie i kościste. Cień uśmiechu szybko zniknął.
Po krótkim pytaniu „co panią do mnie sprowadza” i krótkiej odpowiedzi, że zapewne klasyczne przeziębienie, choć nie jestem specjalistą, aby z całą pewnością stwierdzać jego „klasyczność” (tak na marginesie – to miał być żart, ale nie uzyskałam nawet skrzywienia ust w odruchu zniechęcenia do mojego marnego poczucia humoru), rozpoczął się prawdziwy szamański rytuał. Tu mnie pani doktor poklepała, kazała zdjąć czapkę „bo muszę panią popukać”, przyłożyła w plecy, ugniotła policzki, posłuchała co w płucach świszczy (poza smołą z fajek), obejrzała gardło i ciągle pytała, gdzie mnie boli, niezadowolona z faktu, że właściwie nic mnie nie boli w szczególności, zaś w ogólności to przeszkadza mi wszystko. Zażartować spróbowałam sobie jeszcze ze dwa razy, ale się poddałam. Kamienna twarz pani doktor nawet zniecierpliwienia nie chciała mi pokazać. Ale jak już skończyła ten taniec poszturchiwań i zasiadła naprzeciwko mnie, odkryłam, że jednak jej twarz coś wyraża – zatroskanie, żeby nie powiedzieć faktyczną, głęboką troskę.
- Bardzo dobrze pani zrobiła, że dzisiaj pani do mnie przyszła, że pani dłużej nie zwlekała. – zrobiła znaczącą przerwę, zawiesiła głos. Już wiedziałam, co doda: bo za trzy dni by pani umarła, bo to zaawansowany rak płuc, jeszcze jeden papieros i padnie pani trupem, dusząc się własnymi wymiocinami, a wymiotować będzie pani sczerniałą krwią, nie ma ratunku…
- Bo jutro to byłoby już zapalenie oskrzeli. Pani musi leżeć, nie wolno pani wstawać, chodzić. Powiedziałam pani, że się uczy, wystawię zaświadczenie, jakie pani chce, ale nie wolno pani nawet myśleć o wychodzeniu.
Już chciałam zapytać, czy wystawia też zwolnienia z rozmów kwalifikacyjnych, ale postanowiłam nie irytować jej kolejnymi pseudo żartami – przecież właśnie wojownicza i szlachetna pani doktor wyratowała mnie, oderwała od grobu.
Dostałam receptę i rozpiskę dodatkowych leków bez recepty dłuższą niż moje CV i chuda, żylasta dłoń wyciągnęła się do mnie w geście pożegnania.
Doszłam tylko do jednego wniosku – lekarze z NFZ-u mają tak mało czasu dla pacjenta, że traktują go jak sprawę do przepchnięcia, byle szybciej, co sprawia, że człowiekowi aż głupio, że przyszedł panu doktorowi, czy pani doktor zawracać głowę. Nie twierdzę, że to dobrze, ale przynajmniej nie mają czasu wywołać w człowieku depresji…
Znikam pod kołdrą.
piątek, 18 grudnia 2009
22.10.09. La Habana (ty durna ty i odcisk mojej stopy w alei gwiazd)
Przede wszystkim przepraszam, że zamilkłam na tak długo. Po drodze pomagałam przy remoncie w domu, potem pojechałam do Warszawy na koncert Gogol Bordello, z którego trafiłam do Krakowa na kolejny koncert, potem kilka dni żyłam w świecie równoległym i dopiero teraz mój tyłek na nowo boleśnie zetknął się z ziemią i to na tyle boleśnie, żebym sobie przypomniała, że czas jednak nie stoi w miejscu, lecz płynie dalej, nieubłaganie i nie pozwala mi zatrzymać się w przyjemnym momencie, a za to uświadamia, że każdy przyjemny moment musi się po prostu skończyć. Kurwa no… Mówiąc w skrócie.
W ramach rekompensaty sprzedam Wam lekkie zmiany, jakie wprowadziłam do dwóch piosenek wyżej wzmiankowanego „zepsołu”, a związane bezpośrednio z tym białym czymś co nam ciągle spada na łeb i co ktoś uparł się produkować w nadmiarze, nie zważając na niski popyt (przynajmniej ze strony mojej łopaty do odśnieżania).
Oto i one:
Snow Yeti Queen (Zamiast “Wonderlust King”)
Back in the day, yo as we learned
A man was not considered to be
Considered to be fully grown
Has he not gone beyond the drifts
Has he not fought fourteen feet snow
And fourteen feet is low
(…)
Oh yes (it’s true) (Zamiast “Oh no”)
(…)
People ringing one another
"Yo man, how's your whiteout?"
Suddenly there is more music
Made with the snowplow in the park
Girls are dancing with the shovels
I got only one guitar!
I can’t play it cause my fingers
Are just going to fall out
I can’t help it and I’m freezing
Like a snowman on the land

To tyle radosnej tfurczosci, przecież jesteśmy w Hawanie. Dojechałyśmy po wzmiankowanych już przygodach przed dziewiątą i od razu ruszyłyśmy z buta do ambasady. Nawet wpadłyśmy po drodze na pomysł, żeby spróbować podjechać choć kawałek autobusem, ale po zajrzeniu do pierwszego z nich i spojrzeniu na nasze plecaki musiałyśmy poddać się walkowerem – nawet profesjonalni upychacze z japońskiego metra by tu nie pomogli. Natomiast nasze nogi poddały się na wysokości Placu Rewolucji. Podeszłyśmy do dworca autobusowego złapać taryfę. Na nasze szczęście, czy nieszczęście – zależy czy z pojrzeć z punktu siedzenia, czy też stania – trafiłyśmy na oldsmobila. Samochodzik miał rodowód sięgający na bank połowy lat pięćdziesiątych, ale był tak utrzymany, że wyglądał jak nówka sztuka nieśmigany, a już na pewno od trzy nieba wypełnione najbardziej rozpasanym panteonem bóstw lepiej niż Łady, które przecież mają ledwie po dwadzieścia parę lat. Najpiękniejsze były niewątpliwie te guziczki do zamykania drzwi, z czaszeczkami błyszczącymi jak kondukt żałobny w deszczu. Istne cudo. Cudowna była też cena – za pięć minut przejażdżki zapłaciłyśmy 5 CUC (za tą kasę normalnie da się przejechać pół miasta).
Konsul nie dał nam na siebie długo czekać. Elegancki, dystyngowany pan w średnim wieku siadł naprzeciwko nas.
- Mam nadzieję, że opowiedzą mi panie swoje przygody.
Streściłyśmy więc nasze przygody z dnia poprzedniego, nie szczędząc jednak barw w opisie, szczególnie przy opowiadaniu, jak to nas urzędnik z Imigracyjniaka chciał odstawiać do Hawany policyjną taryfą (wspomniałam nawet o tym, że czytałam niedawno jak dwóch dysydentów tak odstawiono z Placetas). Konsul nabrał powietrza, wypuścił, znowu nabrał, zrobił grymas, który wyglądał jak powstrzymywanie śmiechu i w końcu wydał z siebie głos:
- Drogie panie…
Znowu umilkł, tym razem trochę się poddając i robiąc przerwę na szeroki uśmiech.
- Drogie panie, ja rozumiem, że nauczono was władzy potakiwać, ale żeby jej od razu słuchać?
