Ogłaszam pierieryw. Nie dlinnyj, ale jednak. Powód: jadę odmrażać kończyny w Kaliningradzie. Mam już wizę, rezerwację, bilety. Jadę sama.
Próbowałam dziś kupić ruble w Gdyni, ale we wszystkich kantorach mówili "rubli u nas niet". Na szczęście na końcu Wall Street znalazła się Pani, co odpowiedziała:
- Ruble? Ależ proszę bardzo!
Może to oznacza, że nie będzie tłoku w PKSie :D
Życzcie mi szczęścia.
środa, 18 listopada 2009
wtorek, 17 listopada 2009
18-19.10.09, Camagüey (nadmierne stężenie kiczu może powodować przedwczesne zejście)
Zacznę od tego, że się wytłumaczę – przepraszam, że mi częstotliwość spadła, ale jak na razie z miernym skutkiem próbuję się przywrócić do życia – z miernym, bo jak się przywracać do czegoś, co trzeba zbudować od nowa – znaleźć pracę, pomysł na najbliższe miesiące i jakiś plan, który będzie ratował w czarnej godzinie… Na Kubie już byłam, a planowana Mongolia nie jest jeszcze w tym samym stopniu „dodająca sił”. Potrzebuję czasu, żeby się w coś znowu wkręcić. Może w Rosja przyniesie jakieś natchnienie.
Zgodziłyśmy się, żeby jędza – nie jędza załatwiła nam pokój. Ale jak wysiadłyśmy z autobusu to złapał nas uroczy starszy Pan, mówiący po angielsku i zaoferował pokój za 15 CUC i to ze śniadaniem. Właśnie odprowadzał na autobus Słowaka, który u niego mieszkał. Wystarczyło nam to za gwarancję jakości. Trzeba było jechać taksówką prosto ze stanowiska autokaru, żeby nas nie wyśledzili ci, którzy mieli na nas czekać przed wejściem głównym. Ani przez chwilę nie żałowałyśmy jednak, że wystawiłyśmy do wiatru znajomych jędzy – nie jędzy. Zamieszkałyśmy w domku gościnnym, w ogrodzie, miałyśmy własne klucze do bocznej furtki. W ogrodzie był stół pod daszkiem z liści palmowych, a reszta przestrzeni należała do zwierzyńca – kur, indyka, psów, kotów, papugi i jeszcze jakiegoś innego bliżej nie zidentyfikowanego drobiu. Pod dachem królowały straszydła stylem przypominające nasze krasnale ogrodowe – różowy do bólu zębów flaming, fontanna w kształcie delfina, jakieś pseudo afrykańskie ozdóbki. Ale siedziało się tam tak przyjemnie, że polubiłyśmy cały ten wystrój tajemniczego ogrodu ze snów dwunastolatki. Poza tym Pan, który nas przyjął był szalenie sympatyczny – pożyczył nam mapki i przewodniki po mieście, prawie w ogóle nie chciał rozmawiać po hiszpańsku, żeby móc ćwiczyć swój angielski. Kasia wymyśliła, żebyśmy mu oddały rozmówki hiszpańsko – angielskie, żeby mógł ćwiczyć dodatkowe zwroty – trzeba przyznać, że Kasia miała w ogóle dużo dobrych pomysłów – a Dziadzio ucieszył się bardzo, co było widać mimo jego mocno powściągliwego sposobu okazywania emocji.
Nie od razu mogłyśmy ruszyć w miasto, bo niestety dorwał nas zimny front, który przywlekłyśmy za sobą z Trynidadu (to na pewno sprawka jędzy – nie jędzy) i jeszcze jakiś czas popadało. Ale za to w międzyczasie Dziadzio załatwił nam walutę narodową i obiecał pokazać wieczorem restaurację, w której można za te pieniądze zjeść. Kiedy w końcu ruszyłyśmy do centrum, uzbrojone w materiały od naszego Pana, było już dość późno. Zjadłyśmy pizzę w knajpie za CUC i poszłyśmy dalej z zamiarem odnalezienia dworca autobusowego, z którego kolejnego dnia miałyśmy pojechać do Santa Lucía, miasteczka położonego przy wschodnim krańcu archipelagu Jardines del Rey. W międzyczasie trafiłyśmy jednak do ETECSA – dostawcy usług telekomunikacyjnych na wyspie. Godzina Internetu kosztowała nas 6 CUC. Ale żeby to był normalny Internet, czy normalne komputery – tego by było za wiele… Nie dość, że cholera wie, po co ten sprzęt miał wejścia na USB, bo nie wiedział absolutnie niczego, to Internet chodził wolniej niż za najgorszych modemowych czasów – ale jak wiecie, krótki post udało mi się wtedy napisać. Zdarzyło się coś jeszcze – Claudia odpisała na mojego ostatniego maila, wysłanego przed wyjazdem i podała mi namiary na siebie. Musiałam się ugryźć w paluchy, żeby nie zacząć od razu z smsami, bo uznałam, że będzie lepiej, jak się wstrzymam (Kasia miała ze mnie niezły ubaw). Z wrażenia musiałam wyjść na fajkę, żeby nie zacząć podskakiwać z radości – że moje wysiłki w celu skontaktowania się z przedstawicielką najprężniejszego blogerskiego ruchu świata, nie poszły na marne. Ale sami wiecie, jaka jestem, jak się ucieszę… Nie?
Do dworca autobusowego Kasia prowadziła mnie prawie zupełnie nieprzytomną, bo w myślach planowałam już moją przyszłą dziennikarską karierę… Na dworcu wszystko sprawdziłyśmy – autobus istniał, odjeżdżał faktycznie o piątej rano (!) i wracał po południu. I miał kosztować o ile pamiętam 10 MN za osobę. Bajka. Miasto ciekawe, ale postanowiłyśmy je zwiedzić trzeciego dnia przed autobusem do Holguín i tymczasem wyspać się przed poranno – nocną podróżą na plażę.
***
W domu pojawiła się czarna puma. Zobaczyłam ją kątem oka i zanim mnie zamroziło z przerażenia, zdołałam się ukryć. Obserwowałam ją tylko przez wąską szczelinę, widziałam jak krąży po pokojach, czasem znika z mojego pola widzenia, by zaraz wrócić i to niebezpiecznie blisko. Próbowałam się nie poruszyć. Tłumiłam okrzyki przerażenia. Starałam się nie oddychać. W końcu wyszła z mojego mieszkania.
Pobiegłam do drzwi i zdążyłam je zamknąć zanim wróciła. Ale krążyła nadal w pobliżu, czułam jej obecność, czasem nawet widziałam przez okno czarny cień przemykający pomiędzy krzewami pokrytymi grubą warstwą śniegu. Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Miałam wyjść do pracy, a pracowałam jako kolędniczka w sąsiedztwie. Nie mogłam jednak przemóc strachu, wiedziałam, że ona tylko czeka na okazję. Zadzwoniłam do ojca.
- Tato, bardzo ci dziękuję, że załatwiłeś mi pracę, ale czy możesz proszę pomóc mi w znalezieniu czegoś, co mogłabym robić w domu? Wiem, że już mi tyle pomogłeś, ale widzisz, pod moim domem krąży puma. Ja nie mogę wyjść…
***
Budzik zadzwonił o 3:40. Nie było nam ciężko wstać, bo obie spałyśmy równie kiepsko, budząc się co chwila. Kasię też męczył jakiś koszmar. Zebrałyśmy się w piętnaście minut. Dziadzio już czekał na nas ze śniadaniem, chociaż mówiłyśmy, że poradzimy sobie i bez tego, bo to przecież barbarzyńska pora. Tortilla ze świeżym pieczywem i sok wyciskany z pomarańczy poprawiła nam nastroje. Wzięłyśmy plecaki i ruszyłyśmy na dworzec autobusowy. Czwarta rano to niby dobra pora na wycieczki piesze – nie ma upału, tłumu turystów, spokój cisza i tylko czasem próbuje cię zatrzymać trzech napranych facetów, którzy postanawiają zajść ci drogę, złapać za rękę i coś pobełkotać. Na szczęście przyspieszyłyśmy kroku, rękę wyrwałam i nie poszli za nami. Ale od tego momentu postanowiłyśmy rozstać się ze znajomością języka hiszpańskiego. Nawet tą podstawową. Kawałek dalej dołączyło do nas dwóch też niezupełnie trzeźwych gości, ale w mniej agresywnych nastrojach, jeden jechał za nami rowerem ciągle się śmiejąc, a drugi zaczął przebierać nogami jeszcze szybciej niż my i śmiejąc się ciągle powtarzał „maraton?”. Potem jeszcze tylko kilka pustych uliczek, zwalniający tuż przy nas samochód, jeden pijaczek, co się odbijał na zmianę od obu krawężników i byłyśmy na dworcu autobusowym.
- Autobus dziś nie pojedzie. Zepsuty. Ale dam wam numer telefonu, zadzwońcie po południu, może jutro pojedzie.
Nie poddajemy się tak łatwo, nie my. Szereg psykaczy już czatuje koło naszego boku.
- Psssss!!! Camiones? Camiones?