Teraz to my nabrałyśmy powietrza i zapewne zrobiłyśmy dwa karpiki.
- W tym kraju problemy z transportem są tak duże, że nawet najwyższy hawański urzędnik nie byłby w stanie odesłać was do Hawany aż z Holguín. A na dworzec autobusowy, żeby sprawdzić, czyście pojechały, to by się im nawet dzwonić nie chciało. Ale niewątpliwie zrobiłyście sporą przyjemność panu w zielonym mundurku, bo przynajmniej przez pięć minut mógł poczuć się ważny…
Nie przytoczę epitetów, jakimi chciałam w tym jakże przepełnionym oświeceniem momencie obdarzyć sama siebie, dość powiedzieć, że poczułam się poirytowana własną, hmmm… jak to powiedzieć? Służalczością? Skrupulatnością? Określenie „brak odwagi” nawet nie przeszłoby mi przez usta. No i o ile łatwiej by mi było, gdyby Kasia dnia poprzedniego w fortecy nie wyszeptała do mnie po polsku:
- Ej, a gdybyśmy tak po prostu zawinęły manatki i pojechały do Santiago udając blondynki?
I gdybym jej wtedy nie odpowiedziała:
- Nie, skoro nas chce odsyłać policyjnym wozem, to też pewnie sprawdzi, czy pojechałyśmy.
Na szczęście Marta, u której mieszkałyśmy tuż po przyjeździe przyjęła nas bez problemów. Miała wolny pokój akurat na jedną noc. Nie chciałyśmy siedzieć na tyłkach w pokoju, więc poszłyśmy od razu kupić bilety do Matanzas na następny dzień i postanowiłyśmy pozwiedzać sobie Habana Vieja. Zrobiłam tylko jeden błąd – chciałam dać moim stopom odpocząć od sandałów, które poobcierały mi wszystkie możliwe delikatne miejsca i założyłam klapki. W sumie w tych kopalach zeszlifowałam już nie jeden karaibski bruk, a że kupowane były w Brazylii, to nie było podstaw, żeby sądzić, że mogą się nie sprawdzić w Hawanie. Nie przewidziałam tylko jednego – że w tym mieście nikt nie bawi się w oznaczanie miejsc, w których właśnie został położony świeży asfalt… Z pełną ufnością wlazłam więc w sam środek ulicy, już przy drugim kroku orientując się, że coś jest nie tak. Trzeci krok wykonałam już bez klapka na prawej nodze. Kasia złapała mnie pod rękę i pomogła doskoczyć do klapka. Odcisk mojej prawej stopy pozostał już na zawsze w tej egzotycznej alei gwiazd (co prawda, jak przechodziłyśmy tamtędy jakiś tydzień później, wyraźnego odcisku nie było, ale twierdzę, że ta dziura około metra od krawężnika to właśnie moja stopa). Siadłam na murku i próbowałam coś z tym fantem zrobić. Jakiś policjant parsknął śmiechem i powiedział, ze bez benzyny ani rusz. Starsza pani zatrzymała się obok i prawie płacząc ze śmiechu podała mi pierwszą stronę gazety „Juventud rebelde”, żebym mogła obetrzeć nogę. Ale cholerstwo niczym nie chciało zejść.
Jako, że nie miałyśmy z Kasią zwyczaju przejmować się pierdołami, poszłyśmy dalej, zakańczając dzień tradycyjnie na Maleconie, tradycyjnie rumem z kartonika i puszką coli. Do domu dotarłyśmy już dobrze ugotowane. Zjadłyśmy po pasztecie ze słodką bułką, żeby nie rozmawiać z panią Martą w stanie nieważkości, ale niewiele pomogło. Oddała nam nasze kserówki, które zostawiłam potem na tarasie i rano znalazłam wetknięte w szparę między drzwiami a futryną. Jednak najciekawszy był moment, gdy Kasia poszła się umyć, a ja wyciągnęłam wspaniałe nawilżające chusteczki do twarzy, które dostałam od mamy specjalnie na wyjazd, jako bardzo dobre. Obtarłam stopę. Asfalt zniknął bez śladu… Do twarzy już ich nie użyłam z obawy o moją opaleniznę.

--------------------
Niezbędnik:
Bułki (6 sztuk w paczce) – 0,9 CUC
Viazul Holguín – Habana – 44 CUC
Juventud rebelde – 1 MN
W ramach rekompensaty sprzedam Wam lekkie zmiany, jakie wprowadziłam do dwóch piosenek wyżej wzmiankowanego „zepsołu”, a związane bezpośrednio z tym białym czymś co nam ciągle spada na łeb i co ktoś uparł się produkować w nadmiarze, nie zważając na niski popyt (przynajmniej ze strony mojej łopaty do odśnieżania).
Oto i one:
Snow Yeti Queen (Zamiast “Wonderlust King”)
Back in the day, yo as we learned
A man was not considered to be
Considered to be fully grown
Has he not gone beyond the drifts
Has he not fought fourteen feet snow
And fourteen feet is low
(…)
Oh yes (it’s true) (Zamiast “Oh no”)
(…)
People ringing one another
"Yo man, how's your whiteout?"
Suddenly there is more music
Made with the snowplow in the park
Girls are dancing with the shovels
I got only one guitar!
I can’t play it cause my fingers
Are just going to fall out
I can’t help it and I’m freezing
Like a snowman on the land
To tyle radosnej tfurczosci, przecież jesteśmy w Hawanie. Dojechałyśmy po wzmiankowanych już przygodach przed dziewiątą i od razu ruszyłyśmy z buta do ambasady. Nawet wpadłyśmy po drodze na pomysł, żeby spróbować podjechać choć kawałek autobusem, ale po zajrzeniu do pierwszego z nich i spojrzeniu na nasze plecaki musiałyśmy poddać się walkowerem – nawet profesjonalni upychacze z japońskiego metra by tu nie pomogli. Natomiast nasze nogi poddały się na wysokości Placu Rewolucji. Podeszłyśmy do dworca autobusowego złapać taryfę. Na nasze szczęście, czy nieszczęście – zależy czy z pojrzeć z punktu siedzenia, czy też stania – trafiłyśmy na oldsmobila. Samochodzik miał rodowód sięgający na bank połowy lat pięćdziesiątych, ale był tak utrzymany, że wyglądał jak nówka sztuka nieśmigany, a już na pewno od trzy nieba wypełnione najbardziej rozpasanym panteonem bóstw lepiej niż Łady, które przecież mają ledwie po dwadzieścia parę lat. Najpiękniejsze były niewątpliwie te guziczki do zamykania drzwi, z czaszeczkami błyszczącymi jak kondukt żałobny w deszczu. Istne cudo. Cudowna była też cena – za pięć minut przejażdżki zapłaciłyśmy 5 CUC (za tą kasę normalnie da się przejechać pół miasta).
Konsul nie dał nam na siebie długo czekać. Elegancki, dystyngowany pan w średnim wieku siadł naprzeciwko nas.
- Mam nadzieję, że opowiedzą mi panie swoje przygody.
Streściłyśmy więc nasze przygody z dnia poprzedniego, nie szczędząc jednak barw w opisie, szczególnie przy opowiadaniu, jak to nas urzędnik z Imigracyjniaka chciał odstawiać do Hawany policyjną taryfą (wspomniałam nawet o tym, że czytałam niedawno jak dwóch dysydentów tak odstawiono z Placetas). Konsul nabrał powietrza, wypuścił, znowu nabrał, zrobił grymas, który wyglądał jak powstrzymywanie śmiechu i w końcu wydał z siebie głos:
- Drogie panie…
Znowu umilkł, tym razem trochę się poddając i robiąc przerwę na szeroki uśmiech.
- Drogie panie, ja rozumiem, że nauczono was władzy potakiwać, ale żeby jej od razu słuchać?
Teraz to my nabrałyśmy powietrza i zapewne zrobiłyśmy dwa karpiki.
- W tym kraju problemy z transportem są tak duże, że nawet najwyższy hawański urzędnik nie byłby w stanie odesłać was do Hawany aż z Holguín. A na dworzec autobusowy, żeby sprawdzić, czyście pojechały, to by się im nawet dzwonić nie chciało. Ale niewątpliwie zrobiłyście sporą przyjemność panu w zielonym mundurku, bo przynajmniej przez pięć minut mógł poczuć się ważny…
Nie przytoczę epitetów, jakimi chciałam w tym jakże przepełnionym oświeceniem momencie obdarzyć sama siebie, dość powiedzieć, że poczułam się poirytowana własną, hmmm… jak to powiedzieć? Służalczością? Skrupulatnością? Określenie „brak odwagi” nawet nie przeszłoby mi przez usta. No i o ile łatwiej by mi było, gdyby Kasia dnia poprzedniego w fortecy nie wyszeptała do mnie po polsku:
- Ej, a gdybyśmy tak po prostu zawinęły manatki i pojechały do Santiago udając blondynki?
I gdybym jej wtedy nie odpowiedziała:
- Nie, skoro nas chce odsyłać policyjnym wozem, to też pewnie sprawdzi, czy pojechałyśmy.
Na szczęście Marta, u której mieszkałyśmy tuż po przyjeździe przyjęła nas bez problemów. Miała wolny pokój akurat na jedną noc. Nie chciałyśmy siedzieć na tyłkach w pokoju, więc poszłyśmy od razu kupić bilety do Matanzas na następny dzień i postanowiłyśmy pozwiedzać sobie Habana Vieja. Zrobiłam tylko jeden błąd – chciałam dać moim stopom odpocząć od sandałów, które poobcierały mi wszystkie możliwe delikatne miejsca i założyłam klapki. W sumie w tych kopalach zeszlifowałam już nie jeden karaibski bruk, a że kupowane były w Brazylii, to nie było podstaw, żeby sądzić, że mogą się nie sprawdzić w Hawanie. Nie przewidziałam tylko jednego – że w tym mieście nikt nie bawi się w oznaczanie miejsc, w których właśnie został położony świeży asfalt… Z pełną ufnością wlazłam więc w sam środek ulicy, już przy drugim kroku orientując się, że coś jest nie tak. Trzeci krok wykonałam już bez klapka na prawej nodze. Kasia złapała mnie pod rękę i pomogła doskoczyć do klapka. Odcisk mojej prawej stopy pozostał już na zawsze w tej egzotycznej alei gwiazd (co prawda, jak przechodziłyśmy tamtędy jakiś tydzień później, wyraźnego odcisku nie było, ale twierdzę, że ta dziura około metra od krawężnika to właśnie moja stopa). Siadłam na murku i próbowałam coś z tym fantem zrobić. Jakiś policjant parsknął śmiechem i powiedział, ze bez benzyny ani rusz. Starsza pani zatrzymała się obok i prawie płacząc ze śmiechu podała mi pierwszą stronę gazety „Juventud rebelde”, żebym mogła obetrzeć nogę. Ale cholerstwo niczym nie chciało zejść.
Jako, że nie miałyśmy z Kasią zwyczaju przejmować się pierdołami, poszłyśmy dalej, zakańczając dzień tradycyjnie na Maleconie, tradycyjnie rumem z kartonika i puszką coli. Do domu dotarłyśmy już dobrze ugotowane. Zjadłyśmy po pasztecie ze słodką bułką, żeby nie rozmawiać z panią Martą w stanie nieważkości, ale niewiele pomogło. Oddała nam nasze kserówki, które zostawiłam potem na tarasie i rano znalazłam wetknięte w szparę między drzwiami a futryną. Jednak najciekawszy był moment, gdy Kasia poszła się umyć, a ja wyciągnęłam wspaniałe nawilżające chusteczki do twarzy, które dostałam od mamy specjalnie na wyjazd, jako bardzo dobre. Obtarłam stopę. Asfalt zniknął bez śladu… Do twarzy już ich nie użyłam z obawy o moją opaleniznę.
--------------------
Niezbędnik:
Bułki (6 sztuk w paczce) – 0,9 CUC
Viazul Holguín – Habana – 44 CUC
Juventud rebelde – 1 MN
czwartek, 3 grudnia 2009
20.10.09. Holguín (a Reinaldo Arenas ostrzegał)
Zacznę od cytatu z jednej z moich ulubionych książek – “Zanim zapadnie noc. Autobiografia” Reinaldo Arenasa:
„Holguín było dla mnie – wtedy już nastolatka – symbolem absolutnej nudy. Miasto prowincjonalne, handlowe, kwadratowe, pozbawione uroku i charakteru; spalone słońcem, bez jednego zakątka, gdzie można by odpocząć w cieniu i dać wytchnienie wyobraźni. Holguín leży na pustej równinie a nad nim wyrasta gołe wzgórze, Loma de Cruz, nazwane tak od ogromnego krzyża z betonu, do którego prowadzą liczne, betonowe schody. Holguín, z górującym nad nim krzyżem wydawało mi się cmentarzem; na tym krzyżu powiesił sie raz człowiek. Dla mnie to miasto było jednym wielkim grobowcem; jego niskie domy przypominały wypalone słońcem płyty nagrobne.
Pewnego dnia, z nudów, poszedłem na cmentarz i odkryłem, że jest wierną kopią miasta; grobowce przypominały do złudzenia domy, chociaż były mniejsze, niskie i gołe; przypominały cementowe skrzynie. Pomyślałem o mojej rodzinie i wszystkich innych mieszkańcach tego miasta, którzy latami żyli w domach – skrzyniach, a po śmierci przenosili się do trochę mniejszych skrzyń. Myślę, że już wtedy postanowiłem stamtąd uciec, jak tylko będę mógł i – jeśli się uda – nigdy nie wrócić; marzyłem, żeby umrzeć jak najdalej od tego miejsca, ale nie było to marzenie łatwe do spełnienia. Dokąd pójść bez pieniędzy? A poza tym miasto, jak każde nieszczęsne miejsce, miało fatalną siłę przyciągania; zatruwało rezygnacją i zwątpieniem, które uniemożliwiały ucieczkę.”