Dla wyjaśnienia – camiones to prywatne ciężarówki przystosowane do przewozu ludzi. Idziemy za gościem, sporo osób wsiada, to pytamy za ile.
- 5 CUC.
- Panie, żeś pan zwariował? To nie taksówka.
- A ja nie mogę wozić turystów, jak mnie policja złapie, to będą problemy.
- A jak 5 CUC za głowę damy to nie złapie?
Tego ostatniego pytania nie zadałam, bo mój hiszpański niestety nie wystarczył. Proste pytanie, ale miałam ochotę gryźć, a nie pytać. Stoimy dalej i czekamy na kolejną ciężarówkę. Ale ta ponoć jedyna w tamtą stronę. Podchodzi chłopak i prosi o ognia, pytam, czy jeszcze coś jeździ do Santa Lucía. No ciężarówka jedzie. Mówię, że nie mamy CUC, a gość chce CUC. No to chłopak mówi, że zaraz wróci. Za parę minut wraca i mówi, że CADECA (kubański, państwowy kantor) zamknięta, ale pokaże nam miejsce, gdzie możemy kupić. Tłumaczę mu, że dzięki za starania, ale to po prostu za drogo, nie mamy tyle nawet w walucie narodowej. Bardzo mu przykro, ale nie umie nam pomóc. No to zapalam kolejnego papierosa, siadamy na ławce, ciężarówka odjeżdża i stwierdzamy, że czas opuścić broń, trzeba się poddać. Wracamy. Do głównej ulicy za mostem jest spokój, ale kawałek dalej zauważa nas koleś na motorze. Pierdzi ten grat na pól miasta, słychać go pewnie w Santa Lucía. Ale motorzysta nie zamierza być dyskretny i jedzie za nami. Po dwóch przecznicach mamy już pełne portki. Motor się psuje i staje. Przyspieszamy jeszcze bardziej. Słychać jak się facet męczy i próbuje odpalić, aż w końcu mu się udaje, a my już prawie biegniemy. Motor znowu się psuje, już mamy odetchnąć z ulgą, jak znowu zaczyna wyć na pół ulicy.
- Zdechnijże wreszcie. – modlę się na głos, niczym w kinie na filmie „Wzgórza nadziei”, czy coś w tym stylu, jak wypiłam litr coli, a Jude Law umierał tak długo, jakby mu płacili specjalny dodatek za każdą minutę wykręcania twarzy.
Idziemy już prawie wchodząc ludziom do domów, bardziej się do ściany przykleić nie można, motor znowu się psuje. Już widzimy komin, według którego się orientowałyśmy, za dwie przecznice skręcamy w naszą uliczkę. Już tylko jedna przecznica, motor znowu przejeżdża kilka metrów, w końcu krztusi się i gaśnie, skręcamy przytulone do ściany, słychać, że silnik już padł definitywnie, rzęzi jeszcze ale już bez przekonania. Odwracam się i spoglądam za siebie, ale w tle uliczki widać tylko rowerzystę – nie przyspiesza, jedzie spokojnie, znaczy się niegroźny. W końcu dochodzimy do naszej furtki. Otwieramy zewnętrzną, wewnętrzną, Kasia wchodzi pierwsza, ja się odwracam, żeby zamknąć.
- Ja pierdolę, Kasia weź podejdź, bo się kurwa boję.
- Czego? O ku… Co on robi?
Rower stoi oparty o furtkę.
Trzęsącymi się rękami zakładam kłódkę, ale ni cholery nie mogę jej domknąć, a gość stoi trzy metry ode mnie, przyklejony do płotu, gapi się na nas z wywieszonym ozorem i wali konia, co chwila wskazując głową na fiuta. I jeszcze to cholerne psykanie.
- Jezu, fu… ohyda, zamknęłaś wreszcie?
Udaje mi się wreszcie zatrzasnąć kłódkę, pod drzwiami naszego domku jestem prawie jednym skokiem. Kasia zamyka je na klucz od środka, ja idę do kibla zapalić. O takich scenach to się w kiczowatych powieściach czyta, bo przecież wiadomo, że nikt się na ulicy nie masturbuje, nie? Nawet nie uchylam żaluzji, żeby kibel przewietrzyć, bo już widzę twarz gnoja zaraz za oknem. Nagle walenie do drzwi. Kasia do nich nie podchodzi, uchyla tylko żaluzję w pokoju przejściowym, nie słyszę treści rozmowy, ale domyślam się, że to nasz Dziadzio.
- I co powiedział?
- Chciał wiedzieć dlaczego wróciłyśmy, to mu powiedziałam, że autobus zepsuty. Pytał jeszcze czy coś się stało, ale nie wnikałam w szczegóły.
Postanowiłyśmy już więcej nie łazić po nocy.
- Kurcze, ale obie miałyśmy złe przeczucia, trzeba się słuchać własnej intuicji Olka. Idziemy spać.
Camagüey za dnia jest bardzo ładnym i przyjaznym miastem. Warto pójść na Plaza San Juan de Dios – obejrzeć rzeźby ustawione na ulicy, zajrzeć do galerii sztuki, popatrzyć na panów grających w domino na schodach przed kościołem. Spotkałyśmy nawet Pana, który pozował do jednej z rzeźb, chętnie pozował do zdjęcia i pokazał nam pracownię artystki, która go uwieczniła. Warto nawet obejrzeć Plac Rewolucji – jest dziwacznym betonowym tworem.
Po południu na dworcu autobusowym spotkałyśmy dwoje Finów, którzy szukali miejsca do spania i przyprowadziłyśmy ich do Dziadzia. Wieczorem poszliśmy we czworo do restauracji za MN. Troszkę nas Pani nacięła na rachunku, ale ja nie lubię się kłócić, więc chociaż Finowie nie chcieli zauważyć, że coś jest nie tak, to dopłaciłyśmy różnicę. Potem poszliśmy po flaszkę i colę, a uprzejmy Fin chociaż grzecznie zapłacił połowę, zostawił mnie z obiema butelkami w ręce. Cóż, może jestem przyzwyczajona do jakichś dzikich polskich obyczajów… W sumie rozmawia się miło, ale oni ciągle narzekają, że Indie to i Indie tamto, a na Kubie to nuda i nie ma co jeść. Dziewczyna jest wegetarianką, w wiadomo – Kuba, kraj tropikalny, więc dostać owoce rzeczywiście jest ciężko. Ale kolejnego dnia kupiłyśmy awokado giganta – bo kubańskie są cztery razy większe niż polskie zdechlaki i do tego żółte w środku. A na deser była frutabobmba… Mmmm…
-----------------------------
Niezbędnik:
Casa: Villa el Tinajón, Eva i Carlos, 2 pokoje, Calle Pancha Agramonte No. 168 (Mauricio Montejo) e/ Calle Cuba y Callejóu del Cura, 15 CUC ze śniadaniem
Autobus do Santa Lucía (jak nie jest zepsuty): 10 MN
Tel. na dworzec autobusowy (lepiej się upewnić, czy warto rano iść na spacer): 281525
Awokado: 10MN
Frutabomba: 15 MN/kg
Obiad w restauracji, gdzie można płacić w walucie narodowej (np. La Paella): ok. 25-30 MN
Internet w ETECSA: 6 CUC/godzina (wolny jak cholera)
Autokar Trinidad – Camagüey – dokładnej ceny nie zapisałam niestety, ale ok. 7 CUC
środa, 11 listopada 2009
16-17.10.09, Trinidad (dobra – nie dobra, właściwie jaka?)
Na dworcu w Trynidadzie czekała na nas Pani z tabliczką z wypisanymi imionami, czyli tak, jak obiecała nam Pani Violeta jeszcze w Cienfuegos. Miałyśmy więc załatwiony kolejny nocleg za 15 CUC – cieszyło nas to, bo przed wyjazdem zakładałyśmy czarny scenariusz – 30 CUC za Casa wszędzie. A tu proszę – nie dość, że miałyśmy zapłacić już w drugim miejscu o połowę mniej, to jeszcze nie musimy szukać właściwego miejsca, bo czeka na nas Pani wyglądająca jak rasowa… Meksykanka. Szłyśmy za nią całe zadowolone. U niej w mieszkaniu zastałyśmy dwoje Hiszpanów, oboje z dredami, niby wyglądali sympatycznie, ale nawet nie odpowiedzieli na nasze cześć. Pokój był dość dziwny – co prawda schludny, z łazienką i wszystkim czego trzeba, ale ciemny i utrzymany w ohydnie kiczowatym stylu. Oczywiście nam nic nie przeszkadzało, ale powiedzmy, że dalekie byłyśmy od zachwytu, tym bardziej, że żeby wejść do pokoju, trzeba było przejść przez salon i kuchnię i ciężko było nawet wyjść na papierosa komuś nie przeszkadzając.