Z Holguín mam bardzo mało zdjęć. Dlaczego? Cytuję mój dziennik:
Jesteśmy na miejscu. Pokój, w którym mieszkamy ma ciemnobrązowe meble, to właściwie taka przybrudzona PRL-owska meblościanka, łazienka wyłożona jest ciemnymi kaflami, a kanapa pamięta jeszcze czasy ewakuacji z portu Mariel. Furtki i drzwi są pozamykane na wszystkie spusty, ulica słabo oświetlona. Wrażenie jest dość przytłaczające. Przez to wszystko pokój zdaje się być brudniejszy i smutniejszy niż w rzeczywistości. Samo miasto to dwa główne place, wąskie uliczki, kino grające filmy, o których chyba nikt nigdy nie słyszał, albo amerykańskie przeboje sprzed dwudziestu lat. W galerii dzieła miejscowych artystów – niewesoło widzą rzeczywistość. W sumie nie dziwię się wcale dlaczego Reinaldo Arenas postanowił stąd nawiać, że się tu dusił.
Od wyjazdu z Trynidadu przestała nam dopisywać pogoda – nie ma ostrego słońca, jest pochmurno, czasem pada, czasem kropi, momentami robi się chłodno. Mam nadzieję, że chociaż jak dotrzemy do Santiago de Cuba i będziemy chciały pójść na plażę, to się trochę rozpogodzi. Powinnam pomyśleć o pytaniach do wywiadu z Claudią, ale mam pustkę w głowie. Z jednej strony nie mogę się doczekać tego spotkania, ale z drugiej – minął już tydzień od naszego przyjazdu i wolałabym rozciągnąć jakoś czas, żeby być tu jak najdłużej. Już tęsknię za Kubą.
***
Jak się okazało, nasze problemy/przygody, jeszcze się nie skończyły. Zostawiłyśmy pani nasze kserówki papierów i wszystko wydawało się w porządku. Ale ze dwie godziny później, gdy już byłyśmy po obiado – kolacji (jedno całe awokado na obiad to za dużo) i liczyłyśmy pozostałą kasę (jakoś zawsze problemy pojawiają się przy liczeniu kasy), pani zapukała do naszego pokoju. No i cóż - nie dość, że miałyśmy kserówki, to jeszcze na wizie nie było pieczątki z datą wjazdu (tłumaczyłam, że ksera zostały zrobione jeszcze w Polsce, a żeby potwierdzić, że przyjechałyśmy 13-go, wystarczy zadzwonić do ambasady, ale na nic się to nie zdało). Musiałam się w trymiga ubrać i pójść z naszą panią. Kasia została sama w pokoju. Poszłyśmy do jej siostry i szwagra. Zaczęła się ostra dyskusja, ale szwagier nie dał się przekonać i postanowili zadzwonić do urzędu imigracyjnego. Podobno w każdej prowincji są inne przepisy dotyczące meldowania turystów i stąd te jaja. Ktoś w urzędzie kazał im oddzwonić za jakiś czas. Panie siadły przed telewizorem, a ja wyszłam na papierosa. Byłam z siebie dumna, że nie pozwoliłam uśmiechowi odkleić się od mojej twarzy, ale czułam, że w środku zamieniam się w galaretę. Nie ułożyło się po naszej myśli. Urzędnik kazał nam się przenieść do hotelu Pernik (ciekawe, że w hotelu już można nocować bez papierów), a rano stawić się w urzędzie. Po drodze pani uspokajała mnie i powiedziała, że po prostu wystawią nam dodatkową wizę na podróżowanie po Oriente (na Holguín, Bayamo i Santiago de Cuba). Jeszcze z domu siostry pani zamówiła nam taksówkę, więc jak dotarłam do pokoju, to zdążyłam tylko powiedzieć Kasi, że musimy się natychmiast spakować, bez żadnych wyjaśnień. Za minutę pani była już u nas na górze i zaczęła nas poganiać, bo taksówka czekała przed domem. Zaprosiła nas na kolejny dzień na kawę, żebyśmy jej opowiedziały, jak poszło i prosiła, żebyśmy nikomu nie mówiły, że zdążyłyśmy się już u niej rozpakować, zanim sprawa została załatwiona.
W recepcji hotelu nie musiałyśmy się nawet przedstawiać, bo wiedzieli, kim jesteśmy. Pokój oczywiście dwa razy droższy niż w Casa Particular. Ale mamy telewizor i zagraniczne kanały po angielsku przez satelitę. Poszłyśmy przejść się po naszym miejscu zesłania – standard mocno PRL-owski, ale nie jest najgorzej. No i oczywiście wszędzie można palić. Nie wpuścili nas do dyskoteki, bo miałyśmy szorty, ale jakoś to przeżyłyśmy. Kasia próbuje zasnąć, ale co chwilę dzwoni telefon – pojedyncze sygnały, a jak się odbiera, to jest cisza w słuchawce. Ciekawe, czy mamy specjalny pokój na podsłuchu dla gości uprzywilejowanych, hehe… Co raz ciekawiej się dzieje w rajskim królestwie komuszym.
Muszę przyznać, że pomiędzy dwoma telefonami do urzędu trochę się denerwowałam – nie bardzo wiedziałam, co nas czeka – czy wylądujemy na ulicy, czy dostaniemy darmowy nocleg w przytulnej celi do wyjaśnienia. Tym bardziej, że jutro autobus do Santiago jest dopiero o 16:45. Tak, czy owak – z tą jakąś dziwną wizą będziemy jechać dalej, a stąd musimy się wymeldować o 12:00, więc pewnie ze zwiedzania miasta nici, bo z plecakami to jakoś nie wydaje mi się najlepszym pomysłem.
***
Nie zdążyłam dopisać do końca, bo zgasili światła w autobusie (chociaż to nie jest autobus do Santiago de Cuba).
Dnia sądnego wstałyśmy na śniadanie na 7:30. Zjadłyśmy po omlecie, oczywiście bez przypraw, zdążyło się okazać, że guayaba, z której robi się rajski sok sama w sobie jest mało smaczna i w dodatku ma tyle pestek, że można sobie zęby połamać, albo wyhodować krzaczka w żołądku. Udało mi się zdemolować maszynę do tostów (na swoje usprawiedliwienie mogę tylko podać, że to nie był zwykły toster, tylko właśnie maszyna do tostów). Zawsze wiedziałam, że nie nadaję się do mieszkania w hotelach…
Wróciłyśmy do pokoju i zaczęło się nerwowe wydzwanianie do ambasady. Poszłyśmy do recepcji zapytać jak się dzwoni do Hawany, ale po każdym wybraniu numeru w słuchawce była cisza. Widać w pokoju dla specjalnych gości nie tylko jest podsłuch, ale i blokada na telefony do ambasady. Na szczęście udało się zadzwonić z komórki. Po n-tej próbie wreszcie odebrała urocza pani sekretarka, która kserowała nam paszporty. Opowiedziałam jej jaka jest sytuacja, ale chyba nie do końca mnie zrozumiała, bo najpierw kazała powtórzyć, że papiery są w ambasadzie i żeby się z nimi skontaktowano, a potem dalej tym samym słodkim głosikiem zapytała:
- Are you in jail?
- No… And I don’t think that we did anything to deserve it.
- Oh, it’s no problem to be in jail.
Jejuśku, Mamuśku, zabierz mnie stąd. Zabrzmiało prawie jak wyrok wydany, potwierdzony i beż możliwości złożenia apelacji. Konsul miał być dopiero o 10:00, a na 9:00 miałyśmy być w urzędzie, więc Kasia założyła długie spodnie, ja spódnicę do kostek i koszulę zakrywającą ramiona i ruszyłyśmy złożyć hołd urzędniczej sferze Kuby.
Z moim cudownym hiszpańskim oczywiście na początku ciężko było wyjaśnić o, co chodzi, ale w końcu znalazł się ktoś, kto znał sytuację z poprzedniego dnia. Muszę przyznać, że czułam się trochę nieswojo na tarasie wypakowanym facetami w zielonych mundurach MININT-u (kubańskie MSW). Kazali nam poczekać piętro wyżej. Wchodzimy na wyższy taras, a tam koleś pyta „czego”. Tłumaczę, że kazano nam tu poczekać. Ale kto kazał? Nie wiem, nie przedstawił się. No jak to nie? No tak to. A jak wyglądał? No normalnie. W zielonym mundurze? Nie, ten był w brązowej koszuli (później zdałam sobie sprawę, że powiedziałam, że w fioletowej). No to nie możecie poczekać. Ale nam kazali. To siedźcie na zewnątrz.
Już się ugryzłam w język, chociaż miałam ochotę dodać „a kurwa z radością gówniarzu”. Tyle, że nie wiem, jak jest gówniarz po hiszpańsku. Coś by się wymyśliło.
Nawet nie czekałyśmy długo, jak wezwano nas do środka. Już weszłyśmy, siadamy, a nagle koleś mówi, a nie, wyjdźcie, to nie do mnie. Nawet dodał „przepraszam”. Trochę żałowałam, bo był młody i dość przystojny i miałam nadzieję, że go udobrucham na cielęce spojrzenie. Wyszedł drugi facet. Nie młody. I na pewno nie przystojny. Bez słowa otworzył drzwi, jedne, drugie, n-te, wszystkie na elektryczne zamki, posadził nas na krzesłach przed zagraconymi biurkiem z maszyną do pisania zamiast komputera, przygryzł wąsa i po chwili zastanowienia pyta:
- Mówicie po hiszpańsku?
- Tak, troszeczkę.
- To będziemy rozmawiać po hiszpańsku (chociaż widzę, że skurwiel w żadnym innym języku nie habla).
Potem pytał kiedy przyjechałyśmy, w jakim celu, gdzie nocowałyśmy, bardzo się dziwił, że bez oryginałów, bo turysta na Kubie w celu identyfikacji swojej własnej zagranicznej osoby używać może jedynie paszportu, a nie jakiejś kserokopii, choćby była poświadczona przez samego prezydenta i wszystkich świętych (skrzywił się znacząco patrząc na pieczątkę ambasady). I jeszcze dodał, że powinien nas kazać odstawić do Hawany wozem policyjnym, ale że nie wyglądamy szczególnie groźnie, to nie chce tego robić, ale że mamy wsiąść w najbliższy autobus do Hawany i wracać po oryginały i żeby nam się przypadkiem nie przyśniło kontynuować podróż.
Rozmowa trwała wszystkiego pięć minut, więc więcej było strachu niż to wszystko warte, ale i tak wyszłyśmy z nosami na kwintę, bo wiedziałyśmy już, że nici ze zwiedzania Sanitago de Cuba i że nie pojedziemy do El Cobre.
Wróciłyśmy do hotelu i włączyłyśmy telewizor. Wciąż miałyśmy jeszcze dwie godziny do wymeldowania. Skończył się program o tym, jak kręcili „Everything is iluminated” (przecież nie może być źle, jeśli ogląda się w telewizorni na Kubie Eugene’a Hutza we własnej tak brzydkiej, że aż pięknej osobie) i puścili „George’a prosto z drzewa” – pomogło. Tym bardziej, że byłyśmy z Kasią na tym w kinie, jeszcze w podstawówce, z całą klasą. Humor nam się nagle poprawił. Spakowałyśmy plecaki, wrzuciłyśmy na garb i wyszłyśmy na deszcz w okularach przeciwsłonecznych (moje mają brązowe szkła, więc wydawało się w nich, że świeci słońce). Po drodze znów minęłyśmy przejście podziemne z napisem „Переход”, co piętro niżej było zapisane po hiszpańsku jako „Pirijod”. Dotarłyśmy na plac z kościołem przed którym umieszczono pomnik przedstawiający Jana Pawła II, podobno jedyny na Kubie. Siadłyśmy na ławce. Wyszło słońce i oczywiście ławka okazała się nie stać w cieniu. Zaczęło się robić śmiesznie. Podszedł do nas starszy jegomość mówiący po angielsku. Gdyby nie on, to dzień pewnie byłby nieznośny. Poszłyśmy bowiem na odstępstwo od zaleceń władzy i postanowiłyśmy do Hawany wrócić nocnym autobusem, żeby nie wylądować na miejscu w środku nocy. Gość spędził z nami cały dzień – okazał się człowiekiem bardzo otwartym, opowiadającym bez skrępowania o tym, co mu się w rządach na Kubie nie podoba, bardzo oczytanym, dobrze znającym historię. Może nie zaskoczył nas żadnymi ciekawostkami z historii kraju, bo i czasu na to miał mało, ale za to brylował znajomością aktualnej sytuacji na świecie. Poza tym usłyszeć o tym kraju coś, co nawet wiedziało się już wcześniej, ale z ust mieszkającego tu od kilkudziesięciu lat człowieka to jednak co innego niż przeczytać w najbardziej nawet krytycznej książce. Na pytanie, czy nie boi się z nami tak szczerze rozmawiać odparł:
- Przecież ja nawet nikogo nie krytykuję. Mówię samą prawdę. Przedstawiam fakty. Poza tym wy jesteście z Polski, więc pewne rzeczy rozumiecie instynktownie, nie muszę się nawet wdawać w szczegóły. A jak mi nie wierzycie, to wystarczy, że zapytacie rodziców jak było u was dwadzieścia lat temu.
Argument nie do zbicia… Już nieco później przyniósł nam na dworzec „mariposa blanca” – narodowy kwiat Kuby, białego motyla. Polecił pisarzy imigracyjnych – oczywiście Guillerma Cabrera Infante i wcześniej mi nie znanego Gastona Baquero, poetkę Dulce Marię Loynaz. Kazał przeczytać „El siglo de las lunes” Carpentiera (nie sądziłam, że da się czytać jakiekolwiek jego dzieło poza „Eksplozją w katedrze”). A na koniec przyprowadził szwagierkę, która dała nam adres casa w Hawanie (nie skorzystałyśmy, bo okazało się to tak daleko na południe w Vedado, że wieczorem już w ogóle nie byłoby jak wrócić do domu). Przed odjazdem dostałyśmy od pani pięć cygar marki „Simon Bolivar” przeznaczonych na rynek krajowy. Nic od nas nie chcieli przyjąć, poza długopisami (będzie dla uczniów) i dwoma polskimi pasztetami (na spróbowanie mogę wziąć).
W końcu wsiadłyśmy w autokar, poznając po drodze wyjątkowo wyluzowaną Kanadyjkę, której ukradli paszport i po kilku tygodniach przyjechała właśnie do Holguín, żeby jej wyrobili tymczasowe papiery. Nie wydawała się zmartwiona. Ale trzeba przyznać, że Kanada jest krajem utrzymującym z Kubą ścisłe więzi gospodarcze, mającym tam kilka fabryk i spory przemysł, więc i konsulaty są rozrzucone po kilku większych miastach.