Nie wiem, czy już o tym pisałam, ale na Kubie istnieje obowiązek meldunkowy – w każdym miejscu, w którym się zatrzymuje turysta, musi się podpisać w niebieskiej książce meldunkowej. Właściciele domów wpisują tam jego narodowość, obywatelstwo, imię, nazwisko i numer paszportu. Formalności zawsze dokonuje się na początku. Dałyśmy więc Pani nasze papiery. No i zaczął się lament – a dlaczego nie oryginały, skąd te kserówki, jak ona ma potwierdzić, że są prawdziwe itd. Daję Pani więc wizytówkę polskiej ambasady, ale Pani nie chce tam zadzwonić. Rozpoczyna za to telefoniczną konferencję ze wszystkimi chyba kumami z miasta. W końcu po pół godziny zaczyna nam tłumaczyć, że jest w domu sama, że nie ma jej męża i że nie może nas przyjąć, bo nie wie, co na te papiery powie urząd imigracyjny. Próbuję jeszcze tłumaczyć, że przecież rejestrowałyśmy się na te papiery w Hawanie (taka drobna ściema) i Cienfuegos i że nie miałyśmy żadnych problemów, ale w potoku jej hałaśliwego monologu ciężko jest w ogóle dojść do słowa. W końcu sobie odpuszczam i postanawiamy z Kasią zobaczyć, co będzie, bo choć Pani odmówiła nam przyjęcia, to jednak znalazła kumę, która miała nas przyjąć. Jednak, żeby nikt nie pomyślał, że chce nam wynająć pokój, każe nam zaczekać przed wejściem. O tyle lepiej, że przynajmniej mogę wreszcie zapalić.
Po kolejnych kilkunastu minutach przed domem zatrzymał się rykszarz z „Bicitaxi” – to taka ryksza ciągnięta rowerem. Pojazd wyglądał mało przekonująco, ale nie miałyśmy innego wyjścia, jak wsiąść i pojechać. Próbowałam jeszcze prosić, żeby nam podała adres, to pójdziemy na piechotę, ale usłyszałam tylko, że to za daleko, chociaż mam niejasne wrażenie, że Pani po prostu nie chcciała się męczyć z tłumaczeniem mi jak dojść do właściwego domu (pomijam fakt, że niestety większość Kubańczyków, chociaż wiedzą gdzie co jest, to nie potrafią się odnaleźć na mapie). Strasznie żałuję, że nie miałam jak wyjąć aparatu podczas jazdy – trzymałyśmy bowiem na kolanach Kasi plecak – mój jechał przytroczony z tyłu i jedną ręką jeszcze próbowałam go podtrzymywać, bo ciężko było uwierzyć, że nie wypadnie podczas tego rozhuśtanego tańca na kilkusetletnim bruku. Chyba nigdy w życiu nie czułyśmy się równie zażenowane jak wtedy – pod górkę gość ledwie zipał – taka żylasta to była chudzina, z dobre dwadzieścia centymetrów niższa ode mnie. Jedną ręką zmieniał tylko kasety na takie z szybszą muzyką (bo miał radyjko samochodowe podwiązane do brezentowego daszku nad głową i kasety zatknięte za rozciągniętą między pałąkami gumkę). Ale ciekawie zrobiło się dopiero z górki – bo obciążony ponad miarę pojazd (dwie Europejki, a na Kubie to już nie ludzie tylko ponadwymiarowe giganty + prawie czterdzieści kilogramów bagażu) nie chciał dać się zatrzymać. Hamulce piszczały ze skargą, a rowerek chińskiej produkcji podskakiwał dalej i wcale nie chciał wygrać z grawitacją. W końcu kierowcy udało się zatrzymać parę metrów za miejscem, w którym jak sądził, miał nas wysadzić, a dokładnie przed właściwym. Wysiadłyśmy jakoś, chociaż kolana się nam nieco trzęsły i próbowałyśmy nie dać po sobie poznać jak bardzo byłyśmy zażenowane całą sytuacją. Zgodnie postanowiłyśmy wynagrodzić Pana sowitym napiwkiem i już nigdy więcej nie wsiadać do Bicitaxi.
W drzwiach naszego nowego domu powitała nas Pani nieco starsza, o chytrym i nie do końca przyjemnym wyrazie twarzy. Trzeba przyznać, że co sekundę przerywała wypowiedź na słodkie „mi amor”, ale jakoś ciężko był wyczuć w niej te nieogarnięte pokłady miłości. Wyjaśniła nam, że może nas przyjąć, bo miała kontrolę tego samego dnia rano i nie spodziewa się już wizyty z Urzędu Imigracyjnego. Zaraz potem zapytała, czy chcemy śniadanie – rzecz jasna odmówiłyśmy, bo nie po to dźwigałyśmy pasztety w plecakach, żeby jeszcze dopłacać za śniadania. Ale tego już było dla Pani za wiele i powiedziała, że skoro nie chcemy jeść u niej śniadań mimo, że tak się dla nas naraża, to będziemy płaciły za pokój więcej i żebyśmy nawet nie myślały o przenosinach, bo nikt nas w Trynidadzie z takimi papierami nie przyjmie, bo w tym mieście jest dużo kontroli i nikt nie będzie ryzykował dla dwóch panienek. Darowałam sobie szczegółowe tłumaczenie, ale Kasia z tonu głosu i tak się domyśliła, że sytuacja nie nadawałaby się do opisania w książeczce dla miłych dzieci na dobranoc. Trzeba jednak przyznać, że warunki w pokoju były dużo lepsze, przez żaluzje wpadało o wiele więcej światła, była klimatyzacja i wiatrak, świeżutka łazienka, no i miałyśmy do dyspozycji własny taras, na którym Pani kazała nam zaczekać, aż przygotuje pokój. Po chwili pojawiła się z powrotem ze słodkim jak ulepek uśmiechem i dwoma szklankami. W szklankach był różowy nektar bogów – przysięgam, że świeży sok z gujawy (bo tak chyba nazywa się po polsku guayaba) to jedna z najpyszniejszych rzeczy, jakich kiedykolwiek próbowałam. Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję tego spróbować, to chociaż byście mieli na to wydać ostatnie pieniądze – naprawdę warto. Atmosfera jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki natychmiast się poprawiła, a jędza stała się uśmiechniętą starszą Panią.
Po tych wszystkich przejściach i po tarasowej przerwie byłyśmy tak spocone, że nie obeszło się bez prysznica, więc wyszłyśmy z domu dość późno. Jednak późne popołudnie jest czasem idealnym do poznawania Trynidadu – upał już nie zabija, tylko trochę przydusza, a wąskie uliczki wyłożone brukiem, prowadzące między kolorowymi kolonialnymi domkami stają się naprawdę pełne uroku. Główny, wymuskany placyk, Plaza Mayor, przy którym znajduje się katedra i większość najważniejszych (i odnowionych) zabytków w miasteczku w tym oświetleniu stawał się miejscem z marzeń. Z daleka nawet pordzewiałe ławeczki wydawały się być śnieżno białe. Poszłyśmy na szczyt wzgórza, na którym niszczeją ruiny kościoła i szpitala wojskowego. Do środka wejść się nie da, z resztą wszystko jest zarośnięte trawą i w środku właściwie nic już nie ma. Za to widok ze wzgórza jest niesamowity – można obejrzeć panoramę całego Trynidadu i ujrzeć mocno oddalone od niego wybrzeże. Przed wejściem do kościoła dorwały nas Panie (trzy pokolenia jednej rodziny) proszące nawet nie o pieniądze, a jakieś rzeczy do ubrania. Najstarsza prosiła przede wszystkim o lakier do paznokci – bo trzeba Wam wiedzieć, że kobieta na Kubie może chodzić w łachmanach, ale zawsze ma zadbane paznokcie. Niestety na to, żeby zabrać ze sobą lakiery do paznokci nie wpadłam, z resztą pewnie i tak Niemcy wyciągnęli by mi je z dużego bagażu na lotnisku w Berlinie, tak, jak i zapalniczki, które kupiłam na podarunki (zostawili mi w ich miejsce kartkę uprzejmie informującą, że mieli do tego prawo). Wracając do naszej rodzinki – obiecałyśmy im przynieść różne rzeczy kolejnego dnia.