Zasnęłyśmy szybko. Koło pierwszej obudził mnie huk i przez szybę zobaczyłam błysk z przodu autokaru. Wiedziałam tylko, że walnęliśmy w coś metalowego. Autokar stanął. Po jakimś czasie udało nam się dojść, że z autokaru jadącego z przeciwka, odpadła klapa od luku bagażowego i walnęła w okienko kierowcy naszego. Jakim cudem się to udało na drodze, gdzie przejeżdża może jeden samochód na pięć minut, nie mam pojęcia. Ale cuda się zdarzają. Na szczęście nikomu nic się nie stało, kierowca miał tylko trochę pokaleczoną rękę. Wezwano policję. Już było jasne, że ten autobus dalej nie pojedzie. Wezwali zastępczy, który „będzie za pół godziny”. Staliśmy na autostradzie na środku pola, wokół pusto. Piękne, czyste niebo, spadające gwiazdy, Orion, Taurus i to małe coś z boku, czego nazwy nigdy nie pamiętam. W sumie – piękna noc na postój pośród niczego. Po około trzech godzinach zapakowali nas jednak w nowy autokar i już bez przygód ruszyłyśmy w stronę Hawany.
-----------------
Niezbędnik:
Nocleg (ten, z którego nie skorzystałyśmy): Nereida Concepcion Hdez., Calle Arias No. 310, e/Victoria y Mendieta, 15CUC, 20CUC ze śniadaniem
Hotel Peernik: 30CUC za pokój dwuosobowy, ze śniadaniem
Bilet autokarowy Camaguey - Holguin - 11CUC
Bilet Holguin - Havana - 44CUC (warto jechać nocnym, żeby zaoszczędzić na noclegu)
Pan, który nam opowiadał o mieście (organizuje też wycieczki po okolicy, na plażę, ma rodzinę w Gibara, która wynajmuje tam pokoje i szwagierkę z pokojemw Holguin, gorąco polecam, tym bardziej, że mieszka przy samym dworcu autobusowym): Ramon Acosta Ricardo, Calle Constitucion 2, e/Peralta y Central, tel: (53-24)423818
czwartek, 26 listopada 2009
20-21.11.2009, Kaliningrad (czyli o tym, dlaczego Rosjanie to świetni ludzie i jeszcze o tym, jak ola została przemytniczką)
Naprawdę nie wiedziałam, jak to będzie, kiedy przyjadę sama do obcego miasta. Nie raz już samotnie zwiedzałam, ale nigdy sama nie mieszkałam. Zawsze musi być ten pierwszy raz…
Wysiadam przy dworcu kolejowym i w ostatniej chwili przed odjazdem busa wpadam na pomysł, żeby na wszelki wypadek zapytać, czy aby na pewno powrót jest z tego samego miejsca.
- Ależ broń boże! Powroty są z Prospektu Moskiewskiego. Na drugim końcu miasta.
Idę do budynku dworca, nówka sztuka, pseudo marmury, czysto i tak dalej, żeby poszukać jakiejś informacji turystycznej. Jest tylko jedna, ogólno kolejowa. Ale myślę sobie – stanę w kolejce, jakoś się dogadam i dowiem, gdzie znajdę jakieś centrum pomocy dla turysty. Próbuję jeszcze podpytać ludzi w kolejce, ale nikt nie wie. Po dwudziestu minutach jednak daję sobie spokój, bo jakaś Pani przede mną sprawdza pociągi chyba na podróż dookoła świata. Zaczynam się kręcić w kółko najpierw w poszukiwaniu toalety, która jest w kierunku dokładnie przeciwnym niż kierunkowskaz sugeruje, potem w poszukiwaniu jakiejś wskazówki, co by tu zrobić, żeby się dowiedzieć, jak trafić do hostelu. W końcu otwiera się kiosk i kupuję mapę miasta. Kolejne zadanie – ustalić, gdzie jestem. Pytam jakiegoś starszego Pana, ale ten jeździ palcem po całej mapie i najwyraźniej w ogóle nie ma pojęcia, jak znaleźć dworzec w tym gąszczu. Podchodzi jakiś młody chłopak i udaje mu się namierzyć właściwe miejsce. Pyta czy chcę pojechać taksówką. Pytam za ile. 300 rubli. O, to nie, dzięki, ale ja mam mało pieniędzy. Nie spuszcza z ceny, więc idę na piechotę. Pogoda taka sobie, ale w sumie nie najgorzej, tylko pochmurno. No i zimno. Po drodze mijam chyba wszystkie atrakcje turystyczne miasta, o których wcześniej słyszałam i stwierdzam, że wcale nie musiałam brać starego, lekko porwanego plecaka, żeby nie wyróżniać się z tłumu. Miasto jest piękne, odremontowane, biedy jakoś nie widać – ludzie porządnie poubierani, dziewczyny na bieżąco z najnowszymi trendami, aż chciałabym się zapaść pod ziemię z moimi zabłoconymi butami i szmatą na plecach.
Ale brnę dalej. Powoli, przystaję, żeby porobić zdjęcia (te, które mi wcięło, bo oczywiście musiało się okazać, że to nie karta mi na Kubie nawaliła, ale aparat), poprzyglądać się miastu, czy zapytać ludzi, czy idę właściwą ulicą (bo niestety nie uświadczy się tabliczki z nazwą). Docieram do hostelu. Otwiera mi dziewczyna – od razu widać, że sympatyczna, choć rzadko się uśmiecha. Pozwala mi wybrać pokój, a jak pytam, czy można palić na balkonie, to mówi, jasne, chodź, to zapalimy razem, a ty mi powiesz, dlaczego przyjechałaś sama.
Jak wyszłam było już dość późno, więc tylko poszłam wymienić pieniądze i na pocztę, żeby załatwić rejestrację, której „można dokonać na poczcie w całym kraju, wysyłając listem zawiadomienie do Federalnych Służb Migracyjnych” (to z informacji z konsulatu rosyjskiego). Cytuję dalej: „Na poczcie trzeba wypełnić w dwóch egzemplarzach druczek migracyjnego powiadomienia, który można kupić na poczcie lub pobrać na” - tu jest adres strony, która rzecz jasna nie działa. No i dalej, że jak się nie będzie grzecznym to się zostanie deportowanym i ukaranym. Na poczcie (identycznej jak u nas) odstałam swoje w kolejce i dostałam od pań druczki do wypełnienia. Wszystko po rosyjsku i należy w dodatku wypełniać cyrylicą (szczerze mówiąc nie wiem jak się pisze cyrylicą np. nazwę ulicy na której mieszkam). Podchodzę z powrotem i pytam, czy mogę przynieść jutro, bo będę potrzebowała pomocy przy wypełnianiu, pani coś tam odpowiedziała, to mówię, że ja po rosyjsku to nie wszystko rozumiem. Na co pani odwraca się do koleżanki:
- Czielowiek nie wsio pa ruski panimajet…
No da…
Julka (dziewczyna z hostelu) oczywiście próbuje mi pomóc, dzwoni do szefa i okazuje się, że hostel nie ma możliwości przeprowadzenia rejestracji. Julka mówi, że może przecież wpisać swoje dane, bo co to za różnica, ale ja mam wizę na pobyt w hotelu… No to następnego dnia pójdzie ze mną do biura podróży, które to załatwia. Koszt – drobne 800 rubli, czyli wszystko co zamierzałam wydać…
Ale choć wymieniłam jeszcze potem złotówki, a nawet wyrwałam gotówkę ze ściany płaczu, nie żałuję ani kopiejki. Julia prowadząc mnie kolejnego dnia do biura podróży podzwoniła i nagle oznajmiła:
- Wiesz co? Nie będziesz się tak sama włóczyć po mieście. W pracy (bo Julka projektuje meble, a w hotelu tylko dorabia, bo w meblach zastój) nie mam żadnego nowego projektu, oprowadzę cię.