Za kościołem, dosłownie o kilka metrów dalej, znajduje się dyskoteka umieszczona w jaskini. Pomysł fajny, chociaż podejrzewam, że jak miejsce jest napakowane ludźmi, to w środku musi być duszno. Pan pilnujący wejścia pozwolił nam zwiedzić wnętrze i nawet włączył nam oświetlenie – żarówki umieszczone były na skalnych półeczkach i osłonięte kolorowymi butelkami po różnorakich trunkach. Trzeba przyznać, że miejsce miało klimat, ale nastawione było wyłącznie na turystów i z głośników sączyła się jakaś amerykańska papka, więc imprezę postanowiłyśmy sobie odpuścić. Wieczorem powłóczyłyśmy się jeszcze trochę po wąskich uliczkach, zajrzałyśmy do Casa de La Trova (tradycyjna piosenka kubańska) i kupiłyśmy sobie „Santero” – aguardiente de Cuba – rodzaj rumu, całkiem dobrze wchodził z limonowym refresco. Trzeba przyznać, że całkiem przyjemnie się siedziało na naszym prywatnym tarasiku. Puściłyśmy sobie muzykę z radyjka – a kubańskie radio gra głownie kubańskie przeboje – na jednym z kanałów udało mi się nawet usłyszeć „Arenas de soledad” – piosenkę z filmu „Habana Blues, ale zaraz radio zaczęło trzeszczeć – śmiałyśmy się, ze film jest niepoprawny politycznie, więc piosenka została zagłuszona. Wracając do samego tarasu – jedna z jego ścian ozdobiona była fragmentami glinianych naczyń – wazonów, doniczek itp. Poza tym u góry przyklejone były dwie gumowe figurki – żaba i jaszczurka. Takie kiczowate, jak kiedyś sprzedawane u nas figurki dinozaurów – z czerwonymi szkiełkami zamiast oczu. Poza tym mimo, że miały to być dwa różne gatunki, to miały nawet ten sam kolor. Trochę się zdziwiłyśmy, jak kolejnego dnia rano figurki zniknęły, a potem jednak z nich nagle zaczęła łazić po ścianie…
Poza tym z tarasu mogłyśmy zajrzeć do sąsiadów – wystarczy, jak powiem, że warunki u ludzi prowadzących domy dla zagranicznych turystów od tych „normalnych” różnią się diametralnie. Łatwo nam było zrozumieć w jak wielkim żyjemy jak na kubańskie warunki luksusie…
Kolejny dzień upłynął nam na intensywnym zwiedzaniu. Jedyne, co sobie odpuściłyśmy, to wycieczkę na plażę, bo poirytowane wydarzeniami z mieszkaniem postanowiłyśmy nie wydawać dodatkowej kasy, a dojazd był dość drogi. W międzyczasie w jednym z parków zostałam narysowana przez miejscowego ahtystę. Efekt możecie sami ocenić. Fakt, że sądziłyśmy z Kasią, że Pan jest szukającym natchnienia poetą i troszkę się z niego ponabijałyśmy, więc jak podszedł ze swoim dziełem, to było mi nieco głupio. Tym bardziej, że nie raz mi grożono uwiecznieniem, ale jakoś dotąd nikt swojej groźby nie spełnił. W tym samym parku przysiadł się do nas na chwilę Pan, który twierdził, że jest nauczycielem chemii i biologii (prawie wszyscy napotykani po drodze ludzie przedstawiali się jako nauczyciele tego i owego, jakaś edukacyjna plaga w kraju, w którym dzieci uczą starsze dzieci, bo brakuje pedagogów) i był prawie obrażony, bo powiedziałyśmy mu, że nie poszłyśmy na dyskotekę w jaskini, bo była dla nas za droga:
- Dla was jest droga? To co my, Kubańczycy mamy powiedzieć, skoro zarabiamy w walucie narodowej? Drogo im! Żarty sobie robicie?!
Na szczęście zaraz sobie poszedł, bo szczerze mówiąc nie wiem jak się tłumaczyć za nie swoje winy, a nie czułam się na siłach, żeby tłumaczyć Panu, żeby może oskarżył za takie problemy własny rząd i naród, bo rewolucję przecież zrobili sobie sami.
Poza tymi różnymi problemami możemy jednak stwierdzić, że Trynidad jest rzeczywiście pięknym miastem. Niestety na każdym rogu jest jakiś turysta, co powoduje, że w porównaniu do wszystkich innych miejsc odwiedzonych przez nas na Kubie jest bardzo drogi. Chleb w piekarni dla miejscowych, w której ceny wywieszone były na tablicy, a więc nie zostały na poczekaniu stworzone dla naszych potrzeb, kosztował 4 CUC – 16 złotych… Oczywiście poza tym chleb jest na kartki, ale nie dostaje się go dużo.
Za to żałowałyśmy, że nie skorzystałyśmy bardziej z targu pamiątek, bo rzeczywiście rzeczy można było kupić ciekawe i stosunkowo niedrogie. Kupiłam tylko ręcznie szytą koszulę dla kolegi, w sklepiku należącym do szalenie miłego starszego Pana, który z radością z nami podyskutował i poopowiadał różne ciekawostki. Wspominał nawet czasy przedrewolucyjne.
W Trynidadzie też po raz pierwszy spotkałyśmy Polaków – była to para, kobieta koło czterdziestki i facet po pięćdziesiątce. Zatrzymałyśmy ich, żeby zapytać, czy przemieszczali się kiedyś czymś tańszym niż Viazul i czy mogli by nam coś doradzić. Facet powiedział, że wracają taksówką do Hawany, wiec mogą nas zabrać, co prawda i tak wyjdzie drożej, ale wygodnie. Podziękowałyśmy, bo i tak było nam nie podłodze. Cały czas się jednak zastanawiałam, skąd ja gościa kojarzę, bo że kojarzę, byłam pewna. Zanim moje przegrzane upałem szare komórki zaczęły jednak współpracować, gość już zniknął – a dam sobie łapę uciąć, że był to ten sam polski dokumentalista, mieszkający w Hawanie, który wraz z Jose Torresem miał spotkanie z publicznością podczas Festiwalu Solidarności w Gdańsku. Niestety nie dążyłam swoich przypuszczeń potwierdzić…
Ostatniego, drugiego wieczoru w Trynidadzie siedziałyśmy na tarasiku popijając drinki z czystej wody, bo zaczęłyśmy u siebie zauważać objawy lekkiego odwodnienia. Wmuszenie w siebie 1,5 litra wody nie jest wcale łatwe… W międzyczasie zaliczyłyśmy black-out (mało dotkliwy, bo nasz domek był wyposażony we własny agregat) i burzę z piorunami. No i figurka żaby zaczęła skakać po tarasie…
Odwiedziła nas nasza Pani i dała nam po sznurze koralików z nasionek. Przy okazji zapytała, czy chcemy, żeby nam załatwić pokój w Camagüey, które było naszym kolejnym celem. Zapytałyśmy za ile. Za 20. No to nie, dziękujemy, poszukamy same. Twarz jędzy nagle wróciła na swoje miejsce.
- No to będziecie miały problem, bo tam też nikt was nie przyjmie.
Ale rano, kiedy szłyśmy na autobus, mimo wczesnej pory Pani wstała i powiedziała, że udało jej się przekonać koleżankę, że jesteśmy miłe i żeby nas wzięła za 15… Nagle jędzy znów nie było, a miła starsza Pani uściskała nas na pożegnanie.
Ciąg dalszy niestety będzie później, bo szczerze mówiąc padam już na pysk. Wróciłam do domu z „cuban catarro”, jak to nazwała Claudia i cholerstwo nie chce odpuścić. Poza tym w ramach utrzymywania wspaniałej linii (dawno nie byłam z siebie tak zadowolona, hehe) obżarłam się właśnie serem pleśniowym, który musiałam najpierw upolować, bo już chciał zwiać z lodówki i teraz cierpię…
-----------------
Niezbędnik:
Autokar Cienfuegos - Trinidad - 6 CUC
Casa Particular za 15 CUC(2 łózka): Olga Sanchez Bastida, Calle Simon Bolivar No.256, e/ Frank Pais y Jose Marti
Casa Particular za 20 CUC(2 łózka): Barbara Torres Pardo, Calle Anastacio Cardenas No. 619, e/ Fidel Claro y Piro Guinart, e-mail:cosmemendoza2003@yahoo.es
Chleb: 4 CUC
Bułka: 0,8 CUC
"Santero", 035L - 2 CUC
Wejście do kościoła przy Plaza Mayor - bezpłatne
Można kupić tanie cygara. Niestety nie pamiętam nazwy ulicy, ale to była ulica prostopadła do tej, przy której znajduje się Casa de La Trova, po lewej albo po prawej, nr 35, łatwo poznać, bo było na niej też sporo straganów z pamiątkami.
Warto kupić pamiątki - duży wybór i stosunkowo niedrogo.
poniedziałek, 9 listopada 2009
15.10.09., Cienfuegos (młody Del Toro i niebieskie oczy oli)
Zanim przejdę do relacji, z uporem maniaka poruszę tematy polityczne. Jak wiecie, obchodzimy dzisiaj XX-lecie upadku muru berlińskiego. Dzięki wydarzeniom sprzed tych dwudziestu lat możemy sobie blogować, komentować, pisać, jeździć, robić co chcemy. Po prawej, jak może zauważyliście zamieściłam adresy do blogów, które sama czytam. Polecam wszystkie. Ale dzisiaj chciałam zwrócić Waszą uwagę na kubańskie. Do Generacion Y, bloga Yoani Sanchez, dałam linka przekierowującego na polskie tłumaczenie. W najnowszym poście można przeczytać jak boleśnie zakończyły się dla niej wydarzenia, które niedawno opisywałam. Pamiętajmy o tych, dla których rzeczy nam oczywiste są bardzo trudno albo w ogóle niedostępne.
A to link do mojej notatki na stronie Solidarni z Kubą: http://www.solidarnizkuba.pl/aktualnosci,kuba.id_1284

Pobudka o 5:00 rano, gdy wieczór wcześniej kosztowało się po raz pierwszy kubańskiego rumu nie należy ani do najłatwiejszych, ani najprzyjemniejszych. Ale po obowiązkowym porannym paszteciku z suchym pieczywem wszyłyśmy na pogrążoną w ciemnościach Avenidę. Na dojście do Centro Zoologico dałyśmy sobie dwie godziny. Jednak jak wychodzi się na ulicę w obcym i wielkim mieście po ciemku, to człowiek nie wiedzieć skąd dostaje nagle silnego zastrzyku adrenaliny. Szłyśmy 1,5 godziny i to okrężną drogą, wybierając co bardziej zaludnione ulice i wciąż oglądając się za siebie. Pierwszego „śledczego” (w sensie podejrzanego typa, a nie policjanta) zgubiłyśmy już wychodząc z naszej ulicy i robiąc nagły skręt w 29-tą. Przystanęłyśmy i zaskoczony gość musiał nas minąć, albo zareagować. Na szczęście niedaleko był przystanek, więc poszedł prosto, oglądając się tylko za nami jeszcze kilka razy. Dostałyśmy porządnego przyspieszenia i resztę drogi już prawie przefrunęłyśmy. Pierwszy raz widziałam na swojej odzieży tak wyraźne i wielkie plamy potu, serio… Na żadnym w-fie w ogólniaku nie spociłam się tak jak podczas tamtego spacerku.
Viazul w końcu ruszył i okazało się, że cały nasz wysiłek był niepotrzebny, bo oczywiście z Centro Zoologico pojechał prosto na dworzec autobusowy koło Placu Rewolucji… Na szczęście nawet nie miałyśmy siły się wkurzyć, bo szczękałyśmy zębami z zimna – autokary Viazula należą bowiem do tych naprawdę dobrze klimatyzowanych. Uratował nas fakt, że Kasia nie zmieściła śpiwora do dużego plecaka.
W Cienfuegos czekało nas kolejne zadanie – znalezienie chaty. Niby wiedziałyśmy, że na dworcu powinni na nas polować „pokojodawcy”, ale cholera ich wie… Tymczasem już w drzwiach autobusu na dworcu w Cienfuegos złapał nas młody Del Toro (młody, czyli z czasu zanim zagrał Che, czyli wtedy, gdy go jeszcze lubiłam), do tego był ode mnie niższy nie więcej niż dwa centymetry, czyli jak na tamtejsze warunki - gigant. Poza nami oczywiście wysiadało jeszcze kilka osób, ale koleś stał wciąż przy nas (jak potem tłumaczył, to dlatego, że mam takie ładne, niebieskie oczy, a że na Kubie jest to rzadkością, to chciał się przyjrzeć z bliska – dobrze, że nie mogłam się zobaczyć w lustrze po tym, jak puścił ten tekst, bo to musiał być niezły raczek). Pokój był tańszy niż zakładałyśmy, więc poszłyśmy za nim.
Dom prowadziła jego mama, pani Violeta – szalenie miła kobieta, szczuplutka, maleńka i wiecznie uśmiechnięta. Co chwilę podchodziła, zagadywała i starała się mówić wyraźnie, żebym mogła ją zrozumieć. Nie denerwowała się, jak zadawałam jedno pytanie po trzy razy i cieszyła się, że próbujemy rozmawiać i że jesteśmy Polkami – bo Niemcy to sztywniaki, Finki miała dzień wcześniej i one niby trochę mniej kija połknęły, ale za to brzydkie jak nieszczęście, a Rosjanki to są tak zwariowane, że aż niebezpieczne.

Na ulicy poza dusznym, wilgotnym upałem, rewolucyjnymi hasłami i kapliczką Jose Martí powitała nas muzyka – kilka domów dalej znajdowało się COŚ. Ni to knajpa, ni to prywatny dom, no to stodoła. Po prostu COŚ. Z CZEGOŚ muzyka dobiegała cały dzień i przed CZYMŚ gromadzili się ludzie – za dnia, żeby postać, a wieczorem, żeby się napić i pogibać, bo wbrew stereotypowi Kubańczycy wcale tak spontanicznie tańczyć nie zaczynają. Najpierw muszą się jako i Polacy „wprawić” w nastrój. Na progach domów siedzieli sobie starsi ludzie, babcie bujały się w metalowych fotelach. Spokój.
Samo miasto jest jak na kubańskie warunki dość spore, ale na szczęście większość ciekawostek mieści się w jego historycznej części, którą można spokojnie obejść na piechotę. Po przyjeździe zwiedziłyśmy więc starówkę, ale niestety z centrum szybko wygnał nas upał, bo pomimo, iż Cienfuegos położone jest nad morzem, jest płaskie, więc ciężko o łyk świeżego powietrza. Dużo przyjemniej było dotrzeć na ichni Malecón – bardzo urokliwe miejsce ze szpalerem palm ciągnącym się pośrodku i z kolonialnymi domkami położonymi naprzeciw bulwaru. Sporo czasu siedziałyśmy sobie na falochronie – w późno popołudniowym słońcu prezentował się naprawdę pięknie. Na końcu czekał nas wspaniały widok – dwa piękne budynki o bogatych zdobieniach. W jednym z nich mieścił się jachtklub, ale niestety nie można było wejść do środka i popatrzeć sobie na jachty. Nietrudno było jednak odgadnąć, że za tak piękną fasadą musiała mieścić się marina z przyzwoitym sprzętem. Chociaż w komunistycznym kraju… Nigdy nic nie wiadomo.
Wracając wstąpiłyśmy do El Rapido – kubańskiej siedzi fast foodów. Można w niej kupić pizzę odgrzewaną w mikrofalówce z zamrożonego placka, hamburgery i coś tam jeszcze.
Kolejnego dnia popłynęłyśmy promem do Castillo de Jagua (w Hawanie na skrzyżowaniu 23-ej i G jest knajpa o takiej nazwie). Wycieczka całkiem przyjemna, chociaż stara, po hiszpańska twierdza nie wywarła na nas oczekiwanego wrażenia. Przede wszystkim jak w większości tego typu muzeów na Kubie, obejrzeć można właściwie same gołe ściany i nieliczne eksponaty, nieco osamotnione na środku pustych pomieszczeń. Z ciekawostek dowiedzie działyśmy się, że mury zamku nawiedza co czas jakiś duch Błękitnej Damy (coś tam jeszcze było o rybaku, któremu się ukazała, albo i nie ukazała, ale cóż… to były początki!) Niemniej jednak „przejażdżka” promem i widoki po drodze warte są zachodu. Jedno, co mnie zaskoczyło, to zapach. W drodze powrotnej promik załadowany był do pełna, ale mimo tłoku – nie śmierdziało, chociaż trudno było mówić o dobrym przepływie powietrza. Tyle, że było duszno. No i oczywiście nieświadome wciąż znaczenia waluty w tym kraju przepłaciłyśmy za wypad – prom kosztuje 1 peso kubańskiego (dla ułatwienia będę stosowała skrót MN – od Moneda Nacional). Nie zdążyłyśmy kupić waluty narodowej, więc zapłaciłyśmy po 1 CUC. Pan był na tyle cwany, że nie wydał nam reszty.
Na dworzec, mimo że było blisko, odprowadziła nas pani Violeta. Uściskała na pożegnanie i obiecała zadzwonić do swojej znajomej z Trynidadu, żeby załatwić nam pokój za tę samą cenę. Tak też zrobiła, ale o tym, co z tego wynikło – w następnym odcinku;)

----------------------
Niezbędnik:
Casa particular w Cienfuegos: Sra. Violeta Blanco, Ave 50#4918 e/49 y 51, koszt: 15 CUC (na wszelki wypadek dodam, że ceny są zawsze za pokój dwuosobowy, dlatego nie opłaca się jeździć w grupach nieparzystych, albo samotnie).
El Rapido - pizza z serem - 1 CUC, z serem i szynką - 1,45 CUC
Chleb - 4 CUC (!!!!!!!!)
Bułka - 0,8 CUC (!!!!!!!) (w Hawanie później kupowałyśmy taniej, albo nawet w MN)
Mleko 1l - 2,4 CUC
Cukier 1kg - ponad 2 CUC (w kraju słynącym z produkcji cukru)
Prom - 1 MN
Pocztówki - 0,5 - 0,7 CUC - i są tylko z widoczkami z niektórych miast. Generalnie najciekawsze można znaleźć w Hawanie, więc nawet jak ktoś chce kupić pocztówkę z Cienfuegos to w Hawanie znajdzie lepszą, o ile akurat w ogóle będą.