Spędziła ze Mną dokładnie cały dzień, pokazując wszystkie najfajniejsze miejsca, których zdjęć Wam nie pokażę, bo nie mam. Złaziłyśmy się ostro. Śniadanie zjadłyśmy w gruzińskiej restauracji (wszyscy powinni spróbować haczapuri!), wieczorem poszłyśmy na pizzę, w ciągu dnia poznałam jej chłopaka – Wiktora, który jest fotoreporterem, jednym z najbardziej wziętych w Kaliningradzie, umówiłyśmy się, że przyjedzie z nim do Polski na koncert Gogol Bordello, zgadałyśmy się, że lubimy podobne filmy, słuchamy tych samych kapel, nawet jadłyśmy w tym samym tempie. Zszokowałyśmy jakąś panią przewodniczkę, która chciała nas samochodem obwozić po mieście, naszym dziwacznym sposobem dogadywania się – no bo jak to – ja prawie nic po rosyjsku, Julia ani w ząb po polsku i tylko rozmawiacie tym dziwacznym angielskim mieszanym ze wszystkim po trochu? A co!
- Wieczorem zabieram cię na imprezę, a teraz idziemy do zoo!
W zoo nie byłam chyba od stu lat. Rzecz jasna o tej porze roku większość zwierzaków chowała się w różnych norkach, dziurkach i innych zakamarkach. Po wybiegach chodziły głównie smutne niedźwiedzie. A hipopotamy sprowokowały dyskusję o różnicach między językiem polskim i rosyjskim – bo hipcie to po rosyjsku behemoty…
- A jak ja byłam w Warszawie na praktykach to najbardziej mnie bawiło, że u was są salony urody, bo po rosyjsku urod to brzydki, no i że jak my zapamiętujemy, to wy zapominacie („zapomnieć”, trochę inaczej pisane, to po rosyjsku „zapamiętać”).
Jeździłyśmy autobusami, tramwajami, zobaczyłyśmy prawie wszystko, co jest w Kaliningradzie do obejrzenia. Julia poopowiadała mi o historii miasta – a ma skubana świetną pamięć. Pokazywała mi jak się zlicza cyfry numeru na bilecie, żeby sprawdzić, czy jest szczęśliwy, jednego dolara w portfelu, którego noszą wszyscy Rosjanie na rozmnożenie i wyjaśniła, że Kaliningrad to nie Rosja, tylko pół Rosja i pół Europa.
- A teraz masz godzinę dla siebie w hostelu, żeby odpocząć i się przygotować, potem przyjdziesz do mnie, napijemy się przed wyjściem i idziemy tańczyć – na Michael Jackson Tribute Party (w klubie Wagonka). Zaczynam odliczać!
Wnętrze jak z amerykańskich niszowych filmów o naszym pokoleniu – naprzeciw wejścia lustro oblepione fotografiami, nad nim kolekcja okularów, przeciwsłonecznych i ozdobnych. Korytarz też cały w zdjęciach. W dużym pokoju pełen minimalizm – regał i duży materac na podłodze, rama od łóżka stoi pod oknem i służy za wieszak. Wszystko nowe, świeże, ładne – w końcu cały Kaliningrad się buduje, z okien widać same place budowy. Zrzucam Julce Gogol Bordello i Porno Para Ricardo – propaganda pornografii w muzyce zakończona sukcesem. Julka zakłada konto na facebooku, żebyśmy miały ułatwiony kontakt, wypijam dwa piwa, ona wódkę z redbullem. Dzwoni Wicia – przecież słyszę baranie, że jesteś pijany jak świnia, dzisiaj już więcej nie pijesz.
Jedziemy do centrum. W fast-foodzie Wicia z kumplem, wstawiony, ale jeszcze daleki od stanu agonalnego. Kumpel szalenie sympatyczny, całkiem nieźle mówi po angielsku. Wicia gorzej, ale przedrzeźnia mnie powtarzając angielskie słówka, ale nie, nie robi tego złośliwie. Pod supermarketem czekają Niczka i Wika. Witają się i od razu gadają jak ze starą kumpelą – a co u ciebie słychać? Znam takie jedno polskie powiedzonko, powiedz, czy dobrze wymawiam. Kupujemy dalszą dostawę, ja postanawiam nie mieszać, biorę łańcuch choinkowy, połowę daję Julce, połowę okręcam sobie wokół szyi. Idziemy nad rzekę i udajemy, że nie jest nam zimno. Częstuję kubańskimi popularnymi. Dołącza Aleksiej. Wysoki. Jest marynarzem. Pływał na Kruzenszternie. Jakoś uśmiech mi się nagle poszerza. Gadamy o żeglarstwie. Opowiadam mu o kobiecych regatach.
- To jest kulturowy szok. Mam depresję. Nie mogę tego pojąć. Tej nocy jesteś moja, musisz mi wszystko opowiedzieć. – ale jeszcze się upewnia od znajomych, czy dobrze zrozumiał po angielsku.
Jedziemy do Wagonki, Wicia stawia mi B-52, o ile dobrze pamiętam nazwę – urodzinowo, z najlepszymi życzeniami i oświadcza, że już dzisiaj więcej nie pije. Biorę piwo. Idziemy na pięterko, robimy głupie miny, aparat idzie w ruch. Aleksiej uczy mnie kroku, który pasuje do każdego tańca. Tańczymy jakoś coraz bliżej. Dziewczyny zabierają mnie na parkiet. Rosjanie tańczą jeszcze bardziej monotonnie niż my – takie podrygi tylko, nóżka w lewo, nóżka w prawo i ręce do góry. Ale nie moje towarzyszki – Wika parodiuje ruchy Jakcsona i robi sobie mikrofon ze słomki od piwa. Przenosimy się do mniejszej salki. Julka przedstawia mi coraz to innych znajomych – jesteś z Polski? Super. Mój dziadek był Polakiem. A ja byłem w Warszawie, jak jechałem do Nowego Jorku. Piliśmy polską wódkę i zgubiliśmy kumpla. Ale policja go znalazła i nam oddała. A ja mówię po ukraińsku, tam dużo słów jest podobnych do polskiego. Aleksiej zamiast kolejnego drinka zamawia colę i z każdą chwilą staje się mniej przebojowy. Próbuję go ośmielić, ale Julka mówi, że jak trzeźwieje, to sobie przypomina, że jest nieśmiały.
- Ale nie martw się, jak się przeprowadzisz do nas i zamieszkamy w penthousach nad rzeką, to będziesz ze mną pracowała w hostelu i znajdziemy ci rosyjskiego męża.
Wicia przed drugą chce iść do domu. Ja się troszkę ociągam, więc Julka postanawia ze mną zostać dłużej. Wracamy o czwartej.
- Ale proszę nie kładź się jeszcze spać, bo Wicia się wkurzył, że chciałam zostać i napisał, że zablokował drzwi. Może będę spać w hotelu, masz klucze.