A to link do mojej notatki na stronie Solidarni z Kubą: http://www.solidarnizkuba.pl/aktualnosci,kuba.id_1284
Pobudka o 5:00 rano, gdy wieczór wcześniej kosztowało się po raz pierwszy kubańskiego rumu nie należy ani do najłatwiejszych, ani najprzyjemniejszych. Ale po obowiązkowym porannym paszteciku z suchym pieczywem wszyłyśmy na pogrążoną w ciemnościach Avenidę. Na dojście do Centro Zoologico dałyśmy sobie dwie godziny. Jednak jak wychodzi się na ulicę w obcym i wielkim mieście po ciemku, to człowiek nie wiedzieć skąd dostaje nagle silnego zastrzyku adrenaliny. Szłyśmy 1,5 godziny i to okrężną drogą, wybierając co bardziej zaludnione ulice i wciąż oglądając się za siebie. Pierwszego „śledczego” (w sensie podejrzanego typa, a nie policjanta) zgubiłyśmy już wychodząc z naszej ulicy i robiąc nagły skręt w 29-tą. Przystanęłyśmy i zaskoczony gość musiał nas minąć, albo zareagować. Na szczęście niedaleko był przystanek, więc poszedł prosto, oglądając się tylko za nami jeszcze kilka razy. Dostałyśmy porządnego przyspieszenia i resztę drogi już prawie przefrunęłyśmy. Pierwszy raz widziałam na swojej odzieży tak wyraźne i wielkie plamy potu, serio… Na żadnym w-fie w ogólniaku nie spociłam się tak jak podczas tamtego spacerku.
Viazul w końcu ruszył i okazało się, że cały nasz wysiłek był niepotrzebny, bo oczywiście z Centro Zoologico pojechał prosto na dworzec autobusowy koło Placu Rewolucji… Na szczęście nawet nie miałyśmy siły się wkurzyć, bo szczękałyśmy zębami z zimna – autokary Viazula należą bowiem do tych naprawdę dobrze klimatyzowanych. Uratował nas fakt, że Kasia nie zmieściła śpiwora do dużego plecaka.
W Cienfuegos czekało nas kolejne zadanie – znalezienie chaty. Niby wiedziałyśmy, że na dworcu powinni na nas polować „pokojodawcy”, ale cholera ich wie… Tymczasem już w drzwiach autobusu na dworcu w Cienfuegos złapał nas młody Del Toro (młody, czyli z czasu zanim zagrał Che, czyli wtedy, gdy go jeszcze lubiłam), do tego był ode mnie niższy nie więcej niż dwa centymetry, czyli jak na tamtejsze warunki - gigant. Poza nami oczywiście wysiadało jeszcze kilka osób, ale koleś stał wciąż przy nas (jak potem tłumaczył, to dlatego, że mam takie ładne, niebieskie oczy, a że na Kubie jest to rzadkością, to chciał się przyjrzeć z bliska – dobrze, że nie mogłam się zobaczyć w lustrze po tym, jak puścił ten tekst, bo to musiał być niezły raczek). Pokój był tańszy niż zakładałyśmy, więc poszłyśmy za nim.
Dom prowadziła jego mama, pani Violeta – szalenie miła kobieta, szczuplutka, maleńka i wiecznie uśmiechnięta. Co chwilę podchodziła, zagadywała i starała się mówić wyraźnie, żebym mogła ją zrozumieć. Nie denerwowała się, jak zadawałam jedno pytanie po trzy razy i cieszyła się, że próbujemy rozmawiać i że jesteśmy Polkami – bo Niemcy to sztywniaki, Finki miała dzień wcześniej i one niby trochę mniej kija połknęły, ale za to brzydkie jak nieszczęście, a Rosjanki to są tak zwariowane, że aż niebezpieczne.
Na ulicy poza dusznym, wilgotnym upałem, rewolucyjnymi hasłami i kapliczką Jose Martí powitała nas muzyka – kilka domów dalej znajdowało się COŚ. Ni to knajpa, ni to prywatny dom, no to stodoła. Po prostu COŚ. Z CZEGOŚ muzyka dobiegała cały dzień i przed CZYMŚ gromadzili się ludzie – za dnia, żeby postać, a wieczorem, żeby się napić i pogibać, bo wbrew stereotypowi Kubańczycy wcale tak spontanicznie tańczyć nie zaczynają. Najpierw muszą się jako i Polacy „wprawić” w nastrój. Na progach domów siedzieli sobie starsi ludzie, babcie bujały się w metalowych fotelach. Spokój.
Samo miasto jest jak na kubańskie warunki dość spore, ale na szczęście większość ciekawostek mieści się w jego historycznej części, którą można spokojnie obejść na piechotę. Po przyjeździe zwiedziłyśmy więc starówkę, ale niestety z centrum szybko wygnał nas upał, bo pomimo, iż Cienfuegos położone jest nad morzem, jest płaskie, więc ciężko o łyk świeżego powietrza. Dużo przyjemniej było dotrzeć na ichni Malecón – bardzo urokliwe miejsce ze szpalerem palm ciągnącym się pośrodku i z kolonialnymi domkami położonymi naprzeciw bulwaru. Sporo czasu siedziałyśmy sobie na falochronie – w późno popołudniowym słońcu prezentował się naprawdę pięknie. Na końcu czekał nas wspaniały widok – dwa piękne budynki o bogatych zdobieniach. W jednym z nich mieścił się jachtklub, ale niestety nie można było wejść do środka i popatrzeć sobie na jachty. Nietrudno było jednak odgadnąć, że za tak piękną fasadą musiała mieścić się marina z przyzwoitym sprzętem. Chociaż w komunistycznym kraju… Nigdy nic nie wiadomo.
Wracając wstąpiłyśmy do El Rapido – kubańskiej siedzi fast foodów. Można w niej kupić pizzę odgrzewaną w mikrofalówce z zamrożonego placka, hamburgery i coś tam jeszcze.
Kolejnego dnia popłynęłyśmy promem do Castillo de Jagua (w Hawanie na skrzyżowaniu 23-ej i G jest knajpa o takiej nazwie). Wycieczka całkiem przyjemna, chociaż stara, po hiszpańska twierdza nie wywarła na nas oczekiwanego wrażenia. Przede wszystkim jak w większości tego typu muzeów na Kubie, obejrzeć można właściwie same gołe ściany i nieliczne eksponaty, nieco osamotnione na środku pustych pomieszczeń. Z ciekawostek dowiedzie działyśmy się, że mury zamku nawiedza co czas jakiś duch Błękitnej Damy (coś tam jeszcze było o rybaku, któremu się ukazała, albo i nie ukazała, ale cóż… to były początki!) Niemniej jednak „przejażdżka” promem i widoki po drodze warte są zachodu. Jedno, co mnie zaskoczyło, to zapach. W drodze powrotnej promik załadowany był do pełna, ale mimo tłoku – nie śmierdziało, chociaż trudno było mówić o dobrym przepływie powietrza. Tyle, że było duszno. No i oczywiście nieświadome wciąż znaczenia waluty w tym kraju przepłaciłyśmy za wypad – prom kosztuje 1 peso kubańskiego (dla ułatwienia będę stosowała skrót MN – od Moneda Nacional). Nie zdążyłyśmy kupić waluty narodowej, więc zapłaciłyśmy po 1 CUC. Pan był na tyle cwany, że nie wydał nam reszty.
Na dworzec, mimo że było blisko, odprowadziła nas pani Violeta. Uściskała na pożegnanie i obiecała zadzwonić do swojej znajomej z Trynidadu, żeby załatwić nam pokój za tę samą cenę. Tak też zrobiła, ale o tym, co z tego wynikło – w następnym odcinku;)
----------------------
Niezbędnik:
Casa particular w Cienfuegos: Sra. Violeta Blanco, Ave 50#4918 e/49 y 51, koszt: 15 CUC (na wszelki wypadek dodam, że ceny są zawsze za pokój dwuosobowy, dlatego nie opłaca się jeździć w grupach nieparzystych, albo samotnie).
El Rapido - pizza z serem - 1 CUC, z serem i szynką - 1,45 CUC
Chleb - 4 CUC (!!!!!!!!)
Bułka - 0,8 CUC (!!!!!!!) (w Hawanie później kupowałyśmy taniej, albo nawet w MN)
Mleko 1l - 2,4 CUC
Cukier 1kg - ponad 2 CUC (w kraju słynącym z produkcji cukru)
Prom - 1 MN
Pocztówki - 0,5 - 0,7 CUC - i są tylko z widoczkami z niektórych miast. Generalnie najciekawsze można znaleźć w Hawanie, więc nawet jak ktoś chce kupić pocztówkę z Cienfuegos to w Hawanie znajdzie lepszą, o ile akurat w ogóle będą.
14.10.09, Hawana
13-go we wtorek na Kubie, to jak u nas 13-go w piątek. Poza tym odprawiłyśmy się w bramce kontroli paszportów nr 13, zamieszkałyśmy przy ulicy 13-ej i rezerwację miałyśmy zrobioną na 13-tym piętrze. Ostatecznie wylądowałyśmy na 14-tym, bo jak się okazało, jedna Pani miała Internet i robiła rezerwacje dla siebie, a jak brakowało jej miejsca, to umieszczała ich w „biznesie” piętro wyżej, u Marty. Marta mieszkała sześć lat w Pradze. Niewiele z nami rozmawiała, ale kiedy już coś mówiła, z jej tonu przebijała jakaś nostalgia, rezygnacja, może nieco smutku. Oczywiście od razu dopisałam sobie wyjaśnienie i uznałam jej dystans za rezerwę, którą narzuciła sobie wobec własnych wspomnień z krajów nieco bardziej swobodnych, z krajów, które zapewne niedługo po jej powrocie stały się wolne. Czy miałam rację nie wiem. Ale wnętrze mieszkania wyglądało jak przeniesione z Europy Środkowo – Wschodniej, z drewnianymi kredensami i kryształowymi popielniczkami, a w naszym pokoju nad łóżkami wisiały reprodukcje obrazów Alfonsa Muchy. Powyżej, na zdjęciach widać widoki z tarasu, który okalał pół mieszkania – to Vedado.
14-go wstałyśmy wcześnie, tuż po świcie, który - jak zawsze w tropikach - jest natychmiastowy. Zza horyzontu wychyla się kawałek pomarańczy (ale takiej polskiej, bo kubańskie są zielone) i po paru minutach już jest jasno. Ruszyłyśmy do polskiej ambasady, która znajduje się zaledwie kilka przecznic od 13-ej, również na Avenida de los Presidentes. Konsula nie było jeszcze oficjalnie w pracy, ale jego kubańska sekretarka, mówiąca nawet trochę po angielsku, nie była zdziwiona naszym pomysłem zostawienia oryginałów paszportów w ambasadzie. Po kilku minutach oddała nam nasze kserówki z pieczątką i potwierdzeniem zgodności z oryginałem i zapewniła, że nie będziemy miały żadnych problemów podróżując z takimi papierami. Przekazała pochwałę od Konsula za dobry pomysł. Zadowolone z siebie poszłyśmy dalej. Quest dnia nr 1 – kupienie fajek i wody. Skręciłyśmy w La Rampa (inaczej Calle 23). Co chwila ktoś nas zaczepiał, ale nie nachalnie, tylko „dzień dobry”, „o, jesteście z Niemiec?”, „czego szukacie?”, „guten tag”, „kanadyjki?”. No i dałyśmy się zaprowadzić, do prywatnej restauracji. Jeszcze przed przyjazdem czytałam, że nie należy się obawiać chodzenia w ciągu dnia do domów ludzi, którzy gotują u siebie i prowadzą coś na kształt mini-knajpki. Byłam pewna siebie, a wokoło ani śladu sklepu, więc dałyśmy się przekonać bez większych problemów. Za wodę i papierosy skasowali nas 5 CUC – załamałam się, bo nie wzięłam papierosów z Polski, gdyż przecież na Kubie miały być tanie. W przewodniku pisali, że woda kosztuje 2 CUC, czyli wyszło na to, że papierosy były za 3 CUC – 12 złotych to tanio???? Kilka przecznic dalej był sklep – woda kosztuje 0,65-0,7 CUC, destylowana jest tańsza od mineralnej, ale delikatnie mówiąc - ohydna. Holywood – papierosy kubańsko – brazylijskiej spółki tytoniowej, które znałam z wcześniejszej wizyty w rejonie kosztują 1,2 CUC, chociaż ja szybko przerzuciłam się na kubańskie Popularne – 0,6 CUC. Pierwsza lekcja została zaliczona i przy okazji rozprawiłyśmy się z mitem taniego jedzenia u ludzi w domach. Żeby zjeść u kogoś tanio trzeba naprawdę dobrze trafić, albo mieć wyjątkowego fuksa, ewentualnie przypaść komuś do gustu.
Quest nr 2 – kupienie biletów do Cienfuegos. Na szczęście dworzec autobusowy znalazłam na Google Earth jeszcze przed przyjazdem, więc trzeba było tylko dojść do Placu Rewolucji (dworzec jest o rzut kamieniem na północny-wschód). Bilety, mimo naszych obaw były, więc kupiłyśmy i zapytałyśmy skąd odjeżdża autobus, na co Pani odpowiedziała, że z Centro Zoologico, które znajduje się na ulicy 26-ej, w Nuevo Vedado. Kawał drogi, ale co to było dla nas – nakręconych adrenaliną? Znalezienie ulicy nie stanowiło problemu, ale dzięki mojej doskonałej znajomości hiszpańskiego zanim trafiłyśmy we właściwe miejsce, obeszłyśmy dookoła cały ogród zoologiczny, obok którego znajduje się dworzec linii Viazul. A był to chyba najsmutniejszy ogród zoologiczny świata. Wybiegi były puste, place zabaw dla dzieci zamknięte, tory dla kolejki, która pewnie kiedyś obwoziła zwiedzających po całym terenie, zniszczone. Jedynymi zwierzakami, jakie dostrzegłyśmy zza krat były wychudzona zebra i szalony, zabiedzony niedźwiedź. Jego wybieg był mikroskopijny, a zwierzak robił dwa kroki przodem i dwa tyłem na podeście zawieszonym nad pustym basenem. Wyglądał jakby już dawno zwariował z gorąca i głodu.
Właściwie jedynymi zwierzakami, których było pełno wszędzie i które nie wyglądały na bliskie śmierci głodowej były kury, które biegały po samym centrum miasta. Hawanę co dzień budzą bowiem odgłosy dżungli w postaci piania kogutów. Od tego momentu Hawana nie była już miastem utraconym, jak w filmie Andy’ego Garcii, ani tylko miastem marzeń, ale miastem rosołów. Rosoły mieszkały na ulicach, w domach, na dachach, rosoły na Kubie są wszędzie…
Wieczorem oczywiście obowiązkowo zawitałyśmy na Malecón, ale tym razem uzbrojone w puszki coli i rum z kartoników (jeden z najgenialniejszych kubańskich wynalazków) i najtańszy spokój na relaks po długim dniu), kupiony na stacji benzynowej gdzie można też było dostać chiński sos słodko – pikantny produkcji polskiego tao-tao i z polską etykietą. Po obaleniu kartoników ruszyłyśmy do kina – jeszcze w Polsce przeczytałam, że w tych dniach miał się odbywać festiwal polskich filmów w Hawanie, więc jako dwie zmyślne studentki opracowałyśmy plan – idziemy do kina, poznajemy hawańską polonię i po powrocie do Hawany mieszkamy u kogoś taniej za opowieści o ojczystym kraju, a przy okazji poznajemy od kuchni tajniki życia w kubańskiej stolicy. Tymczasem po drodze zatrzymało nas dwóch chłopaków okrzykiem (po hiszpańsku, bo to Kubańczycy byli, nie dajcie się zmylić) „cześć Polki” – jeden z nich uśmiechnął się do mnie i zapytał, czy go pamiętam. Nie pamiętałam, ale myślałam, ze to gość ze stacji benzynowej, w której tłumaczyłam na hiszpański polską etykietę w zamian za zdjęcie. Później okazało się, że to zdecydowanie nie był ten sam facet i na zawsze już pozostanie zagadką skąd mnie kojarzył… Podochocone rumem nie dałyśmy się co prawda zaprosić na dyskotekę, ale powiedziałyśmy, że idziemy do kina. Z resztą i tak nie było możliwe, żeby poszli za nami, byłyśmy pewne, że zostaną tam, gdzie siedzieli i poszukają lepszej okazji. To naturalne, prawda? Ale gdy dotarłyśmy do kina, oni w magiczny sposób już tam byli i na nas czekali. Oczywiście byłyśmy spóźnione, ale i tak postanowiłyśmy wejść. Tyle, że w krótkich spodenkach do kubańskiego kina wejść nie można. I trochę zajęło naszym towarzyszom przekonanie obsługi, żeby nas jednak wpuścili, bo jesteśmy z Polski i powiedziałyśmy w ambasadzie, że przyjdziemy. Ale jak to załatwili naprawdę też nie wiemy… Dość, że na „Długu” się co nieco wynudzili i uznali Polskę za bardzo niebezpieczny kraj. Polonii nie spotkałyśmy żadnej, więc pozostałyśmy w tym samym towarzystwie.
Gdy czyta się przewodniki, człowiek dowiaduje się, że każdy czegoś od turysty chce. A tymczasem nie dość, że chłopacy w magiczny sposób załatwili nam wejście, to jeszcze postawili bilety. Odwdzięczyłyśmy się drinkami, na które zabrali nas dokładnie w to samo miejsce, w którym rano „kupiłyśmy” wodę i papierosy.
Najciekawsza jednak była rozmowa. Nie było żadnych podtekstów, podrywania, zaczepek. O swojej codzienności nie mówili z zachwytem, ale szczerymi opiniami też nie sypali. Na zawsze jednak zapamiętam odpowiedź Fransisca na pytanie o to, jak udaje im się przeżyć, jeżeli zarabiają około 17 CUC miesięcznie:
- You’ve got to be a magician. But not just a simple magician. You’ve got to be a damn David Copperfield.
No i jak tu się dziwić, że Kuba jest magicznym miejscem, skoro każdy w tym kraju jest magikiem?
-----------------------
Niezbędnik:
Adres Casa Particular w Hawanie: Ave. de Los Presidentes, num.301, Esq.13, apto.14.