Na szczęście Wicia tylko straszył. Jak wyglądałyśmy rano – możecie zobaczyć na jednym ze zdjęć – dwa słowiańskie zgony…
Ciężko było się spakować i pojechać na dworzec. Ale musiałam. Kupiłam 16 paczek papierosów, za które zapłaciłam 16 złotych i wsiadłam w taryfę. Z busika jeszcze tylko widziałam, że to jednak może i bogata, ale wciąż słowiańska kraina – pod mostem jakiś facet pry pomocy kija od szczotki dociskał do filaru innego gościa i kobietę z zakrwawioną twarzą, a inna kobieta wymachiwała kamieniem przy jego głowie. Byli tak pijani, że ruchy mieli jak na spowolnionym filmie. Zasnęłam.
Obudziłam się przed granicą – od razu mówię – nie opłaca się jechać samochodem, bo kolejka prawie od miasta. PKS mija wszystko. Rosjanie sprawdzili papiery, o słynną rejestrację pies z kulawą nogą nie zapytał, zabrali tylko kartę migracyjną i podbili wizę na wyjazd. Zabawne tylko, że karta była na Federację Rosyjską i Republikę Białorusi, tak samo przejścia – Federacja Rosyjska i Białoruś, a osobno reszta świata. A potem strefa bezcłowa. I nagle się dowiaduję, że przewieźć można tylko dwie paczki papierosów…
Zgadzam się, żeby jakaś pani kupiła na mnie wódkę, bo nie mam żadnego alkoholu i ona załatwia mi u innych osób przewiezienie czterech paczek. Trzy mam przy sobie (uznaję, że otwarta się nie liczy). Kierowca mówi – pani upchnie w kieszeniach, włoży do rękawa, nikt nie maca. Ale ja się nie nadaję na przemytniczkę. Szukam śmietnika, ale pasażerowie mówią, że jak zgłoszę celnikom, że mam za wiele, to nic nie będzie, tylko zabiorą. Postanawiam więc nie śmiecić, bo śmietnika nie ma chyba w całej okolicy.
Polacy sprawdzają paszporty, nadchodzi kontrola celna, oddaję karton. Celnik wywołuje mnie z autobusu:
- Pani wie, że może się z tymi papierosami do Rosji cofnąć?
- To znaczy?
- No wrócić i jeszcze raz.
Nie kumam o co mu chodzi, to mówię, że nie dzięki, już nie chcę problemów robić i wolę oddać, szczerze mówiąc wydaje mi się, że proponuje ponowne przekroczenie, żebym mogła więcej przewieźć, ale okazuje się że nie o to chodziło. Przychodzi młoda, grzeczna i sympatyczna celniczka i wyjaśnia:
- Mogła Pani Rosjanom oddać, ale na piechotę, to by Pani trochę zajęło. A tak muszę spisać protokół, a za miesiąc około powinien przyjść rachunek za koszty składowania.
- A ile?
- No tak za miesiąc to około 90 złotych naliczają.
- A nie mogę po prostu tych papierosów wyrzucić?
- Oj, ja już do komputera wprowadziłam. Ale się pani nie martwi – jeden karton to szybko raczej zniszczą, przecież z pani żadna przemytniczka.
No cóż, tak drogich fajek, to chyba w życiu nie paliłam…
Ale wizytę w Kaliningradzie każdemu polecam.
-------------------
Niezbędnik:
Wiza – żeby dostać wizę trzeba niestety skorzystać z usług biura podróży i dostać voucher. Koszt: 273 zł bez ubezpieczenia (mam kartę ISIC). Dobrze załatwiać u pani, która mi pomogła – przyspieszyła mi wystawienie wizy, bez konieczności płacenia za ekspres, orientuje się lepiej niż ludzie z biur w Gdyni: Irina Góral, ul. Grunwaldzka 76/78, biuro Holidays, Tel: 502355023
Nocleg: Amberland Hostel, ul. Mayskaya 4/115, Tel: 84012368873, koszt: 13,5€
Rejestracja: 800 rubli
Papierosy: 10-80 rubli
Bułka: 7-10 rubli
Pizza, czy proste danie w restauracji: 200-300 rubli
Herbata dla dwóch osób w czajniczku: 70 rubli
Bilet autobusowy (zawsze tyle samo): 10 rubli
Mapa miasta: 79 rubli
Taksówka zamawiana telefonicznie (niestety nie mam numeru, ale zawsze można kogoś zapytać): 100 rubli, bez względu na odległość, taxi łapana na ulicy – 2-3 razy drożej
Piwo w klubie: 90 rubli
Wódka, shot z cytryną: 60 rubli
Chusteczki higieniczne, paczka: 45 rubli
wtorek, 24 listopada 2009
Podsumowanie na 25-cio lecie
Postanowiłam darować sobie przemyślenia urodzinowe, bo to byłoby smędzenie. Wczoraj nie miałam dostępu do internetu, dlatego nie napisałam nic. Zamiast czegokolwiek innego postanowiłam więc podać po prostu tę magiczną listę 30 krajów, które udało mi się "skompletować". A z kolejnym postem wracamy do retransmisji danych - Kaliningrad i Kuba.
Oto lista (kolejność przypadkowa):
1.Litwa
2.Łotwa
3.Finlandia
4.Szwecja
5.Norwegia
6.Dania
7.Niemcy
8.Czechy
9.Francja
10.Belgia
11.Holandia
12.Luksemburg
13.Hiszpania
14.Włochy
15.Słowenia
16.Słowacja
17.Węgry
18.USA
19.Kanada
20.Australia
21.Mauritius
22.RPA
23.Brazylia
24.Austria
25.Wielka Brytania
26.Wenezuela
27.St. Lucia
28.St. Vincent & Grenadines
29.Kuba
30.Rosja
A poniżej moje wyznanie wiary na kolejne 25 lat:D:
czwartek, 19 listopada 2009
30 kraj
No i tak wyszlo, ze udalo sie odwiedzic 30 kraj. Tym razem jest to Rosja. Musze przyznac, ze nie zachecily mnie wiadomosci o przyjaciol, ktorzy juz tu byli - wszyscy mowili, ze nudno i nic tu nie ma. Fakt, ze nie mialam jeszcze czasu pozadnie pozwiedzac, ale poki co, mimo pochmurnego dnia, jestem zadowolona, ze tu przyjechalam. Miasto jest ladne, zadbane i przyjazne. A w hostelu poznalam szalenie sympatyczna dziewczyne, Julie, ktora obiecala mi jutro pomoc z meldunkiem, bo trzeba takowy wykonac wypelniajac papiery po rosyjsku, w dodatku na poczcie, gdzie jak latwo sie domyslic, nkt w innym jezyku nie mowi.
Cos jeszcze z rosyjskiego pamietam, ale za malo na urzedowe papiery.
Trzymajcie kciuki - jutro mam caly dzien na zwiedzanie i musze sie jeszcze dowiedziec, gdzie jest dworzec, z ktorego mam wrocic do domu...
Cos jeszcze z rosyjskiego pamietam, ale za malo na urzedowe papiery.
Trzymajcie kciuki - jutro mam caly dzien na zwiedzanie i musze sie jeszcze dowiedziec, gdzie jest dworzec, z ktorego mam wrocic do domu...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