Cena butelki wody (1,5l):0,65-0,7 CUC
Papierosy: Hollywood (jedyne dostępne w 3 wersjach - czerwonej, niebieskiej i zielonej) - 1,2 CUC, Populares - 0,6 CUC (w tej samej cenie jeszcze kilka innych gatunków, w tym H.Uppman też z filtrem, pozostałe, jak Las Vegas - bez filtra, hard core), Romeo y Julieta (słynna marka cygar) - 1,5 CUC, Cohiba (ta od najsłynniejszych cygar na świecie) - 1,8 CUC.
Bilet na autokar Viazul do Cienfuegos - 10 CUC
Kartonik rumu - 0,9 CUC
Drinki w tej samej formie - 1,2 - 1,3 CUC
Cola kubańskiej produkcji, podobnie jak inne "refrescos" (bardzo dobre) - 0,5 - 0,55 CUC
Coca - cola - min. 1 CUC
sobota, 7 listopada 2009
13.10.09, Hawana
Właściwie ciężko jest opisać uczucia, które towarzyszą człowiekowi, gdy ląduje w miejscu, o którym marzył. Koła samolotu dotknęły ziemi, ludzie zaczęli klaskać, a ja nie musiałam szczypać się w rękę, bo wierzyłam, że lądujemy na lotnisku Jose Martí, że jesteśmy w Hawanie. Siedziałyśmy daleko od okienka, ale lawirując między głowami innych pasażerów mogłyśmy dostrzec liczne światełka.
- Na kryzys energetyczny mi to nie wygląda. – powiedziałam do Kasi. Miasto było olbrzymie.
Z niecierpliwością włączyłam telefon i ze zdumieniem odkryłam, że łapię CUBACEL. Potraktowałam to jako ostateczne potwierdzenie faktu, że nie śnię. Chociaż zabawny wydawał się fakt, że bliżej nam cywilizacyjnie do castrowskiej Kuby, niż demokratycznej jeszcze wówczas (już prawie cztery lata temu) Wenezueli, w której nie miałam roamingu.
W końcu mogłyśmy wstać z miejsc i dotknąć stopami kubańskiej ziemi. Lotnisko w Hawanie do wielkich nie należy, ale spacer korytarzem był dość długi. Wreszcie dotarłyśmy do hali, w której oczekiwało się na odprawę paszportową. Hala jak hala, ale za to cała obsługa poubierana była w maseczki. Niby czytałam przed wyjazdem, że na Kubie panuje epidemia świńskiej grypy, ale takiego widoku się nie spodziewałam. Każdy człowiek w hali miał jakąś maseczkę – większość była z materiału, porządnie uszyta, ale niektórzy nosili robocze maski przeciwpyłowe, a inni coś, co wyglądało jak uszyte ze starej, znoszonej koszulki. Po odprawie paszportowej, z obowiązkowym zdjęciem kamerką, w którą nie chciałam spojrzeć, przeszłyśmy do hali, w której musiałyśmy podpisać jakieś papiery dotyczące zdrowia. I nagle pani powiedziała do mnie coś o pięciu euro. Wydawało mi się, że podstawowe rzeczy po hiszpańsku jestem już w stanie zrozumieć, ale ten, kto myśli, że zna hiszpański, na Kubie zmieni zdanie. Tego sposobu mówienia, z połykaniem głosek, ucinaniem końcówek i zamienianiem liter trzeba się nauczyć – brzmi pięknie, ale jak muzyka, a nie język służący do komunikacji. Tak, czy owak wyciągnęłam grzecznie pięć euro, ale rozglądałyśmy się z Kasią, czy inni też za coś płacą. Nie, nie płacili.
- To może nie płać i zobaczymy, czy nas puszczą. – Ale w końcu podałam pani banknot. Okazało się, że chciała tylko zamienić monety na papierek, żeby móc za to kupić walutę wymienną…
Przed wyjazdem przygotowałam z koleżanką Gosią vlepki antyrządowe, z pięknym hasłem „Solidaridad para Libertad” z przeznaczeniem na Kubę, ale przed samym odlotem oddałam je rodzicom wraz z kubkiem, w którym były ukryte – słuchając opowieści osób, które były tam przed nami, przygotowałam się na wielkie kopanie bagażu i tłumaczenie się z ilości podpasek, które wiozłyśmy ze sobą jako podarunki (było tego około 200 sztuk), a tymczasem odebrałyśmy bagaże (zdążyłam się już oczywiście zestresować, bo Kasi plecak wyjechał na początku, a mojego ani śladu) i od razu mogłyśmy wyjść w duszną i gorącą kubańską noc.
Z taksówkarzem próbowałam rozmawiać o sposobach taniego podróżowania po Kubie, ale ten jak zaklęty powtarzał „Viazul, viazul” i jak się później okazało – miał skubany rację. Ale i tak byłam dumna z siebie, że jestem w stanie zrozumieć chociaż 10% tego, co nawijał.
Po dwudziestu paru minutach podjechałyśmy pod jasnożółty wieżowiec, wystający ponad niewysokie, stare budownictwo. Usiadłyśmy, żeby zapalić, ale od razu zwinął nas z ulicy gość z budynku i zabrał pod właściwy adres. Wjechałyśmy na 14-te piętro. Trzeba przyznać, że fakt, że właścicielka mówiła po angielsku uratował nam skórę, bo w natłoku emocji raczej trudno byłoby się dogadać w innym języku. Zapytałyśmy, czy możemy pójść na Malecòn. Kazała nam zostawić wszystkie rzeczy i z nikim nie rozmawiać, ale po kilkunastu minutach gapienia się na światła Hawany by night (widok naprawdę nieprzeciętny, jak tylko uda mi się wreszcie zrzucić zdjęcia, udowodnię) usiadłyśmy na najpiękniejszym bulwarze świata. Powietrze pachniało początkiem. I to początkiem czegoś wspaniałego…
Oczywiście zaraz po tym, jak usiadłyśmy, jak spod ziemi pojawiła się koło nas grupka młodzieży i co nas mocno zaskoczyło, nie dość, że dobrze mówili po angielsku, to jeszcze na odchodne zrobili nam zdjęcia całkiem niezłym modelem cyfrówki… Pojawiło się pytanie – „i gdzie ta kubańska bieda?”. Ale o tym już w kolejnych relacjach…
Na zakończenie dodam tylko, że tego wieczoru, pomimo 24 godzin w podróży, długo nie mogłam zasnąć.
--------------------------------
Niezbędnik, czyli ceny i inne przydatne informacje :
Taksówka z lotniska do Vedado - 25 CUC
Nocleg w Lilliam Vigil - 25 CUC (na skrzyżowaniu ulicy 13-ej i Avenida de los Presidentes, Pani mówi po angielsku, doskonałe, wręcz hotelowe warunki, zarezerwowane przez Hostelworld.com)
Warto wymienić pieniądze na lotnisku, bo odwrotnie niż w reszcie świata, kurs był rzeczywiście lepszy niż w innych miejscach - wcześniej już o tym czytałam i sądziłam, że bujda, ale okazało się zupełnie prawdziwe - kurs: za 1 euro dostałyśmy 1,36 CUC.
Akcja w Hawanie
Właśnie przeczytałam, że Claudia, Ciro, Yoani i jeszcze jeden bloger i pisarz, Orlando Luis Pardo Lazo zostali zatrzymani podczas pokojowego marszu w Hawanie. Akcja była zaplanowana jako performance, a nie manifestacja, czy protest polityczny. Kilkanaście osób szło ulicą 23-cią (którą szłyśmy z Kasią jeszcze przedwczoraj) niosąc kartonowe tabliczki z napisami "Stop przemocy", "O przyszłość dla naszych dzieci" itp. Niektórzy z "manifestantów" przyszli nawet z dziećmi. Po jakimś czasie (to był krótki odcinek) część osób została aresztowana i powsadzana do wozów policyjnych. Yoani, OLPL i Claudia zostali już wypuszczeni z samochodów w różnych miejscach Hawany, dziewczyny są poobijane. Nie wiadomo co z Cirem.
Mam nadzieję, że do jutra, kiedy znowu otworzę komputer, sytuacja się wyjaśni.
Żyjąc w XXI wieku w wolnym kraju nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak ponuro wygląda komunistyczna rzeczywistość. Cieszę się, że mieszkam w miejscu, z którego mogę się dowiadywać wszystkiego na bieżąco i komentować to tak, jak mi się podoba. Po wizycie w tym kraju i takich wiadomościach o ludziach, z którymi rozmawiałam jeszcze przedwczoraj mogę powiedzieć tylko jedno - jestem wdzięczna losowi za to, że rodzice nie wyprodukowali mnie o kilka lat wcześniej...
Mam nadzieję, że do jutra, kiedy znowu otworzę komputer, sytuacja się wyjaśni.
Żyjąc w XXI wieku w wolnym kraju nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak ponuro wygląda komunistyczna rzeczywistość. Cieszę się, że mieszkam w miejscu, z którego mogę się dowiadywać wszystkiego na bieżąco i komentować to tak, jak mi się podoba. Po wizycie w tym kraju i takich wiadomościach o ludziach, z którymi rozmawiałam jeszcze przedwczoraj mogę powiedzieć tylko jedno - jestem wdzięczna losowi za to, że rodzice nie wyprodukowali mnie o kilka lat wcześniej...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
